http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Missouri pamięta o niewolnictwie

Timothy Garton Ash, Warsaw w stanie Missouri
2008-11-04, ostatnia aktualizacja 2008-11-03 17:16

Wątpię, by w którymkolwiek z miejsc w Europie stare rany były nadal tak głębokie i bolesne jak w spokojnych miasteczkach stanu Missouri, gdzie republikanki w średnim wieku mogą z pamięci wyrecytować, co kto komu zrobił prawie 150 lat temu

Timothy Garton Ash
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Timothy Garton Ash
W Warsaw w stanie Missouri duchy przemawiają do mnie ustami nieznajomych. To duchy niewolniczej przeszłości, która rzuca swój długi cień nawet tutaj, na ulice miasteczka urokliwie położonego nad brzegiem jeziora, w słoneczny jesienny dzień.

Lokalna wolontariuszka sztabu Obamy opowiada mi o kobiecie, która powiedziała jej, że osobiście głosowałaby na Baracka, ale jej córka nie - tu matka ściszyła głos - "bo jest czarny". Jej syn też nie: "Jest jeszcze większym rasistą". Jak przykro jest wyznać coś takiego o swoich własnych dzieciach. Sklepy są zawalone straszno-śmiesznymi gadżetami na Halloween, ale prawdziwe duchy i czarownice Ameryki są gdzie indziej.

Missouri się liczy. To chorągiewka pokazująca, skąd wieje wiatr. Ulokowany głęboko w sercu Ameryki, gdzie wschód spotyka się z zachodem, a północ z południem, stan ten przez ostatnie sto lat wybierał zwycięzcę każdego wyścigu prezydenckiego z wyjątkiem 1956 r.

W sondażach to jeden z niewielu stanów, gdzie różnice między kandydatami są zbyt małe, by przewidzieć wynik. Dlatego dwa tygodnie temu Obama przekonywał tu tłumy na wiecach i dlatego jego kandydat na wiceprezydenta Joe Biden był tu w ubiegły czwartek. Dlatego sztab Obamy w Missouri wysłał 25 tys. wolontariuszy, którzy w ostatnich czterech dniach kampanii zapukali do drzwi 1,3 mln wyborców.

Większość niezdecydowanych mieszka na rozległych przedmieściach St Louis i Kansas City, ale każdy głos z terenów wiejskich, które wydały między innymi jednego z najznamienitszych prezydentów Demokratów Harry'ego Trumana, także się liczy.

Jestem w samym środku rolniczego serca tego stanu: piękny, łagodnie pofałdowany wiejski krajobraz z poranną mgiełką unoszącą się znad wodopojów dla bydła, drzewami ubarwionymi każdym impresjonistycznym odcieniem jesiennych brązów, żółci i czerwieni, krowami przeżuwającymi bujną trawę i przydrożnymi tablicami "Nawóz na sprzedaż" i "Jezus jest Panem".

Na rogu ulic Van Burena i Kościuszki (to jego postać zainspirowała nazwanie tego miejsca Warsaw) dostrzegam schludny, pomalowany na biało dom z umieszczoną w oknie tablicą, iż "Ten dom jest chroniony przez Boga". Na zewnątrz szczeka pies (czyżby wabił się Bóg?). W trawnik wbita kolejna tabliczka "Na sprzedaż". Bóg może tu jest, ale ludzie mają takie same problemy mieszkaniowe i finansowe jak wszędzie.

I nie polują tylko dla sportu. Dobry strzał może zapewnić pożywnego indyka albo przepiórkę na obiad. Stąd twierdzenie Republikanów, że Obama chce im zabrać wszystkie pukawki. Głęboki głos kowboja w reklamówce wyborczej McCaina emitowanej w lokalnej stacji radiowej z muzyką country zapewnia, że "kochamy naszego Boga i naszą broń" - wydaje się, jakby oba te słowa były wymawiane z dużej litery. A liberałowie, przekonuje dalej, "chcą je wam odebrać, bo nie rozumieją Ameryki".

Spodziewałem się, że kwestia rasowa będzie miała znaczenie, jednak zdziwiło mnie, jak płytko znajdują się te stare rany i uprzedzenia. Nie musiałem pytać; to samo wychodziło. W lokalnym sztabie McCaina cztery ciepłe i gościnne panie opowiadają mi o swoim entuzjazmie wobec Sary Palin, kandydatki na wiceprezydenta Republikanów. Kiedy rozmowa nieuchronnie zmierza do wiadomego tematu, jedna z nich mówi, że ludzie obawiają się etykietki rasisty, gdy występują przeciw Obamie.

