„Encyklika »Humanae vitae « Pawła VI wyrządziła wiele szkód” - te słowa kardynała Carla Marii Martiniego, arcybiskupa Mediolanu i kościelnego „liberała”, zacytowały włoskie gazety w zeszłym tygodniu. Zdaniem kardynała dokument - od lat wyznaczający stanowisko Kościoła wobec antykoncepcji - opiera się na logice nakazowo-zakazowej, która sprawia, że wierni „oddalają się od Kościoła”, a „Kościół oddala się od ludzi”.
Już to gdzieś słyszałem. Nie raz.
W 2000 r. w watykańskiej gazecie "L'Osservatore Romano" monsignor Jacques Suadeau z Papieskiej Rady ds. Rodziny zasugerował, że
Kościół może dopuścić wyjątki w zakazie używania prezerwatyw, i powiedział, że kondomy są jedną z dróg do "powstrzymania" rozprzestrzeniania się HIV. Suadeau podkreślił, że zachowanie czystości to jedyny pewny sposób na zapobieżenie zakażeniu HIV, ale np. gdy prostytutki z Tajlandii używają prezerwatyw, to jest to "mniejsze zło" (była to słuszna obserwacja: w dużym stopniu dzięki aktywnej akcji promowania prezerwatyw Tajlandii udało się opanować epidemię).
Suadeau szybko jednak wycofał się z tych słów i zaprzeczył, że sygnalizował zmianę w stanowisku Kościoła wobec prezerwatyw. Dlaczego? W 2002 r. wytłumaczył to - po specjalnym sympozjum na ten temat - kard. Javier Lozano Barragán, wówczas przewodniczący Papieskiej Rady Pracowników Służby Zdrowia: stanowisko Watykanu może brzmieć „śmiesznie w społeczeństwie, w którym teraz żyjemy”, ale prezerwatywy nie oferują stuprocentowej ochrony przed HIV i tylko przyczyniają się do budowy „panseksualnego” społeczeństwa - w którym seks został oddzielony od prokreacji i stał się czystym aktem przyjemności. „Zgodnie z taką mentalnością to absurd, że Kościół mówi »nie « prezerwatywom. Ale my mamy inny horyzont etyczny: jest nim życie” - powiedział kardynał.
Trzy lata później, w 2005 r., Barragán powtórzył, że "nauczanie Kościoła w dziedzinie antykoncepcji, a więc i prezerwatyw, nie ulega żadnej zmianie. Kościół nie zmienia i nie zmieni nigdy swoich zasad" (cytuję za "Tygodnikiem Powszechnym"; poprzednie cytaty pochodzą z depesz agencji prasowych).
Kościół nie zmienia zdania, ale kardynał może. W kwietniu 2006 r. w wywiadzie dla dziennika "La Repubblica" Barragán zapowiedział, że Watykan - na prośbę papieża Benedykta XVI - "wkrótce" wyda dokument zezwalający na użycie prezerwatyw przez osoby chore na ciężkie choroby zakaźne, w tym AIDS. "Watykański minister zdrowia nie poinformował, co dokładnie zawierać będzie dokument, przygotowywany przez naukowców i teologów. Podkreślił jedynie, że będzie niedługo wydany" - pisała KAI.
Co znaczy "niedługo" w rozumieniu liczącej 2 tys. lat instytucji? Kończy się rok 2008, dokumentu nie ma. Formalnie stanowisko Kościoła się nie zmieniło.
Niech wiedzą, jaki mają wybórNie jestem chrześcijaninem, a więc tym bardziej katolikiem. Nie jestem teologiem ani specjalistą od watykańskiej polityki, chociaż nawet dla laika jest jasne, że w Kościele istnieje spór - i że absolutny zakaz stosowania prezerwatyw ma w Watykanie wysoko postawionych przeciwników.
Skutki kościelnego zakazu widziałem jednak na własne oczy. W 2002 r. przez wiele miesięcy zbierałem w wielu krajach Afryki materiały do reportażu "Naznaczeni", książki o ludzkich reakcjach wobec AIDS (wyd. Warszawa 2003). Spotkałem tam księży, którzy widzieli, jak ich wierni umierają na AIDS, i musieli równocześnie ich nauczać, że prezerwatywy są niemoralne. Wielu z nich miało z tym problem.
Spotkałem tam także wiele kobiet - bez wyjątku wierzących - które zostały zakażone przez mężów. Wiedziały, że mąż je zdradza, ale nie mogły odmówić mu seksu podczas tych rzadkich nocy, kiedy nawiedzał małżeńskie łoże. Nie mogły z wielu powodów: bo był jedynym żywicielem rodziny i bez jego pieniędzy dzieci nie miałyby co jeść (w sensie dosłownym; w wielu częściach Afryki w takiej sytuacji grozi głód) albo dlatego, że pobiłby je, gdyby odmówiły.
Lokalne organizacje pozarządowe zalecały kobietom w takiej sytuacji - kiedy musiały sypiać z partnerem, któremu nie mogły ufać, albo o którym wiedziały, że jest zakażony - by używały tzw. kobiecej prezerwatywy. Mogły ją zakładać tak, aby się nie zorientował, zwłaszcza kiedy przychodził do domu pijany.
