http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kim był Milton Friedman?

Paul Krugman
2008-10-25, ostatnia aktualizacja 2008-10-24 16:26

Jeśli Keynes był Lutrem, to Friedman Ignacym Loyolą gospodarki


Fot. DADO GALDIERI AP
Dwudziestowieczna historia myśli ekonomicznej przypomina nieco siedemnastowieczną historię chrześcijaństwa. Do opublikowania przez Johna Maynarda Keynesa w 1936 r. "Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza" w ekonomii - przynajmniej brytyjskiej i amerykańskiej - rządziła niepodzielnie wolnorynkowa ortodoksja. Pojawiające się tu i ówdzie herezje konsekwentnie dławiono. Jak pisał Keynes w 1936 r., klasyczna ekonomia "podbiła Anglię tak całkowicie jak święta inkwizycja Hiszpanię". A według klasycznej ekonomii niemal wszystkie problemy rozwiązuje uwolnienie sił podaży i popytu.

Jednak nie wyjaśniała ona Wielkiego Kryzysu ani nie oferowała rozwiązań. W połowie lat 30. nie można było już lekceważyć wyzwań dla ortodoksji. Keynes odegrał rolę Marcina Lutra. Nie był żadnym lewicowcem - chciał ocalić kapitalizm, a nie go pogrzebać. Ale jego teoria głosiła, że wolny rynek nie zagwarantuje pełnego zatrudnienia, i wysuwała nowe argumenty na rzecz szerokiego interwencjonizmu państwowego.

Keynesizm był w myśli ekonomicznej wielką reformacją, nieuchronnym skutkiem była więc kontrreformacja. Wielu ekonomistów odegrało ważną rolę w wielkim odrodzeniu klasycznej ekonomii lat 1950-2000, ale żaden nie wywarł takiego wpływu jak Milton Friedman. Jeśli Keynes był Lutrem, to Friedman Ignacym Loyolą, założycielem jezuitów. Jego wyznawcy jak jezuici tworzyli zdyscyplinowaną armię wiernych, inicjując powszechny, choć częściowy, odwrót od keynesowskiej herezji. Dzięki niemu z końcem stulecia klasyczna ekonomia odzyskała liczne, choć nie wszystkie, stracone pozycje.

Nie chcę posuwać religijnej analogii za daleko. Teoria ekonomiczna to nie teologia. Aspiruje do naukowości, zajmuje się ziemią, a nie niebem. Keynesizm zawdzięczał początkowe zwycięstwo temu, że znacznie skuteczniej niż klasyczna ortodoksja nadawał sens otaczającemu światu. Friedmanowska krytyka zyskała uznanie głównie dlatego, że trafnie rozpoznała jego słabe punkty. Dla jasności: sądzę, że Friedman mylił się w pewnych kwestiach i czasem zwodził czytelników, ale uważam go za wielkiego ekonomistę i wielkiego człowieka.

A jednak racjonalnie

Milton Friedman odegrał w życiu umysłowym XX w. trojaką rolę. Po pierwsze, był ekonomistą z krwi i kości, autorem naukowych, mniej lub bardziej apolitycznych analiz zachowań konsumentów i inflacji. Po drugie, był politycznym agitatorem, poświęcił dziesięciolecia na kampanię na rzecz monetaryzmu - pod koniec lat 70. doczekał przyjęcia przez System Rezerwy Federalnej (FED) i Bank of England jego doktryny, zarzuconej jednak po paru latach z powodu nieskuteczności. Był wreszcie ideologiem, wybitnym popularyzatorem doktryny wolnego rynku.

Czy role te odgrywał ten sam człowiek? I tak, i nie. Wszystkie trzy motywowała wiara w klasyczne aksjomaty gospodarki wolnorynkowej. Co więcej, jego popularyzatorska skuteczność opierała się po części na zasłużonej reputacji wybitnego teoretyka. Ale jest wyraźna różnica między jego naukową dyscypliną a luźniejszą, czasem wątpliwą logiką intelektualnej publicystyki. Prace teoretyczne Friedmana podziwiali zgodnie wszyscy specjaliści, ale jego zaangażowana publicystyka była już bardziej kontrowersyjna. A jego przemówienia publiczne nasuwały niekiedy poważne wątpliwości co do intelektualnej uczciwości.

Odłóżmy na razie wątpliwe kwestie i zajmijmy się Friedmanem teoretykiem. W ostatnich dwóch stuleciach w ekonomicznym myśleniu dominowało pojęcie homo economicus. Hipotetyczny człowiek ekonomiczny wie, czego chce; jego preferencje wyrazić można matematycznie przy pomocy „funkcji użyteczności”. W wyborach kieruje się racjonalną kalkulacją, jaką jest jej maksymalizowanie. Konsument wybiera między płatkami kukurydzianymi i owsianymi, a inwestor między akcjami i obligacjami, ale obaj podejmują decyzje, porównując „korzyści krańcowe” wynikające ze zwiększenia konsumpcji danego dobra o jedną jednostkę.

Łatwo wykpić ten pomysł. Nikt, nawet ekonomiści nobliści, nie podejmuje w ten sposób decyzji. Ale większość ekonomistów (w tym ja) uznaje homo economicus za użyteczną idealizację rzeczywistych procesów. Ludzie mają pewne preferencje, nawet jeśli nie wyraża ich precyzyjnie funkcja użyteczności. Zwykle podejmują sensowne decyzje, nawet jeśli nie polegają one na maksymalizacji użyteczności. Dlaczego nie opisywać człowieka takim, jakim jest? Dlatego że uproszczenie to jedyna metoda narzucenia złożoności życia gospodarczego rozumowego porządku. A założenie racjonalności konsumenta okazało się uproszczeniem szczególnie owocnym.

