Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
Bawiący z wizytą gospodarską w Elblągu
Lech Kaczyński mówił we wtorek o kryzysie: "Z dnia na dzień jest gorzej". - Nie można przewidzieć, w którym momencie ten kryzys sięgnie naszego kraju... Ale sięgnie - snuł czarny scenariusz Lech Kaczyński.
I dalej: - Dzisiaj, kiedy jesteśmy zagrożeni tym kryzysem, kiedy jesteśmy częścią mocno zintegrowanej w sensie gospodarczym Europy i coraz bardziej globalizującego się świata, musimy podjąć działania, we współpracy z innymi, w szczególności z Unią Europejską, naciskając na to, by nie bać się interwencji - uważa prezydent Kaczyński.
I jeszcze: - Musimy podjąć tego rodzaju interwencję, w porozumieniu z Komisją Europejską, ale działając odważnie, poprzez Narodowy Bank Polski, poprzez rząd Rzeczypospolitej, tak by jeśli skutki tego kryzysu sięgną naszego kraju, były one jak najmniejsze.
Przekonywał, że tylko państwo może "temu kryzysowi zapobiec, albo przynajmniej ograniczyć skutki", choć "w ostatnich dziesięcioleciach państwo jako instytucja przestało być modne". Według prezydenta odrzucony przez Kongres
USA plan ratunkowy oznaczał "wzmocnienie państwa, jego roli" i dlatego przeciwnicy wzmocnienia państwa opowiedzieli się przeciwko niemu.
- Pozostaje pytanie - mówił Lech Kaczyński - czy rzeczą gorszą jest wzmocnienie państw, nawet wbrew pewnej ideologii, czy rzeczą gorszą jest kryzys, który spowoduje skutki, których dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
Dla Gazety Prof. Stanisław Gomułka, wykładowca London School of Economics, b. wiceminister finansów, główny ekonomista Business Centre Club:
Prezydent jest specjalistą od polityki i prawa pracy, ale od ekonomii i finansów - nie. Powinien powołać się na jakiegoś specjalistę albo się nie wypowiadać. Nie rozumiem wypowiedzi prezydenta, skąd ona się wzięła. Prezydent jest chyba źle poinformowany. Przecież prezes
NBP Sławomir Skrzypek wyraźnie stwierdził, że w Polsce nie ma tych aktywów tzw. toksycznych, jest duża ilość depozytów, mała - kredytów, bardzo dobrze, od lat, działa nadzór bankowy. Te wszystkie elementy na plus różnią Polskę od USA. Zagrożenia nie ma, Polska jest oazą stabilności na tym wzburzonym morzu i jest praktycznie niemożliwe, by Polacy mogli stracić ulokowane oszczędności.
Nie rozumiem, o co może chodzić prezydentowi Kaczyńskiemu, głowa państwa nie powinna tak straszyć, powiększać zagrożenia. Bo to akurat może doprowadzić do tego, że to, co na razie jest minimalnym ryzykiem, pod wpływem takich wypowiedzi się zwiększy.
Prof. Witold Orłowski, b. doradca ekonomiczny prezydenta Kwaśniewskiego, dziś PricewaterhouseCoopers:
Obecnie nie ma żadnego powodu do interwencji innych niż werbalne. Rząd i NBP powinny wyjaśniać Polakom, że nie ma żadnego zagrożenia dla ich oszczędności, mówić, co zamierzają robić, gdyby jakieś zagrożenie się pojawiło. Jeśli prezydent uważa, że te interwencje werbalne są za słabe - ma prawo o tym mówić.
Oczywiście rząd i bank centralny mają narzędzia, których mogą użyć, gdyby zaistniała taka potrzeba. Rząd irlandzki właśnie podjął decyzję o podwyższeniu wysokości gwarantowanego depozytu w bankach, czyli obiecał, że w razie czego dorzuci pieniędzy na wypłaty. Rząd to zrobił po to, by uspokoić nastroje, by ludzie nie zaczęli masowo wycofywać depozytów z banków. Bank centralny może zasilić finansowo banki, pożyczyć nawet bankrutowi. Nie widzę jednak żadnego powodu, dla którego tego typu interwencje miałyby być w Polsce podjęte.
Sławomir Skrzypek, prezes NBP, dla "The Wall Street Journal Polska":
Byłbym ostrożny ze słowem "kryzys". Polska będzie należała do tych krajów, które w zdecydowanie mniejszym stopniu odczują skutki wydarzeń na rynkach globalnych. Regulacje bankowe są u nas w wielu obszarach bardziej restrykcyjne niż w innych krajach. Duża część podmiotów naszego systemu bankowego postępuje racjonalnie, a tylko w nielicznych przypadkach dochodziło do zbytniego poluzowania polityki kredytowej.