Gosia Karbownik (28 lat), Darek Rut (36 lat), Kubuś (2 lata) - Tak naprawdę to cieszę się, że wziąłem kredyt na mieszkanie w złotówkach. (- Darek! - z łazienki słychać śmiech Gośki i ich dwuletniego synka. - Kubuś chce, żebym mu wyprostowała włosy prostownicą! - To wyprostuj). Sąsiad wziął kredyt we frankach szwajcarskich, i w tym miesiącu rata skoczyła mu o 200 zł. Teraz to w ogóle kredytu bym nie dostał. Zero zabezpieczenia. Samochód tylko służbowy, żadnych oszczędności, ziemi,
nieruchomości, papierów wartościowych. I tak ledwo dostałem 160 tys., chociaż przed kryzysem rozdawali kredyty prawie wszystkim. Ten kredyt. To jest jak ciężki plecak, który masz na sobie cały czas, z nim śpisz, bawisz się, i tak całe życie.
- Można by go było znieść, gdybyśmy mieli za niego piękny, wielki dom - wtrąca się Gośka, zajęta rozplątywaniem sznurów kolorowych korali, które Kubuś właśnie poplątał. - A my już całe życie tą klitkę będziemy spłacać. Mieliśmy do wyboru w tej samej cenie to mieszkanie albo trzypokojowe, z ogródkiem i garażem, ale na Zawarciu (stara dzielnica Gorzowa o niechlubnej opinii).
- Ale przynajmniej mamy swój dom - mówi Darek. - W wynajętym mieszkaniu nie moglibyśmy sobie pozwolić na taką tapetę (w stylu art deco, w czerwone wzory), w ogóle nic nie moglibyśmy remontować. A z tym kryzysem to jedna rzecz mnie wytrąca z równowagi. Państwo chce pomagać bankom!
- Największym złodziejom! - Gośka dalej rozplątuje korale.
- Ja od półtora roku płacę pół mojej wypłaty, 1,2 tys. raty, a mój kredyt zmalał tylko o 2 tys. A państwo? Zamiast bankom, powinno pomagać młodym ludziom, którzy zakładają rodziny. Przecież jest niż demograficzny. A ja nie wiem, czy z tym kredytem na głowie będziemy mogli pozwolić sobie na drugie dziecko. Poza tym gdzie my byśmy ustawili drugie łóżeczko?
Gdyby Gośka nie zaszła w ciążę dwa lata temu, kiedy mieszkaliśmy w Londynie, to pewnie do dziś nie zdecydowalibyśmy się na dziecko. Dalej mieszkalibyśmy w Londynie, nadal zarabiałbym 13 funtów na godzinę albo wyemigrowałbym gdzieś, gdzie zawsze świeci słońce. Ale chcę, żeby Kubuś był blisko dziadków, żeby wychował się w Polsce. Teraz to jest najważniejsze.
W sumie to na razie nie czujemy kryzysu. To problem ludzi, którzy działają na giełdach. Mojej branży on nie dotknie. W końcu jak ludzie palą, to zawsze będą palić. Gdy oszczędzają na paleniu, to kupują tytoń, nie gotowe papierosy. A ja właśnie tytoń dostarczam hurtowniom. Tylko teraz musimy bardziej pilnować klientów z terminami płatności. Szef wysłał maila do pracowników, że nie możemy teraz dostarczać towarów na krechę.
Wciąż kupujemy to, na co mamy ochotę. Nie obliczamy wydatków, nie notujemy nigdzie, nic z tych rzeczy. Jeśli już coś się zmieniło, to to, że nie kupujemy tylu ciuchów co kiedyś. Ale to się zmieniło, odkąd jest z nami Kubuś, a nie przez kryzys. Nie odmawiamy sobie niczego na co dzień, choć odkładamy grubsze wydatki.
- No i ślubu nie bierzemy, bo nas nie stać - mówi Gośka. - Wszyscy mówią, żebyśmy chociaż małe przyjęcie zrobili i będzie po sprawie. A ja nie chcę przyjęcia, tylko prawdziwego wesela na 120 osób, tak jak miały moje siostry. No cóż, na to musielibyśmy wziąć drugi kredyt.
- Największe marzenie to pozbyć się tego cholernego plecaka, tego kredytu - dodaje Darek. - I jeszcze jedno, bez czego nie wyobrażam sobie przyszłości: mieć swój własny interes. Byłoby idealnie. Tylko że na to potrzeba pieniędzy, a więc i na to musiałbym wziąć drugi kredyt. A to jest błędne koło.
Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl