- To narodziny nowego ładu światowego - mówił po szczycie premier brytyjski Gordon Brown.
Przywódcy 20 krajów, które łącznie wytwarzają ponad 80 proc. globalnego produktu, spotkali się w piątek na kolacji w Białym Domu, a w sobotę dyskutowali przez ponad pięć godzin. Długi, 15-stronicowy komunikat ze szczytu był już "prawie gotowy", zanim zaczęli rozmawiać.
To wszystko przez Amerykę Prezydenci i premierzy G20 zgodzili się, że kryzys finansów światowych został spowodowany przez niedostatek nadzoru nad rynkami "w niektórych państwach rozwiniętych", co oznacza naturalnie
USA, choć Amerykanie nie zgodzili się, by wpisać ich kraj wprost do komunikatu.
Deklaracja mówi o konieczności "wzmocnienia przejrzystości i odpowiedzialności" rynków finansowych, większego współdziałania państw oraz "wzmocnienia zdrowych regulacji".
Przywódcy "globalnego pakietu stymulacyjnego", czyli inwestycji rządowych (jak to zadeklarowały ostatnio
Chiny) lub odpisów podatkowych (jak pół roku temu zrobiły USA). Dominique Strauss-Kahn, dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego, powiedział, że taki pakiet, by być skuteczny, powinien stanowić 2 proc. globalnego PKB.
Szczyt ustalił też konieczność większej kontroli nad agencjami ratingowymi oceniającymi zdolność obsługi długów przez firmy i państwa. MFW ma odtąd regularnie sprawdzać "zdrowie finansowe" państw.
Zarówno MFW, jak i Bank Światowy, dotychczas w praktyce zarządzane przez G7 (USA, Japonia, Kanada,
Francja, Niemcy, W. Brytania, Włochy), mają w większym stopniu otworzyć się na wpływy nowych potęg gospodarczych, głównie Chin, Indii i Brazylii. Te kraje mają też wejść w skład Forum Stabilności Finansowej zbierającego się w Szwajcarii ekskluzywnego dotąd klubu szefów banków centralnych i ministrów finansów najbardziej rozwiniętych państw. Prezydent Brazylii Luiz Lula da Silva ogłosił nawet, że teraz wszystkie sprawy świata będą rozstrzygane przez G20, a G8, czyli G7 plus Rosja "nie ma już żadnego sensu, by istnieć".
Sarkozy chce rysować świat na nowo "Europejczycy uzyskali wszystko, co chcieli" - ogłosił po szczycie triumfalnie prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Wzmianka o możliwości kontroli dochodów menedżerów firm finansowych jest dużym ustępstwem Amerykanów. Podobnie ich zgoda na powołanie "kolegium nadzorców", czyli ciała, które przyglądałoby się wielkim, ponadnarodwym bankom i funduszom prywatnym mającym wpływ na gospodarkę globalną.
W obu sprawach wyznaczono raczej ogólne koncepcje, niż przesądzono cokolwiek. Kontrola nad płacami menedżerów ma być w poszczególnych krajach dowolna. "Kolegium nadzorców" też ma tylko "monitorować" wielkie firmy, a nie zastępować rządy narodowe w ich zadaniach regulacji rynków, jak chciał Sarkozy. W tej sprawie przeciwko Sarkozy'emu i Angeli Merkel wystąpili nie tylko Amerykanie, ale i premier Kanady Stephen Harper oraz przywódcy niektórych ze wschodzących potęg.
Jeden z dyplomatów narzekał wczoraj na Francuza w "Washington Post": "Wszyscy chcieli kompromisu, a Sarkozy chciał na szczycie narysować świat na nowo zgodnie ze swymi koncepcjami".
Jednak Bush, podobnie jak kilku innych uczestników szczytu, podkreślał, że kryzys wymaga "większej przejrzystości" i "ulepszenia systemów finansowych", a nie ich wymyślania na nowo.
Sarkozy przegrał też z Bushem walkę o protekcjonizm handlowy. W komunikacie ze szczytu znalazło się stwierdzenie, że przywódcy "podkreślają, że trzeba odrzucić protekcjonizm". Co więcej, jest tam zobowiązanie, że kraje powstrzymają się przed nakładaniem nowych ceł i innych form ochrony swych rynków przez 12 miesięcy, mimo że Francuz był temu zapisowi przeciwny.
Jeden z doradców Busha podsumował obrady słowami: - Największym osiągnięciem szczytu jest to, że końcowy komunikat nie jest atakiem na kapitalizm.
Teraz do pracy Większość pomysłów zapisanych w końcowym komunikacie ma teraz zostać sprecyzowana przez zespoły ekspertów. Powinni oni przedstawić efekty swych prac do końca kwietnia, kiedy to G20 zbierze się ponownie, zapewne w Londynie.
Na tym szczycie obecny będzie już nowy przywódca największego mocarstwa świata
Barack Obama. Prezydent elekt USA świadomie zrezygnował z udziału w szczycie, by "nie stwarzać wrażenia, że USA mają dwóch prezydentów naraz". Jednak jeden z jego doradców nieoficjalnie bez przerwy konsultował się podczas obrad z ministrem skarbu Busha Henrym Paulsonem. A w kuluarach szczytu o sprawach politycznych rozmawiała z co najmniej 10 przywódcami świata wysłanniczka Obamy Madeleine Albright, była szefowa dyplomacji USA za czasów Billa Clintona.
Pierwsze komentarze po szczycie były bardzo zróżnicowane. "Washington Post" tytułuje swą relację: "Zgoda przywódców świata na wielką reformę". Ale "New York Times" twierdzi, że "głowy 20 państw chcą pomóc gospodarce, ale odkładają ważne decyzje na później".
- To wszystko są cukierkowe propozycje, co do których wszyscy mogliby się zgodzić bez zwoływania hucznego szczytu - mówi "New York Timesowi" Simon Johnson, profesor ekonomii z Massachusetts Institute of Technology.
- Diabeł tkwi w szczegółach - mówi "WSJ" Sung Won Sohn, ekonomista z Uniwersytetu Kalifornijskiego. - Intencje są dobre, ale postęp będzie powolny. Sprawę komplikują różne interesy poszczególnych krajów.
Rzeczywiście, Chiny np. poparły zwiększenie odpowiedzialności MFW w sytuacjach kryzysowych. Ale chiński prezydent
Hu Jintao pozostał głuchy na wezwania, by zaoferował część z 2 bilionów chińskich rezerw walutowych MFW, by ta mogła skuteczniej pomagać chwiejącym się gospodarkom, np. Islandii, Węgrom czy Ukrainie. Trzy dni temu 100 mld dolarów przeznaczył dla MFW rząd Japonii, dzięki czemu premier Taro Aso był jednym z bohaterów szczytu.
Z kolei Bush podpisał się pod wezwaniem o wielki globalny pakiet stymulacyjny, ale sam w ostatnich dwóch miesiącach kadencji (odchodzi 20 stycznia) nie zamierza już wprowadzić nowego pakietu stymulacyjnego w USA. Chce to zrobić Barack Obama.