Kościół kiedyś unikał giełdy, bo fundusze inwestycyjne jeszcze w latach 80. nie dawały gwarancji, że nie włożą pieniędzy w podejrzany moralnie biznes - jak produkcja broni lub prezerwatyw. Jednak dziś Watykan jest nie tylko krytykiem giełdy, ale też - jak pokazuje obecny kryzys - zatrudnia jej świetnych znawców.
Brytyjski tygodnik katolicki "The Tablet" dotarł do najnowszych raportów finansowych Watykanu, które pokazują, że watykańscy doradcy finansowi już przed kilkoma miesiącami zarządzili odwrót z rynku akcji w obawie przed rychłym krachem. - Watykan zdołał świetnie przygotować się do zbliżającego się kryzysu i dlatego wiele na nim nie straci - twierdzi rozmówca "The Tablet", który miał przeglądać watykańskie raporty w lipcu tego roku. Stolica Apostolska zdążyła zamienić większość swych rezerw w akcjach oraz funduszach inwestycyjnych na obligacje państwowe (520 mln euro), walutę (340 mln euro) oraz złoto (19 mln euro). Do tego dochodzi ok. 424 mln euro w "zbywalnych nieruchomosciach"
- Skała Piotrowa, na której zbudowany jest Kościół, zamieniła się w skałę ze złota - ironizuje po brytyjsku "The Tablet". Pomimo to kościelni finansiści martwią się tanim dolarem (zwłaszcza wobec euro), bo obniża on wartość datków płynących z
USA do Watykanu. Słabnąca waluta USA była jednym z głównych powodów deficytu 9 mln euro, którym Watykan zamknął swój budżet z 2007 r.
Niedawno papież Benedykt XVI wykorzystał kryzys finansowy dla podkreślenia ulotności dóbr doczesnych. - Obecnie widzimy, że wraz z upadkiem wielkich banków znikają pieniądze. One są niczym. Kto buduje na rzeczach widocznych - jak sukces, kariera, pieniądze - buduje na piasku - nawiązywał do ewangelicznej opowieści o domu zmytym przez ulewne deszcze. Podkreślał, że "tylko słowo Boże jest trwałą rzeczywistością".
- Wypowiedź Benedykta XVI to nie ucieczka od świata ekonomii, lecz przykład i zachęta do katolickiej krytyki wypaczeń kapitalizmu - komentuje włoski publicysta Aldo Schiavone. Istotnie, Watykan nie przestaje na bieżąco komentować stanu światowej gospodarki. Watykański dziennik "L'Osservatore Romano" pisał przed kilka dniami o nadchodzącym "końcu kapitalizmu spekulacyjnego" opartego na zbyt rozbudowanych "złych instrumentach finansowych". - Kryzys jest głęboko zakorzeniony w obecnym systemie finansowym, który wymaga reformy - pisał komentator.
Kościół na dobre pogodził się z bankowością dopiero w XIX w., bo wcześniej podejrzewał bankowców o grzeszną lichwę, czyli niedopuszczalne "sprzedawanie czasu" w postaci odsetek od kredytów. - Złodziej kradnie raz, a lichwiarze grzeszą w każdej sekundzie, pobierając procent od pieniędzy - nauczali dawni teolodzy. Choć dziś nikt nie zamierza do tego wracać, to w katolickiej publicystyce coraz głośniej mówi się, że nadszedł czas na przywrócenie należytego związku między pracą i zyskiem, któremu zaprzeczały spekulacyjne praktyki banków oraz funduszy inwestycyjnych.
- Podczas ostatnich dwóch dekad wydawało się, że szukanie takiego związku jest archaiczne oraz niezwiązane ani z etyką pracy, ani z nowoczesną ekonomią. Teraz widzimy, że ten spekulacyjny optymizm był błędny - przekonuje Aldo Schiavone. A bankowiec Ettore Tedeschi na łamach "L'Osservatore Romano" wprost oskarża rządy Europy i USA o błędną politykę podatkową i brak regulacji rynku, co poskutkowało tworzeniem baniek spekulacyjnych oraz obecną zapaścią. Ponagla kraje Unii Europejskiej do szybkiego stworzenia wspólnego funduszu (sprzeciwiają mu się Niemcy), który służyłby do interwencji ratujących m.in. banki.
Kryzys wzmaga w Kościele krytykę gospodarczego neoliberalizmu, którego - jak podkreślają niektórzy włoscy hierarchowie - "dyktatura się kończy". Biskupi nadadriatyckiego regionu Abruzja namawiają władze do porzucenia projektów budowy rafinerii i zbiorników gazu ziemnego, które dotychczas najgłośniej krytykowali miejscowi alterglobaliści. - Szybkie pieniądze to nie wszystko. Teraz dzięki kryzysowi wszyscy widzimy to wyraźnie. Niech naszym "czarnym złotem" pozostanie więc wino, a nie ropa niszcząca środowisko - przekonują biskupi.