Dalajlama od lat promuje "drogę środka", czyli szukanie rozwiązania dla Tybetu na drodze dialogu z Chinami. Rezygnację z tej ścieżki ogłosił w czasie, gdy planowano nowe rozmowy chińsko-tybetańskie w Pekinie.
Gorzkie słowa Dalajlamy to pośrednie przyznanie racji tym Tybetańczykom, którzy od początku krytykowali jego "drogę środka" i mówili, że czas na bardziej radykalne metody. - Od długiego czasu trzymałem się drogi środka w stosunkach z Chinami, ale nie doczekałem się z ich strony pozytywnej odpowiedzi. Dlatego zwróciłem się do rządu tybetańskiego na wygnaniu, by zadecydował po konsultacji z Tybetańczykami, co robić dalej - mówił Dalajlama.
Dalajlama zrezygnował z niepodległości Tybetu na początku lat 70. Chińczycy nie przestali go jednak oskarżać o chęć oderwania Tybetu od Chin. Pod rządami Chin z nazwy autonomiczny Tybet rozwija się materialnie, ale swobody religijne i kulturalne są tam tłumione. Co kilka lat Tybetańczycy wychodzą na ulice na znak protestu, ale ich bunty są brutalnie tłumione przez policję i wojsko chińskie.
Wiosną przed olimpiadą po stłumieniu fali protestów w Tybecie świat apelował do Pekinu o podjęcie rozmów z Dalajlamą. Tymczasem już zaraz po rozruchach antychińskich w Lhasie, w których zginęło 22 obywateli chińskich, Pekin stwierdził, że za zamieszki winę ponosi "klika Dalaja", która je wyreżyserowała. Ale pod presją zachodnią chiński przywódca Hu Jintao zaoferował w kwietniu rozmowy z wysłannikami Dalajlamy. Już sama zapowiedź wystarczyła, by przywódcy zachodni przestali grozić bojkotem ceremonii otwarcia igrzysk pekińskich. Rozmowy, do których doszło latem, miały charakter czysto formalny i jak widać dziś, były tylko zasłoną dymną.
Źródło: Gazeta Wyborcza