Co takim kobietom miał powiedzieć ksiądz? Zalecać im abstynencję, chociaż wiedział, że to nierealne? Miał im powiedzieć, że używanie prezerwatywy jest niemoralne, bo prezerwatywy równają się przyzwoleniu na "panseksualne społeczeństwo"?
Tu chodzi o życie i śmierć, a nie przyjemność! Słowa kard. Barragána - "my mamy inny horyzont etyczny: jest nim życie" - w slumsach Lusaki albo Nairobi brzmią jak ponury żart, bo tam życie chroni właśnie prezerwatywa. Wypowiedział je ktoś, kto mieszka na innej planecie - a także ktoś, kogo wierność kościelnej doktrynie obchodzi bardziej od cierpienia ludzi, dla których papież, kardynał i biskup są autorytetami.
Podobnych sytuacji - w których kościelny zakaz wchodził w konflikt z podstawowymi zasadami współczucia i litości dla bliźniego - widziałem znacznie więcej. Księża, których spotkałem, radzili sobie z nimi na różne sposoby. Jedni przekazywali wiernym zalecenia Kościoła - że prezerwatywy są złe. Ci najczęściej nie chcieli ze mną o tym w ogóle dyskutować. Inni, przeciwnie, ze współczucia łamali zakaz i np. zalecali używanie prezerwatyw małżonkom, z których jedno było chore, a przynajmniej im tego nie zabraniali. Ksiądz prowadzący sierociniec dla dzieci żyjących z HIV pod Nairobi - który wiedział, że jego nastoletni podopieczni zaczynają uprawiać seks - zalecał im wstrzemięźliwość, ale mówił też o prezerwatywach: "Mówię im, że Kościół na nie nie zezwala, ale chciałbym, żeby wiedzieli, jakie mają opcje". Zasady sobie, a życie sobie - nie pierwszy raz w dziejach praktyczna hipokryzja łagodzi drakońskie zalecenia moralne. W tym wypadku z dobrym skutkiem.
Kościół, oczywiście, zajmuje się chorymi. W wielu miejscach w Afryce jest jedyną instytucją, w której człowiek - zwłaszcza biedny - może liczyć na pomoc i opiekę. Ta sama dobroczynna instytucja przyczynia się jednak do rozwoju epidemii. Im więcej się nad tym zastanawiam, tym bardziej nie rozumiem, jak to jest możliwe.
Cierpienie to konkretLudzie nie używają prezerwatyw z wielu powodów: bo o tym nie myślą we właściwym momencie, bo ich nie lubią, bo uważają, że są "niemęskie" i odbierają przyjemność z seksu, bo nie mają pieniędzy (nawet 5 centów to znaczna suma w slumsie), bo boją się, że partner lub partnerka odbierze to jako brak zaufania, bo wstydzą się pójść po nie do sklepu. Niektórzy - nie wiemy, ilu - nie robią tego także dlatego, bo zabrania im ksiądz. Nie sposób więc policzyć, jak wielu ludzi straciło życie przez watykański zakaz.
Absurdem byłoby też obciążać Kościół katolicki całą odpowiedzialnością za skalę epidemii: w wielu krajach Afryki katolicy to mniejszość, a ponadto nie tylko katolicy zakazują stosowania prezerwatyw - niektóre afrochrześcijańskie i protestanckie wyznania także je odrzucają. Prezerwatywy nie są także stuprocentowo skuteczne w zapobieganiu zakażeniu - chociaż prawie stuprocentowo.
To wszystko prawda. Na AIDS zmarło już jednak ponad 30 mln ludzi. Jeśli Kościół ponosi choćby ułamek odpowiedzialności za ten kataklizm, to dźwiga ogromny ciężar.
W kościelnym sporze wokół AIDS porusza mnie najbardziej obojętność wobec cierpienia. Kardynałowie i teologowie dyskutują o abstraktach - bo "panseksualne społeczeństwo", cokolwiek przez nie rozumieją, to abstrakt. Zwykłe cierpienie zwykłych ludzi - to konkret. Zwłaszcza dla mnie: widziałem zbyt wielu umarłych.
Kościół zastanawia się, czy zmienić zdanie w kwestii prezerwatyw. Chociaż, jak mówił kard. Barragán, "nigdy nie zmienia swoich zasad", może jednak zmienić ich interpretację.
Taka dyskusja trwa już jednak od lat. Kardynał X lub arcybiskup Y mówią, że może warto przyzwolić. Potem się wycofują - a częściej zapada cisza. Dwa lata temu papież polecił "zbadać sprawę" i opublikować dokument. Prace nad dokumentem trwają - w ciszy i tajemnicy. Może już nie trwają?
Nie wiemy. Znów jest cisza. Lata mijają. Ludzie umierają.
Jeżeli Kościół ma zmienić zdanie - bo przecież nie zasady - i uznać, że małżonkowie mogą jednak używać prezerwatyw, jeśli jedno z nich ma HIV, niech to zrobi jak najszybciej. Przeciąganie sprawy jest okrucieństwem.