http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ameryka potrzebuje przełomu

Tomasz Lis
2008-11-06, ostatnia aktualizacja 2008-11-06 10:36

Obama prezydentem. Tak niedawno niemożliwe stało się faktem. Ale jakkolwiek niesłychana może się wydawać jego zwycięska kampania, to skala trudności zadania, przed którym stanie prezydent elekt Obama, jest zupełnie nieporównywalna ze skalą trudności zadania, przed którym stał senator Obama.

Tomasz Lis
Tomasz Lis
Przed Obamą stoją wyzwania większe niż te, z którymi musiał się zmierzyć którykolwiek z jego poprzedników w ostatnich kilkudziesięciu latach. Richard Nixon, zdobywając prezydenturę, miał na głowie tylko wojnę - w Wietnamie. Jimmy Carter musiał wydobyć Amerykę z moralnej zapaści, a Ronald Reagan musiał ją wydobyć z gospodarczego kryzysu.

Obama będzie miał na głowie nie jedną, ale dwie wojny. I kryzys gospodarczy być może już niedługo większy niż ten z końca lat 70. Do tego będzie się musiał zmierzyć z poczuciem, że Ameryka słabnie, tak silnym jak w końcu lat 70., a na dodatek stanie przed nim zadanie odbudowy prestiżu i reputacji Stanów Zjednoczonych zdemolowanych w ciągu ośmiu lat prezydentury Busha.

Obama ma do dyspozycji wielki mandat zaufania, który dostał od Amerykanów, i wielki kredyt zaufania, który daje mu okazująca mu swą dobrą wolę i sympatię zagranica z Europą na czele. Ale czym wyższy próg oczekiwań, tym potencjalnie większe niebezpieczeństwo zawodu i frustracji. I w Ameryce, i za granicą.

Obama, co pokazał w ciągu 21 miesięcy kampanii, ma ogromny potencjał pozwalający mu zmierzyć się z wyzwaniami i z trudnej próby wyjść zwycięsko. Ze względu na wiązane z Obamą nadzieje jego klęska byłaby jednak o wiele bardziej bolesna niż ewentualna porażka McCaina w zderzeniu z tymi samymi wyzwaniami.

Barack Obama intelektem przewyższa być może swych dziesięciu poprzedników, ale też, o czym nie można zapominać, jest pod względem doświadczenia najgorzej przygotowanym kandydatem do sprawowania swej funkcji od jakichś stu lat. Nigdy niczym nie zarządzał, nigdy nie kierował grupą ludzi. Kilka lat w amerykańskim Senacie to już coś, ale w zestawieniu z zadaniem, jakim jest kierowanie wielką biurokratyczną machiną, a przede wszystkim z kierowaniem najpotężniejszym państwem na globie - to bardzo niewiele.

Zadanie stojące przed Obamą jest tym trudniejsze, że nie ma pod ręką żadnej ściągi. Tak skomplikowanej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej nie odziedziczył bowiem żaden prezydent.

Świat, co widać dziś bardzo wyraźnie, rzeczywiście jest już - jak to określił Fareed Zakharia - w erze postamerykańskiej. Nie chodzi o to, że amerykańskie imperium upadło. Chodzi o to, że - cytując Dominique'a Moisi z jego tekstu w najnowszym "Foreign Affairs" - nie jest już ono centrum świata.

Centrów tych jest wiele, a sytuacja - jak to ujął Robert Kagan - bardziej przypomina tę z końca XIX w. niż tę z czasów zimnej wojny i z okresu po jej zakończeniu. Nie ma już meczu Ameryka - Rosja, którego wynik przy całym dramatyzmie starcia był łatwy do przewidzenia. Nie ma też już i nigdy nie będzie amerykańskiej dominacji, z którą mieliśmy do czynienia jeszcze dekadę temu.

Z jednej strony środek ciężkości światowej polityki i gospodarki przesunął się w stronę Azji, czego symbolem jest niezwykła wprost ekspansja Chin i niepozostających za nimi daleko w tyle Indii. Z drugiej strony coraz bardziej asertywne w oparciu o swe zasoby surowców są Rosja, Iran i Wenezuela. Do tego dochodzą niesłabnące wpływy islamskiego ekstremizmu z muszącymi przyprawiać o ból głowy wyzwaniami, jakie przed Obamą postawią Afganistan i Pakistan. Do tego jest jeszcze gospodarczy kryzys, który najwyraźniej nie pokazał wszystkich swych możliwości, a tym bardziej wszystkich swych skutków.

