http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mistrz pogrzebów

Rozmowa z Bolesławem Lewandowskim*, mistrzem świeckiego ceremoniału pogrzebowego
2008-10-09, ostatnia aktualizacja 2008-10-13 11:27

Katolickie pogrzeby są coraz brzydsze. Najpierw msza żałobna, która zawsze jest taka sama, więc podczas kazania ludzie wychodzą na papierosa. Potem te pięć minut byle jakiego pogrzebu, kiedy ksiądz mówi dokładnie to samo, co w kościele, i ucieka z cmentarza.


Fot. Paweł Sowa / AG
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Anna Stańczyk, Ewa Furtak: Jak chciałby pan umrzeć?

Bolesław Lewandowski: Na pogrzebie, jak aktor, który umiera na scenie. Wolę klasyczny pochówek, więc chcę leżeć wygodnie w trumnie, ubrany w togę, a do wieka ma być przybity biret, obok położony łańcuch mistrzowski. Niech ludzie widzą, czemu służyłem i co kochałem.

Jest pan dyplomowanym mistrzem świeckiego ceremoniału pogrzebowego, czyli odprawia pan świeckie pogrzeby. Dla kogo jest taka forma pochówku?

- Dla wszystkich. To nieprawda, że tylko dla komuchów, byłych esbeków czy milicjantów. Tak było w latach 70., teraz na szczęście ludzie sami podejmują taką decyzję. Laicyzacja jest procesem nieodwracalnym. Rodzina zmarłego czasami prosi, żebym powiedział na pogrzebie, że Pan Bóg tacie nie przeszkadzał, ale zawsze był zdania, że księża na księżyc.

Zresztą katolickie pogrzeby są coraz brzydsze. Najpierw msza żałobna, która wyczerpuje wszystko i wszystkich, i zawsze jest taka sama. Nic dziwnego, że ludzie podczas kazania wychodzą na papierosa. Potem te pięć minut byle jakiego pogrzebu, kiedy ksiądz mówi dokładnie to samo, co w kościele, i jak najszybciej ucieka z cmentarza. Ja zawsze zostaję z rodziną, staram się ich wspierać, podziękować obecnym za udział w uroczystości. Wtedy podchodzą do mnie ludzie i proszą o wizytówkę. Coraz częściej są to ludzie młodzi.

Myślą o swoim pogrzebie?

- Nic w tym dziwnego. Dobrze, kiedy zawczasu pomyślimy o własnym pogrzebie i zastanowimy się, gdzie chcemy być pochowani. Zachęcam ludzi, żeby za życia wykupili sobie miejsce na cmentarzu.

To nie przynosi pecha?

- Wręcz przeciwnie, śmierć boi się tych, którzy jej się nie boją, i wyciąga rękę po ludzi, którzy nie lubią o niej mówić, nie chodzą na pogrzeby. Ja już mam swoją kwaterę w rodzinnej miejscowości pod Częstochową z wyrytym imieniem, nazwiskiem, datą urodzin, żeby rodzina wykosztowała się tylko na datę mojej śmierci.

Coraz częściej ludzie omawiają ze mną swoje pogrzeby. I wcale nie są schorowani, czy w podeszłym wieku. To osoby z wyobraźnią, którym nie jest wszystko jedno, co rodzina z nimi zrobi po śmierci. Wybierają formę pochówku: urna albo trumna, zastanawiają się, jak ma wyglądać ceremonia, czy ktoś z najbliższych ma powiedzieć kilka słów albo przeczytać ulubiony wiersz. Zdarza się, że usłyszeli coś ładnego na innym pogrzebie i chcą, żeby u nich też to powiedzieć.

Chcą, żeby włożyć im do trumny przedmioty, z którymi byli związani: książkę, okulary, portmonetkę. Kiedyś zaproponowałem, żeby włożyć do trumny zmarłej torebkę, bo lubiła chodzić z nią w niedzielę do kościoła, ale mąż się oburzył, że jeszcze się córce przyda (śmiech). Mnie rodzina włoży pod poduszkę dwie części przygód Króla Maciusia I. Na jednym pogrzebie najbliżsi włożyli do trumny komórkę, bo zmarły zawsze miał przynajmniej trzy telefony. Oczywiście zaczęła dzwonić podczas ceremonii. Telefon to jedyna rzecz, której nie polecałbym w takiej sytuacji.