Jak daleko mogą iść uproszczenia? Keynes nie przypuścił zmasowanego ataku na człowieka ekonomicznego, ale często zastępował analizy postępowania racjonalnego decydenta psychologicznymi dywagacjami. W biznesie decyzjami rządzi często "zwierzęcy instynkt", u konsumentów - psychologiczna skłonność do wydania części, ale nie całości dodatkowych dochodów, w negocjacjach płacowych - poczucie przyzwoitości.

Czy słuszna była taka detronizacja homo economicus? Nie, powiedział Friedman, dowodząc w eseju „Metodologia pozytywnej ekonomii” z 1953 r., że teorie ekonomiczne oceniać należy nie według ich psychologicznego realizmu, tylko zdolności przewidywania zachowań. Dwa największe sukcesy Friedmana teoretyka polegały na zastosowaniu hipotezy racjonalnych zachowań do zagadnień wedle innych ekonomistów wykraczających poza jej zakres.

W "A Theory of the Consumption Function" z 1957 r. (tytuł mało fascynujący, temat ważny) dowodził, że zrozumieniu mechanizmu oszczędności i wydatków bardziej służy wizja jednostek planujących racjonalnie, jak lokować swoje zasoby, niż psychologizowanie Keynesa. Ale nie była to idea antykeynesowska - do tego samego doszedł równolegle (wraz z Albertem Ando) wielki keynesista Franco Modigliani, kładąc jeszcze silniejszy nacisk na racjonalność zachowań. Niemniej oznaczało to powrót do myślenia klasycznego - i dawało efekty.

Przewidział kryzys

Prace o zachowaniach konsumpcyjnych ugruntowały pozycję akademicką Friedmana. Ale jeszcze większym sukcesem okazało się zastosowanie teorii człowieka ekonomicznego do problemu inflacji. W 1958 r. pochodzący z Nowej Zelandii ekonomista A.W. Phillips zauważył zjawisko empiryczne, odwrotną korelację między bezrobociem i inflacją. Przez jakiś czas ekonomiści uznawali, że jest to ustalona reguła. Dyskutowano o tym, jaki punkt na "krzywej Phillipsa" powinien preferować rząd - czy np. USA powinny wybrać niższe bezrobocie kosztem wyższej inflacji.

Występując w 1967 r. na forum Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Friedman dowodził, że korelacja między inflacją i bezrobociem, choć empiryczna, nie reprezentuje, przynajmniej na dłuższą metę, realnego kompromisu. "Kompromis między inflacją i bezrobociem - wyjaśniał - jest zawsze chwilowy". Innymi słowy - obniżanie bezrobocia przez generowanie inflacji przyniesie jedynie tymczasowy skutek. Według Friedmana bezrobocie zacznie w końcu rosnąć nawet przy wysokiej inflacji.

Jak rozumował Friedman? (Równolegle i niezależnie do tych samych wniosków doszedł laureat ekonomicznego Nobla za 2006 r. Edmund S. Phelps). Podobnie jak w pracy o zachowaniach konsumenckich zastosował koncepcję zachowań racjonalnych. Dowodził, że wskutek długotrwałej inflacji ludzie uwzględniają ją w swoich decyzjach odnośnie przyszłości, co niweczy jej korzystny wpływ na zatrudnienie. Przykładowo, jednym z powodów, dla których inflacja może zwiększać zatrudnienie, jest to, że przyjmowanie pracowników opłaca się wówczas, gdy ceny rosną szybciej niż płace. Ale kiedy pracownicy zrozumieją, że inflacja pochłonie siłę nabywczą ich zarobków, zażądają podwyżek zawczasu, więc płace zaczynają dotrzymywać kroku cenom. W rezultacie przedłużająca się inflacja przestaje napędzać zatrudnienie. Jeśli nie sięgnie oczekiwanego poziomu, następuje wzrost bezrobocia.

Kiedy Friedman i Phelps ogłaszali swoje teorie, Stany Zjednoczone miały małe doświadczenie z utrzymującą się inflacją. Było to więc bardziej proroctwo niż próba zrozumienia przeszłości. Ale lata 70. stały się testem ich hipotezy. Historyczny związek inflacji z bezrobociem załamał się dokładnie tak, jak przewidzieli: inflacja osiągnęła poziom dwucyfrowy, a bezrobocie było takie jak w czasach stabilnych cen lat 50. i 60., a nawet wyższe. Inflację opanowano dopiero w latach 80., po okresie bezrobocia najwyższego od czasów Wielkiego Kryzysu.

Przewidując to, Friedman i Phelps odnotowali jeden z największych sukcesów w powojennej ekonomii. Sukces ten bardziej niż wszystko inne ugruntował pozycję Miltona Friedmana jako wielkiego ekonomisty bez względu na to, co myślimy o jego innych rolach.

Co ciekawe, Friedman dokonał wielkiego postępu w makroekonomii dzięki koncepcji indywidualnej racjonalności, ale wiedział, gdzie się zatrzymać. W latach 70. niektórzy ekonomiści kontynuowali jego analizę inflacji, dochodząc do wniosku, że kompromisu między nią i bezrobociem nie ma także na krótką metę, bo ludzie przewidują działania rządu i włączają swoje przewidywania dotychczasowe doświadczenia w mechanizm ustalania cen i negocjacji o płacach. Mowa tu o doktrynie „racjonalnych oczekiwań”, która święciła triumfy w akademickiej ekonomii. Friedman nie poparł jej. Poczucie rzeczywistości ostrzegło go, że to nadużycie idei homo economicus. I tak się okazało: teza Friedmana z 1967 r. wytrzymała próbę czasu, w odróżnieniu od bardziej skrajnych poglądów zwolenników teorii racjonalnych oczekiwań z lat 70. i 80.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy