Prezydent postawił na swoim. Na szczycie w Brukseli usiadł w końcu koło premiera. Ministrowie finansów i Spraw Zagranicznych Rostowski i Sikorski ustąpili mu miejsca. I oskarżyli o podkopywanie pozycji Polski w Unii
- Cóż mieliśmy zrobić. Jesteśmy dżentelmenami - mówił zdenerwowany Jacek Rostowski.
I tłumaczył, że jeśli celem prezydenta było usiąść przy stole na szczycie, to wygrał. Ale jeśli chciał - tak jak mówił - wzmocnić pozycję Polski - to stało się dokładnie odwrotnie.
Kaczyński: podam rękę Tuskowi W drodze na szczyt Lech Kaczyński mówił: Podałem rękę Kiszczakowi, podam i Tuskowi.
Prezydent leciał na szczyt do Brukseli wyczarterowanym Boeingiem zrelaksowany, wprost z imienin u mamy Jadwigi tak jakby w ogóle nie było kompromitującej Polskę wojny o miejsce na szczycie. Premier zdenerwowany, odbywał niemal taśmowo - spotkanie za spotkaniem z przywódcami różnych krajów.
Kiedy premier
Donald Tusk cementował w Brukseli koalicję krajów gotowych złagodzić unijny pakiet klimatyczny kosztowny dla opartej na węglu polskiej gospodarki, silniki wyczarterowanego przez prezydenta samolotu grzały się na Okęciu. Wszyscy czekali na spięcie na sali obrad.
Donald Tusk do końca chyba nie wierzył, że Lech Kaczyński zjawi się w Brukseli. Rano, wychodząc z polskiego przedstawicielstwa przy UE odgrażał się, że jeśli ten zjawi się na sali obrad, to minister finansów Jacek Rostowski czy szef
MSZ Radosław Sikorski nie ustąpią mu miejsca w sali obrad.
Z kolei prezydenccy ministrowie Michał Kamiński i Mariusz Handzlik zapewniali "Gazetę", że z miejscem przy stole nie powinno być problemu, gdyż prezydent jest gotów ustąpić miejsca min. Rostowskiemu, kiedy jego obecność będzie konieczna. - Prezydent nie jedzie po to, żeby przeszkadzać, ale żeby pomóc rządowi - przekonywali nas. I dodawali, że na przyjeździe Kaczyńskiego na szczyt zależało osobiście gospodarzowi - prezydentowi przewodzącej Unii Francji - Nicolasowi Sarkozy'emu. Lech Kaczyński dostał nawet od niego zaproszenie.
Brak trzeciego krzesła miał być ostatnią barierą dla prezydenta. Zgodnie z tradycją każdy kraj ma dwa miejsca przy unijnym stole. To, kto na nich siedzi i kiedy zależy od poszczególnych krajów. Polscy dziennikarze żartowali, że przewodzący Unii Francuzi dostawią w końcu trzecie krzesło, łamiąc zasadę, ale ratując Polskę przed kompromitacją.
Prezydent przyleciał do Brukseli po godzinie 14.00 i udał się do polskiej ambasady przy Królestwie Belgii. Wszedł do budynku wraz z innym zaproszonymi i "zarejestrowanymi" przywódcami - ok. 16.00. Po serdecznym przywitaniu się z Nicolasem Sarkozym, usiadł obok Tuska. Wcześniej podali sobie ręce. Premier miał ściśnięte usta i był blady. Prezydent uśmiechnięty.
Już przed południem było jasne, że prezydent nie będzie stał pod drzwiami, choć nie wiadomo było czy dostanie specjalną wejściówkę przeznaczoną dla szefów delegacji - tzw. pin. Okazało się też, że żelazną dotąd w UE zasadę "jeden kraj - trzy piny", gospodarze szczytu Francuzi złamali dla Rumunów. Kraj ten otrzymał cztery superwejściówki, by na szczyt mogli przyjechać skłóceni premier Calin Popescu i prezydent Traian Basescu wraz z ministrami finansów i spraw zagranicznych. W odróżnieniu jednak do Polaków, Rumuni ustalili to w Bukareszcie, nie przenosząc sporów do Brukseli.
Nad tym, że premier nie dogadał się z prezydentem bolał szef Komisji Spraw Zagranicznych europarlamentu Jacek Saryusz-Wolski (PO). - Sytuacja będzie niezrozumiała, ale mam nadzieję, że pomoże polska sztuka improwizacji - mówił przed południem. Zdaniem Saryusza-Wolskiego całe to zamieszanie utrudnia premierowi zadanie. - Tam gdzie się mówi dwoma głosami to tak jakby się milczało - mówił.
