Skąd w Ameryce wziął się kryzys? - Amerykańskie banki zbyt lekką ręką udzielały kredytów hipotecznych. Okazało się, że część pożyczonych pieniędzy jest nie do odzyskania. Ucierpiały nie tylko banki, które miały w portfelu niespłacone kredyty, ale także te, które kupiły obligacje z oprocentowaniem uzależnionym od tego, czy klienci będą terminowo spłacać te kredyty. Takie obligacje kupowały nie tylko banki w
USA, ale też w Europie.
Dlaczego kryzys przeniósł się do Europy? - Rynek finansowy działa jak system naczyń połączonych - to, co dzieje się w USA, wpływa na Europę. Wiele europejskich instytucji finansowych inwestowało w amerykańskie obligacje powiązane z tamtejszym rynkiem hipotecznym. Poza tym kryzys na rynku subprime, bankructwa banków inwestycyjnych oraz problemy największej na świecie grupy ubezpieczeniowej AIG sprawiły, że banki straciły do siebie zaufanie i przestały pożyczać sobie pieniądze. Uderzyło to przede wszystkim w te instytucje, które środki na kredyty zdobywały nie od klientów (na lokatach), tylko pożyczały je od innym banków. W dużym niebezpieczeństwie znalazły się też grupy finansowe, które w ostatnich latach szybko się rozrosły: holenderski Fortis zachłysnął się częścią ABN Amro, a włoska grupa UniCredit nie może wyjść na prostą po serii przejęć banków w całej Europie.
Dlaczego ceny akcji banków lecą na łeb na szyję? - Inwestorzy też stracili do nich zaufanie. Boją się, że kłopoty sektora finansowego mogą się pogłębić - że banki zostaną przejęte przez państwo albo będą musiały sprzedać część swojego biznesu. Do tej pory instytucje finansowe co roku przynosiły ogromne zyski. Teraz, z powodu kryzysu, to się może zmienić. Wielu inwestorów już straciło część pieniędzy zainwestowanych w akcje banków. Nie chcą stracić więcej, więc się tych akcji pozbywają. Zresztą spadają nie tylko notowania banków - od wielu dni giełdy na całym świecie zamykają się na minusach.
Nie mam żadnych akcji. Czy sytuacja na giełdzie mnie dotyczy? - Niestety tak. Każdy z nas odkłada pieniądze w funduszu emerytalnym. OFE co czwartą naszą złotówkę inwestują w akcje. Spadki na giełdach oznaczają, że nasze oszczędności na kontach emerytalnych zamiast rosnąć, kurczą się. Od początku roku z naszych kont wyparowało już 10 proc. zgromadzonych środków. Są też dobre wiadomości - szczególnie dla osób, które klientami funduszy są od dawna. Od 1999 r., czyli od startu OFE, fundusze zarobiły już średnio ponad 140 proc. Takiego zysku nie osiągnęlibyśmy ani na lokatach, ani na obligacjach.
Skutki giełdowych spadków mocniej odczuli klienci funduszy inwestycyjnych, w których do tej pory zgromadziliśmy prawie 90 mld zł.
Po kieszeni dostają też przedsiębiorcy. Giełda jest dla nich źródłem kapitału - sprzedają akcje swoich firm i w zamian dostają zastrzyk gotówki. Teraz, gdy sytuacja na parkiecie jest zła, muszą rezygnować z wchodzenia na giełdę i nie mają środków na dalsze inwestycje. Nawet skarb państwa wstrzymał się z wprowadzeniem na GWP takich spółek jak Bank BGŻ czy Enea. To oznacza mniej pieniędzy dla budżetu państwa.
