Rząd Donalda Tuska jest zdeterminowany, by odebrać przywileje emerytalne różnym grupom zawodowym. Prawo do wczesnych emerytur ma - zgodnie z rządową ustawą - stracić ponad 800 tys. osób.
To przywileje jeszcze z czasów PRL, których związkowcy właśnie bronią na ulicach Warszawy za pomocą petard i smrodu z podpalanych opon. A za te przywileje będziemy płacić my wszyscy.
Dlaczego przywileje emerytalne są złe? • Są niesprawiedliwe! Nie mają nic wspólnego z Polską solidarną, o której tak lubi opowiadać PiS i prezydent Lech Kaczyński. Najsilniejsze grupy, które mają dobrze zorganizowane związki, przez lata nie dawały sobie wyrwać żadnych przywilejów. Publiczne pieniądze w Polsce zwykle przechwytują właśnie ci najsilniejsi. Dla najsłabszych często ich nie starcza. Minister Michał Boni nazywa to „solidarnością egoizmów grupowych” i trudno się z nim nie zgodzić.
Niby dlaczego pani sprzedająca bilety w kasie
PKP ma mieć prawo do wcześniejszej emerytury, a pani z supermarketu - którą, co się wciąż zdarza, pracodawca zmusza do chodzenia w pampersie, by nie traciła czasu w toalecie - już nie?
Rząd chce zostawić przywileje tylko tym, którzy powinni je mieć z powodów medycznych, np. osobom usuwającym azbest.
• Krzywdzą samych emerytów. Ludzie, którzy odchodzą na wczesne emerytury, dostają mniej pieniędzy. Krótko pracowali, mało uskładali. Szybko pojawi się argument „głodowych emerytur” i naciski na rząd, by je co roku waloryzował, czyli podwyższał, oczywiście z pieniędzy podatników.
• Są przeszkodą w modernizacji Polski. Zbyt mało Polaków pracuje, a mamy przecież gonić bogatszy Zachód. Nasi emeryci są najmłodsi w Europie. By było z czego wypłacać im świadczenia, składki emerytalne - i dla pracowników, i dla pracodawców - wciąż są wysokie. Wysokie koszty pracy zachęcają do pracy na czarno lub do emigracji.
• Pieniędzy ze składek i tak nie starcza na wypłaty emerytur. Państwo musi dokładać co roku wiele miliardów z budżetu. Polski nie stać na przywileje kosztujące 20 mld zł rocznie (na Polaka wypada po 3 tys. zł rocznie!). Moglibyśmy te pieniądze wydawać lepiej: na edukację, badania naukowe, nowoczesne technologie.
Idą chude lata Mamy na świecie kryzys, także Polskę czekają chudsze lata. To powinno zachęcić nas do budżetowych oszczędności.
Z sondaży wynika, że Polacy chcą utrzymania przywilejów emerytalnych. Często tak "na wszelki wypadek", żeby w razie czego - np. utraty pracy - mieć miękkie lądowanie. Trudno się na to oburzać. Politycy mają jednak dbać o dobro wszystkich - słabych i silnych - a nie kilku grup zawodowych.
Prawo i Sprawiedliwość, gdy rządziło, także wiedziało, że niespotykane nigdzie w świecie przywileje mogą rozsadzić budżet. Przez dwa lata PiS pracował nad ustawą podobną do tej PO (przywileje miało stracić 600 tys. osób).
Jarosław Kaczyński obiecywał, że tych rozbuchanych przywilejów nie będzie, a jego brat prezydent wtedy nie zapowiadał weta. Dziś bardziej liczy się kilka punktów zdobytych w sondażach.
Już raz to przerabialiśmy - w 2005 r. Warszawę najechali górnicy. Z kamieniami i oskardami w garści wyszarpali z naszych kieszeni miliardy złotych (konkretnie 4 mld rocznie) na swoje superemerytury. Po tym "społecznym dialogu", w którym blisko 70 osób zostało rannych, prezydent Kwaśniewski podpisał korzystną dla górników ustawę. Akurat przypadkiem tego dnia kandydat
SLD w wyborach prezydenckich Włodzimierz Cimoszewicz był na... Śląsku i przekazał tę radosną nowinę górnikom.
Tak w Polsce uprawia się politykę. Tym razem może być inaczej. Wszystko w rękach koalicji PO-
PSL. Bo nawet jeśli prezydent zawetuje rządową ustawę, przywileje emerytalne wygasną. Wszystkim. Nie ma przeszkód, by na początku roku rząd przygotował, a parlament uchwalił osobną ustawę dla tych 270 tys. osób, którym rząd chce przywileje zostawić: hutnikom czy nurkom kesonowym.