Wielką wiarą wykazał się szef Parlamentu Europejskiego, chadek Hans Gert Poettering. - Mam nadzieję, że prezydent i premier dojdą do porozumienia. Nie do mnie należy dawanie rad. Ale obaj są chrześcijanami, więc powinni ze sobą współpracować jak chrześcijanie - mówił Poettering, znany ze swej głębokiej wiary.
Ale chrześcijańskiego miłosierdzia zabrakło we wściekłej na zachowanie prezydenta delegacji rządowej. Ludzie premiera przekonywali, że prezydent nie powinien występować na szczycie, gdyż przynajmniej w trzech kluczowych sprawach ma sprzeczne poglądy z rządem. Po pierwsze Lech Kaczyński czeka z podpisaniem Traktatu z Lizbony, podczas gdy rząd chciałby zakończyć już ratyfikację. Po drugie nie podoba mu się przeforsowana przez Tuska obecność Lecha Wałęsy w specjalnej grupie refleksyjnej mędrców, która zajmie się przyszłością Unii. Po trzecie jest przeciw szybkiemu przyjęciu przez Polskę euro i wbrew rządowi chciałby, aby tę decyzję poprzedziło referendum.
Szczyt rozpoczął się o godzinie 16.00 od spotkania z szefem Parlamentu Europejskiego Hansem-Gertem Poetteringiem. Przez pierwsze pół godziny Irlandzki premier Brian Cowen opowiadął przywódcom, co jego kraj zamierza zrobić z odrzuconym w czerwcu Traktatem Lizbońskim. Nikt nie spodziewał się konkretów. Potem Europejskiego Banku Centralnego rozmawiał z przywódcami o kryzysie finansów i europejskim pakiecie ratunkowym dla banków. Wieczorem przy kolacji przy tematem był pakiet klimatyczny.
Sikorski: Europa nie wie z kim ma do czynienia - Szef polskiej dyplomacji Rosław Sikorski powiedział tuż po rozpoczęciu szczytu, że Polska - reprezentowana na szczycie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska - nie będzie mówić jednym głosem.
"Europa nie wie, z kim ma do czynienia" - powiedział Sikorski dziennikarzom, tuż po rozpoczęciu szczytu.
Jego zdaniem prezydent Lech Kaczyński "tworzy nową rzeczywistość polityczną", bo z powodu jego obecności na szczycie, Polska nie będzie mówić jednym głosem. Zwrócił uwagę na rozbieżności w poglądach prezydenta i premiera na tematy omawiane na szczycie.
Szczyt rozpoczyna się od spotkania z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Hansem-Gertem Poetteringiem. W tej części szczytu, na którą francuskie przewodnictwo UE przewidziało 30 minut, premier Irlandii Brian Cowen ma zdać relację o powodach odrzucenia przez Irlandczyków Traktatu z Lizbony w czerwcowym referendum.
Francuskie przewodnictwo w UE nie oczekuje, że na szczycie przywódcy znajdą rozwiązanie w sprawie impasu związanego z Traktatem z Lizbony. Dublin zapowiedział bowiem, że dopiero na szczycie w grudniu przedstawi "mapę drogową" - czy i kiedy może powtórzyć referendum.
"Ten ostatni kryzys tylko potwierdza konieczność, byśmy mieli w UE jasny proces podejmowania decyzji. Dlatego potrzebujemy przyjęcia Traktatu z Lizbony, potrzebujemy silnych instytucji" - apelował w środę przewodniczący KE Jose Barroso.
Program szczytu Unii Główna sesja, która rozpocznie się tuż po spotkaniu z Poetteringiem, będzie dotyczyć kryzysu finansowego, który z
USA dotarł do Europy. Oczekuje się, że przywódcy 27 państw UE potwierdzą decyzje niedzielnego szczytu unijnych członków strefy euro, w nadziei, że silne unijne stanowisko jeszcze bardziej przywróci zaufanie banków, a zwłaszcza konsumentów.
W programie szczytu jest też budzący wiele kontrowersji i niepokojów w Polsce tzw. pakiet klimatyczno-energetyczny, czyli propozycje legislacyjne mające doprowadzić do redukcji o 20 proc. emisji CO2. Ten temat będzie omawiany podczas kolacji przez przywódców państw i rządów.
Francja zapowiedziała jednak, że nie liczy na porozumienie w tej sprawie już na tym szczycie, ale w grudniu. Szczyt ma być okazją, by potwierdzić ambitne zobowiązania klimatyczne UE, mimo kryzysu finansowego.
Szczyt będzie też okazją do omówienia stosunków UE-
Rosja przed szczytem obu stron w Nicei 14 listopada i w nawiązaniu do nadzwyczajnego szczytu z 1 września po wybuchu konfliktu gruzińsko-rosyjskiego. Zdecydowano wówczas o zawieszeniu negocjacji w sprawie nowego porozumienia UE-Rosja (ang. PCA), dopóki rosyjscy żołnierze nie wycofają się na pozycje sprzed wybuchu konfliktu.