Czy polskie banki są zagrożone? - Nie. Przede wszystkim naszym bankom nie brakuje gotówki. Dopiero pod koniec ubiegłego roku wartość udzielonych w Polsce kredytów przewyższyła wartość oszczędności. Poza tym nasi bankowcy nie inwestowali w tzw. toksyczne instrumenty finansowe, czyli np. obligacje powiązane z amerykańskim rynkiem kredytów subprime. I nie ponoszą w związku z tym strat. Jeśli nawet w tarapatach znajdują się ich zagraniczni właściciele, to pamiętajmy, że polskie banki są oddzielnymi przedsiębiorstwami i mają własne budżety. Podlegają też kontroli polskiego nadzorcy - Komisji Nadzoru Finansowego - który monitoruje ich wypłacalność i płynność. A bezpieczeństwo zgromadzonych przez nie oszczędności zapewnia Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
Czyli kryzys finansowy na polskie banki w ogóle nie wpływa? - Nasz system bankowy jest bezpieczny, ale nie jest oddzielony od rynku światowego i odczuwa skutki kryzysu. Instytucjom finansowym jest trudniej pożyczać pieniądze na rynku międzybankowym, a stopy rynkowe WIBOR i LIBOR są najwyższe w historii.
Banki coraz bardziej zabiegają o nasze oszczędności. Widać to wyraźnie po oprocentowaniu depozytów. Niedawno Bank Nordea zaoferował trzymiesięczne lokaty oprocentowane na 10 proc. w skali roku. Do walki o depozyty włączył się też PKO BP - za pieniądze wpłacone na 18-miesięczną lokatę progresywną płaci 7 proc. w skali roku. Jeszcze półtora roku temu, gdy pozyskiwanie depozytów nie było trudne, bankowcy nie wyobrażali sobie, że mogliby tyle płacić za oszczędności.
Dlaczego kredyty drożeją? - Na cenę kredytu składają się dwa elementy. Pierwszy to marża banku. Zostaje ona określona w umowie i później bank nie może jej zmienić. Drugi element to stopy rynkowe - WIBOR, LIBOR - po których banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze. Stopy rynkowe mogą się zmieniać i to one decydują o tym, że kredy jest droższy. W ostatnim czasie stopy rynkowe znacznie wzrosły do najwyższego poziomu w historii - wczoraj 3-miesięczny WIBOR wynosił 6,74 proc., a LIBOR dla franka szwajcarskiego - 3,06 proc. Dlatego raty, które spłacamy co miesiąc, są coraz wyższe. Banki podwyższają też marże przy nowo udzielanych kredytach.
Kto najbardziej na tym ucierpi? - Sektor finansowy jest jak krwiobieg w organizmie: jego problemy bardzo szybko dotykają innych sektorów gospodarki.
Prezes PKO BP Jerzy Pruski uważa, że skutki droższego finansowania odczują przede wszystkim wielkie firmy, które przez wiele lat korzystały z dostępu do ogromnych i tanich kredytów. Banki będą znacznie ostrożniejsze w finansowaniu dużych transakcji. Może pojawić się problem z kredytami konsorcjalnymi - czyli udzielanymi przez kilka banków i sięgającymi kilkuset milionów złotych. Zdaniem Pruskiego mniejszy dostęp do kredytów korporacyjnych sprawi, że w przyszłym roku spadnie tempo wzrostu gospodarczego.
Czy małym i średnim przedsiębiorcom też będzie trudniej pożyczyć pieniądze? - Szef PKO BP uważa, że drobni przedsiębiorcy mają mniej powodów do zmartwień. Wiele instytucji finansowych zaczęło traktować małe i średnie firmy jako klientów strategicznych, a marże na kredytach dla nich były już dość wysokie, więc banki nie powinny ich znacząco zwiększyć.
A co kredytami dla klientów indywidualnych? - Udzielając nowych kredytów hipotecznych banki żądają wyższych marż. Coraz więcej instytucji odchodzi od praktyki udzielania pożyczek na 100 proc. wartości
nieruchomości. Zaostrzenie polityki kredytowej zapowiedział wczoraj Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK. DomBank, Millennium i Santander Consumer Bank pożyczą pieniądze na zakup
mieszkania, pod warunkiem że klient posiada od 10 do nawet 30 proc. wkładu własnego. Z coraz większą podejrzliwością na klientów spogląda też Polbank - część osób, które we wrześniu otrzymały pozytywną decyzję kredytową, dowiaduje się teraz, że pożyczki nie dostanie.
Nie powinny się natomiast zmienić warunki udzielania kredytów konsumpcyjnych, bo już dotychczas banki zarabiały na nich całkiem nieźle.