Okazuje się też, że ludziom nie jest obojętne, jak będą wyglądali w trumnie. Dlatego uważam, że powinniśmy być pochowani w ulubionym ubraniu, a nie jakimś niewygodnym garniturze. No, chyba że ktoś lubił garnitury.

Pewien emerytowany major milicji zawsze jak mnie spotka, to mówi "Bolek, mam już wszystko przygotowane, tak jak mi powiedziałeś: życiorys napisany, odznaczenia poukładane, drobiazgi przygotowane. Nie mogę się doczekać śmierci".

Planując pogrzeb, ludzie obawiają się niskiej frekwencji?

- Czasami się nad tym zastanawiają, bo rzeczywiście zdarzają się pogrzeby, na które nikt nie przychodzi. Kiedyś odprawiałem pogrzeb w Częstochowie, na którym były tylko cztery osoby: brat i siostra zmarłego z małżonkami. Mężczyzna umarł na chorobę alkoholową i miał rzesze kolegów, ale wiadomo jakich. Rodzina nie chciała, żeby menelstwo przyszło na pogrzeb. Pamiętam też pochówek samotnej 85-letniej kobiety, na który przyszły tylko trzy sąsiadki. Bywa i tak, że rodzina nie wywiesza klepsydr i nie informuje o pogrzebie, bo ponoć zmarły sobie tego nie życzył.

Chociaż ja uważam, że na pogrzeb mają prawo przyjść wszyscy, nawet najwięksi wrogowie, choćby po to, żeby zobaczyć, czy nas odpowiednio głęboko pochowano. To na wesele przychodzą zaproszeni goście, a na pogrzeb może każdy. Codziennie spaceruję po Bielsku, wiem, gdzie wiszą klepsydry, więc sprawdzam, który z kolegów przestał palić (śmiech). To taka kronika towarzyska. Pogrzeb to też wydarzenie towarzyskie, zjeżdża się cała rodzina, znajomi i przyjaciele. Stypa to okazja do rozmowy, a czasami, jak ludzie trochę wypiją, do przychodzą do mnie po radę. A mają różne problemy. Choćby takie, że został kożuch po ojcu, na syna jest trochę za ciasny, więc ten się zastanawia, czy wypada go dać szwagrowi. Pytają też o kremację.

I co im pan mówi?

- Że człowiek najlepiej pali się w sklejce. Bo to z niej są zrobione trumny kremacyjne. Chodzi o to, że są tańsze i szybko się palą. Mówię, że z człowieka po kremacji zostaje ok. 2- 2,5 kilograma popiołów, że urna jest hermetycznie zamknięta jak konserwa, ale gdyby ją otworzyć, to okazałoby się, że to, co jest w środku, przypomina po przejściu przez młyn kulkowy grubszą mąkę albo drobniejszy cukier w kolorze ubrań, w jakim byliśmy pochowani. U pani byłby to granat, a u pani brąz.

Powiem szczerze, że już dawno nie widziałem trumny na pogrzebie. Kremacja staje się coraz bardziej popularna. Polskie prawo mówi, że zmarły musi być pochowany na cmentarzu, ale w rzeczywistości różnie to wygląda. Zdarza się, że po pogrzebie ludzie zabierają urnę do domu i na przykład zakopują w ogrodzie. Miewam pogrzeby z kilkoma urnami, do których rozsypano prochy. Kiedyś wdowa tłumaczyła mi, że jedna urna spocznie w grobie, drugą zabierze w góry i tam rozsypie prochy, a trzecią córka weźmie do Kanady, gdzie mieszka. To bardzo współczesne. Trumny nie weźmiemy do Londynu czy Irlandii, a urnę już prędzej. A w krematorium nikt nie pyta, dokąd jadą prochy, tylko kto je zabiera.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':