Ogarnięcie tej sytuacji samo w sobie jest problemem wielkim. Znalezienie strategii pozwalającej radzić sobie z każdym z tych wyzwań oddzielnie i symultanicznie ze wszystkimi razem jest problemem kolosalnym. A, bądźmy szczerzy, świat jest w swym stosunku do Ameryki schizofreniczny. Nie może się zwykle obyć bez amerykańskiego przywództwa, ale nie lubi, gdy ono jest egzekwowane, nie lubi amerykańskiej hard power, ale stara się skorzystać z okazji osłabienia Ameryki, gdy owa power jest zbyt miękka. Jest zresztą cała masa państw, które po prostu chcą Ameryki jak najsłabszej, najlepiej bezradnej.

Obama będzie więc musiał manewrować tak, by wykazując wolę współpracy ze wspólnotą międzynarodową, nie być przez jej wewnętrzną sieć sparaliżowanym, by wychodząc naprzeciw sojusznikom, w żaden sposób nie zapominać, że jeśli nie jedynym, to najważniejszym motywem jego działalności musi być interes amerykański. Musi, używając określenia Theodore'a Roosevelta, mówić miękko, ale nigdy nie wypuszczać z ręki sporej wielkości kija. Część wypatrujących za granicą prezydentury Obamy z wielkimi nadziejami wkrótce będzie pewnie zawiedziona.

Najważniejszym celem prezydenta Obamy będzie odtworzenie prawdziwego, jednoczącego Amerykanów narodowego celu oraz odbudowanie reputacji Ameryki. A może więcej - wizerunku Ameryki jako kraju nadziei, jako symbolu otwartości, symbolu wolności, a nie opresji, kraju, który inspiruje, a nie odstrasza czy irytuje.

I to zadanie jest niezwykle trudne, ale akurat Obama ma szansę je wykonać. Tak jak zwycięstwo Obamy jest bowiem dowodem nieograniczonych możliwości, jakie daje Ameryka, tak jego prezydentura musi być dowodem, że potrafi ona otworzyć nowe możliwości przed całym światem.

Skala możliwości stojących przed nowym prezydentem będzie tak wielka jak skala czyhających na niego niebezpieczeństw. Nie sposób dziś przewidzieć, czy będzie to prezydentura otwierająca nową polityczną erę, czy też nieudany eksperyment. Czy Obama będzie umiał na nowo zdefiniować amerykańską politykę i współdefiniować politykę światową, czy ze stojącym przed nim wielkim wyzwaniem sobie nie poradzi.

Dziś wydaje się, że Obama już za chwilę będzie mocno trzymał lejce, a Republikanie będą w odwrocie. Warto jednak pamiętać, że już dwa lata po wyborczym triumfie Billa Clintona przez Amerykę przetoczyła się wielka republikańska rewolucja, a Demokraci w praktyce stracili Kongres.

Inny demokratyczny prezydent Jimmy Carter na fali wielkiej nadziei zdobył Biały Dom tylko po to, by cztery lata później być z niego przez Amerykanów bezlitośnie wygłosowanym. Cztery lata temu, po drugim zwycięstwie Busha juniora i wielkim triumfie Republikanów w wyborach do Kongresu, mówili oni, że mają patent na większość elektoratu i utrzymywanie władzy przez kilkanaście lat. Co z tych marzeń zostało, sami widzimy.

Osiem lat po wygranej Busha w dramatycznym starciu z Alem Gore'em Gore ma Nobla, a Bush reputację zbliżoną do tej, jaką miał Richard Nixon, gdy upokorzony i zmuszony do rezygnacji ewakuował się z Białego Domu.

Symbolem prezydentury Busha miał być współczujący konserwatyzm, a potem wojna z terrorem. Trzeba oddać Bushowi, że po atakach 11 września Ameryka nie została zaatakowana ani razu. Symbolami prezydentury Busha zostaną jednak prawdopodobnie więzienie Abu Ghraib i krach na Wall Street, który pogrzebał też Johna McCaina.

Konserwatyzm Busha najbardziej współczujący okazał się więc nie wobec zwykłych ludzi z Main Street, ale wobec grubych ryb z Wall Street. Musi jednak uważać Obama z zapowiadanym przez siebie redystrybucyjnym modelem rządzenia Ameryką, bo o ile dziki kapitalizm wychodzi Ameryce bokiem, to jeszcze bardziej może ona zapłacić za teoretycznie wyrafinowany socjalizm.

Obama prowadził kampanię i wygrał pod hasłem zmiany. Ameryce potrzebne są jednak nie zmiany, ale przełom. Stosunkowo łatwo zarysować to, czym miałby on być, o niebo trudniej go dokonać. Dziś, niezależnie od obaw, symbolem nadziei dla Ameryki jest Obama. Nie jest to nadzieja prosta, ale choć trudna, jest realna. Powinniśmy życzyć Ameryce i jej nowemu prezydentowi, by owa nadzieja się spełniła.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':