Druga przypomina sobie, że jak była dzieckiem, niedaleko stąd działał jeszcze Ku-Klux-Klan i nie po wszystkich drogach czarni mogli bezpiecznie chodzić. Panie dodają, że XIX-wieczne Warsaw było miastem niewolniczym, lecz Cole Camp, założone przez niemieckich luteranów kilka mil dalej, nie. Podczas wojny secesyjnej ludność Missouri walczyła między sobą, a Warsaw kilka razy zostało spalone i starte z powierzchni ziemi.

W pobliskiej Sedalii były oficer, przez lata zdeklarowany republikanin, mówi mi, że będzie głosował na Obamę. Jest zdegustowany kłamstwami administracji Busha w sprawie wojny w Iraku.

Ale byłoby łatwiej, gdyby Obama miał białą skórę. Po prawdzie byłoby mu trudno zagłosować na Obamę, gdyby ten był prawdziwym Afroamerykaninem - "amerykańskim czarnym niewolnikiem", jak usłużnie wyjaśnia obcokrajowcowi. Ci ludzie są "szaleni" wewnątrz, mówi, używając amerykańskiego kolokwializmu. Na szczęście Obama nie jest prawdziwym Afroamerykaninem, tylko Amerykaninem z afrykańskim ojcem. Lecz mimo to perspektywa oddania na niego głosu trochę mojego rozmówcę "mdli".

Nie zrozumcie mnie źle. Słowo daję, nie przybyłem tutaj jako zadzierający nosa miejski liberał, kulturowy turysta z Europy pragnący krzywić się nad tymi smutnymi, zacofanymi burakami i potępić ich jako rasistów. Jestem od tego daleki.

Ludzie, których spotkałem, byli przyzwoici, uczciwi i serdeczni, dostrzegali istnienie problemu pozostałego w nich rasizmu i nie propagowali go, lecz szczerze z nim walczyli. Nie mam również zamiaru wygłosić uproszczonej konkluzji, że "rasa zdecyduje o wyniku wyborów". Przeprowadziłem jedynie nienaukowe badanie na jednym procencie populacji (liczącej wedle przydrożnej tabliczki 2070 osób) jednego małego miasteczka w konserwatywnej, rolniczej części tego niezdecydowanego stanu.

Chcę się jednak podzielić dwoma wrażeniami. Po pierwsze, pomimo zgodnej opinii najlepszych ośrodków badania opinii publicznej i najmądrzejszych komentatorów świata, iż Obama zdobywa coraz solidniejszą przewagę, wydaje mi się, że w tych wyborach jest wyjątkowo dużo niewiadomych - znanych i nieznanych - które mogą przechylić szalę zwycięstwa na którąś ze stron.

Jeśli w zbyt wielu sercach tkwi zbyt wiele ukrytych wątpliwości co do inności Obamy, McCain może uciułać zwycięstwo. Jeśli znakomicie zorganizowana na szczeblu terenowym kampania Obamy skłoni do oddania głosu tych wyborców, do których ankieterzy nigdy nie dotarli - młodych, biednych, mniejszości etnicznych, nawet bezdomnych (sędzia w Ohio właśnie zezwolił bezdomnym wyborcom, by rejestrując się, podawali jako swój adres ławkę w parku) - to skala zwycięstwa Obamy może być zdumiewająca. Wiem tylko tyle, by wątpić w mądrość każdego, kto twierdzi, że wie, co się wydarzy. Nie ja pierwszy to napisałem. We wtorek wszyscy będziemy mądrzejsi.

Drugim ciekawym zjawiskiem w tych wyborach jest to, że z uwagi na wyjątkowość Obamy i jego kampanii "od drzwi do drzwi", wywołały one szeroką debatę narodową, nie tylko o przyszłości Ameryki, ale też o jej trudnej przeszłości. Mapa Missouri jest upstrzona starymi europejskimi nazwami: Warsaw, Dresden, Windsor, Odessa, Versailles. Stare europejskie miasta z długą historią, również przelewu krwi i konfliktów etnicznych. Ale wątpię, by w którymkolwiek z nich, nawet w polskiej Warszawie, stare rany były nadal tak głębokie i bolesne jak w ich spokojnych imiennikach z Missouri, gdzie republikanki w średnim wieku mogą z pamięci wyrecytować, co kto komu zrobił prawie 150 lat temu.

Obama woli skupiać się na przyszłości, jednak ta trudna dyskusja o przeszłości Ameryki dotyczy także jej przyszłości. Jest bolesna i może nawet trochę ryzykowna, ale daje szansę uzdrowienia, zwłaszcza jeśli wystarczająco wielu Amerykanów przezwycięży swoje ukryte wątpliwości, "mdłości" i posłucha intrygująco sformułowanego wezwania Obamy: "Stańmy się jednym krajem, jednym narodem i raz jeszcze wybierzmy dla siebie lepszą historię".



* Timothy Garton Ash - profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie Oxfordzkim, senior fellow Instytutu Hoovera na Uniwersytecie Stanford. Ostatnio wydał książkę "Free World".

tłum. st

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':