Kijów między głupotą a cholerą

Jurij Andruchowycz*
15.11.2008 , aktualizacja: 14.11.2008 17:56
A A A Drukuj

Fot. Pawel Ulatowski / AG

Czas prezydenta Juszczenki na pewno się kończy, ale byłoby lepiej, gdyby czas premier Tymoszenko też się skończył. Ukraina znalazła się w sytuacji bez wyjścia - mówi pisarz
ZOBACZ TAKŻE
Marcin Wojciechowski: Po raz pierwszy od odzyskania przez Ukrainę niepodległości zapowiedział pan, że jeśli na Ukrainie odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne, to na nie pan nie pójdzie. Dlaczego?

Jurij Andruchowycz : Bo w tej ukraińskiej wojnie na górze z nikim nie sympatyzuję. Wybór między prezydentem Juszczenką a premier Tymoszenko to jak wybór między głupotą a podłością, dżumą a cholerą. Trzeci najważniejszy ukraiński polityk, były premier Wiktor Janukowycz, lider prorosyjskiej Partii Regionów, jest całkowicie nie do zaakceptowania.

Politykami następnej fali - trzydziestokilkuletnim szefem Rady Najwyższej Arsenijem Jaceniukiem czy nieco starszym byłym ministrem obrony Anatolijem Hrycenką - jestem straszliwie rozczarowany. Jaceniuk jest dla mnie spalony, bo wciąż stoi u boku prezydenta Wiktora Juszczenki. A Hrycenko podpadł mi publiczną krytyką prezydenta, bo przecież jeszcze do niedawna był jego ulubionym ministrem obrony i zaufanym doradcą.

Tu nie ma pozytywnych bohaterów. Dlatego nie chcę wybierać.

Jakby w takim razie pan określił to, co się dzieje dziś na Ukrainie?

- Weszliśmy w przykrą fazę stagnacji. Wojna na górze może stać się stanem nieustającym, chronicznym, bo nie widać na horyzoncie żadnej alternatywy. W czasach radzieckich nazywało się to zastojem, np. w czasie rządów Leonida Breżniewa. Niestety, trzeba się raczej przygotować, że w naszej elicie politycznej kryzys będzie się pogłębiać.

Jeszcze cztery lata temu ludzie nazywali Juszczenkę mesjaszem, a Tymoszenko księżniczką pomarańczowej rewolucji.

- Tak, ale nie wszyscy - tylko ta najbardziej infantylna część elektoratu, która gotowa jest wynosić polityków pod niebiosa, by potem zrzucać ich do głębi piekieł.

W 2004 r. zagłosowałem na Juszczenkę. Jego program europeizacji Ukrainy wydawał mi się najbliższy. Ale jestem rozczarowany dosłownie wszystkim, co zrobił. Jedyny jego plus - jest radykalnym antypopulistą. Kto dziś na Ukrainie zabiega o wejście do NATO, uznaje UPA za kombatantów czy upamiętnia Wielki Głód, kopie sobie polityczny grób. Ale Juszczenko nie dba o procenty, wręcz je traci, żeby pozostać wierny ideom, w które wierzy. Za to go szanuję. Inna sprawa, że słabą skutecznością kompromituje swe idee. Obawiam się, że po nim żaden ukraiński polityk nie będzie tak wielkim zwolennikiem wejścia do NATO.

A Julia Tymoszenko?

- Przyłączyła się do Juszczenki w 2004 r., ale nie głosowałem na Juszczenkę ze względu na nią. To superpopulistka. Na jednym z portali napisano niedawno, że skoro pani premier coraz częściej mówi o światowym kryzysie gospodarczym, to znaczy, że kryzys rzeczywiście zapanował w sercach i głowach Ukraińców. To doskonale oddaje jej sposób działania w polityce. Trochę niebezpiecznie mieć taką osobę u steru państwa. A taka mamy perspektywę - za ponad rok w wyborach prezydenckich będziemy mieć do wyboru Tymoszenko i Janukowycza.

I co, znowu pan zbojkotuje wybory?

- Dziś za wcześnie, by odpowiadać na to pytanie.

Dla mnie Juszczenko to polityk, który się zatrzymał. Mógł zapisać świetną kartę w historii Ukrainy, ale zmarnował szansę. A Julia Tymoszenko, choć rzeczywiście jest populistką, zmienia się, szuka nowych pomysłów.

- Owszem, zmienia się, ale na gorsze. Po wojnie w Gruzji i po rozpoczęciu otwartej wojny z Juszczenką politycy z bloku pani premier zaczęli sączyć antyzachodnią propagandę. Znam tych ludzi i wiem, że tak nie myślą. Ale Tymoszenko dała im najwyraźniej wskazówkę, żeby jechać na Amerykanów, bo takie są nastroje. To mi się nie podoba. Nasi żartownisie nie mówią dziś o "ręce Moskwy", ale "warkoczu Moskwy" na Ukrainie.

W Kijowie słyszałem ostatnio, że czas Juszczenki się kończy, a być może zaczyna się czas Tymoszenko.

- Czas Juszczenki na pewno się kończy, ale znacznie lepiej byłoby, gdyby czas premier Tymoszenko również się skończył. Dramat Ukrainy polega na tym, że nie ma dobrego wyjścia z obecnej sytuacji. Oby nie skończyło się to tragicznie.

Czy wszystko jest stracone? Może kraj zmienia się i demokratyzuje niezależnie od zapaści w polityce?

- Chciałbym, żeby tak było. Pomarańczowa rewolucja na pewno uniezależniła nasze społeczeństwo od wierchuszki, ale nie do końca. Społeczeństwo obywatelskie, które przeżywało niezwykły rozkwit cztery lata temu, zostało zdemontowane. Daleko nam nawet do mobilizacji z początku kampanii wyborczej w lecie 2004 r. Panuje całkowity marazm. Ludzie nie są aktywni, nie angażują się w żadne projekty obywatelskie ani polityczne. Może znów musimy przejść pełny cykl? Może sytuacja musi stać się całkowicie nie do zniesienia, jak za czasów późnego Kuczmy?

W ciągu mojego życia Ukraińcy zdobyli się na dwa zrywy, których absolutnie bym się nie spodziewał. Pierwszym było odzyskanie niepodległości w 1991 r. Drugim pomarańczowa rewolucja 13 lat później. Może więc kolejny przełom czeka nas w roku 2017? Na razie jednak jesteśmy znów w roku 1996/7, czyli w szczytowym punkcie zastoju, braku nadziei i poczucia, że wszystko jest nie tak, jak miało być.

  • 0