http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Na Kubie gwoździe kupisz tylko za dolary

Marcin Żurek, Hawana
2008-10-02, ostatnia aktualizacja 2008-10-01 17:01

W rządowej bazie w Berroha wyrzuca się dziennie w morze kilkadziesiąt ciężarówek przeterminowanej żywności, bo nikomu nie przyjdzie do głowy, by rozdać to na czas ludziom, którzy są na krawędzi głodu - mówi mi Ernesto, znajomy z Hawany

Po kilku dniach podróży po mniej lub bardziej zniszczonych prowincjach wracam do stolicy Kuby. Odwiedzam znajomych.

Jesus, stary bibliotekarz z Universidad de La Habana, wyrzuca w górę ręce w powitalnym geście i od razu przechodzi swym zwyczajem do opowieści o życiu na wyspie.

- Podczas huraganu w Hawanie nic poważniejszego się nie stało. Ot, nie mieliśmy prądu przez dwa czy trzy dni. Ale my w ogóle nie mielibyśmy prądu, gdyby nie Wenezuela, a wielu innych rzeczy - gdyby nie Chiny. To chyba ostatni kraj, który udziela Kubie kredytu - mówi Jesus.

Potwierdza, że prawdziwe spustoszenia sierpniowe cyklony "Gustav" i "Ike" wywołały na prowincji. Międzynarodowe organizacje szacują straty na 10 mld dol. - tyle co roczny eksport Kuby.

- Teraz główny problem to brak materiałów. Za kubańskie pesos nie kupisz nic: ani cementu, ani nawet gwoździ. Za dolary to co innego, ale idziesz do sklepu i nie możesz się nadziwić, ile dni trzeba pracować na paczkę gwoździ - opowiada Jesus.

Zżyma się na socjalistyczny honor reżimu: - USA zaoferowały pomoc, ale Kuba oczywiście odmówiła. Amerykanie chcieli przyjechać, by oszacować szkody i udzielić pomocy bezpośrednio potrzebującym, ale nasz rząd powiada, że to nastawianie ludu przeciwko rewolucji. Nie pozwolą na wizyty amerykańskich urzędników, bo zaraz zaczęłoby się bratanie z Kubańczykami, a Fidel do tego nie dopuści.

Jesus uważa, że władający nominalnie Kubą Raul Castro niewiele ma do gadania: - Tutaj nadal rządzi Fidel [starszy brat Raula]. Niby się nie pokazuje, ale wypisuje bezustannie odezwy, to taki władca korespondencyjny.

Niejeden się modli - dodaje Jesus - by Pan Bóg zechciał go jak najszybciej zabrać, ale jak na razie bezskutecznie, choć sam Fidel deklarował przed Janem Pawłem II, że jest katolikiem.

SMS: Fidel zmarł 

Traf chce, że chwilę później spotykam Ernesto, zwanego z racji nieprzeciętnego oczytania "El Profesor", którego poznałem w Hawanie w maju.

Mówi, że szereg osób dostało dziś SMS-y nadawane przez Cubacel, jedynego operatora sieci komórkowej na wyspie, o treści: "Ludu Kuby, wyjdź na ulice, przed chwilą zmarł Fidel". Prawda to, żart czy prowokacja, nie wie nikt, więc nikt też na wszelki wypadek nie reaguje.

- Gdyby to była prawda, miasto byłoby już pełne wojska i policji. A jeśli ktoś odważył się na taki żart, to już siedzi - mówi "El Profesor". - Ale coś w tym jest, bo dzisiaj pojawił się w Centro Habana szef wojskowego okręgu stolicy, który nie ma w zwyczaju przechadzać się bez powodu ulicami. 

Może to coś w rodzaju wielkiej próby, by sprawdzić, co się stanie, kiedy Fidel Castro naprawdę umrze. 

Ernesto też dużo mówi o huraganach: - Było trzech zabitych w zawalonym budynku przy Maleconie, ale to nie wina władz ani braku informacji. Ci ludzie za szybko wrócili do swoich mieszkań. Ale Hawana nie ucierpiała w porównaniu z Pilar del Rio, Isla de la Juventud czy Holguin. Tam sytuacja jest dramatyczna: wciąż brakuje wody pitnej, żywności, niektóre regiony są kompletnie zdewastowane.

"El Profesor" wścieka się, że rząd sprzedaje materiały budowlane ludziom, którzy niejednokrotnie stracili wszystko, i nie mają ich za co kupić. I że rozdaje mikroskopijne racje żywności.

- Moja była żona jest sekretarką szefa rządowej bazy w Berroha. To są kilkukilometrowe magazyny i wiem, że tam wyrzuca się dziennie w morze kilkadziesiąt ciężarówek przeterminowanej żywności, bo nikomu nie przyjdzie do głowy, by rozdać to na czas ludziom, którzy są na krawędzi głodu - mówi Ernesto.  

Twierdzi, że Kuba ma być może najlepszy na świecie system zapobiegania skutkom huraganów, ale jest zupełnie bezradna po fakcie i nie ma żadnej racjonalnej polityki pomocy.

- Ludzie mogą jakoś przetrwać kilka miesięcy w schroniskach czy w uszkodzonych domach, ale nie bez wody, żywności czy mleka dla dziecka - tłumaczy Ernesto.

Absurd w telewizji

Za to w kubańskiej telewizji widzę obraz zupełnie innego kraju. Oglądam reportaż z Consolacion del Sur, w którym byłem zaledwie przed trzema dniami. Zwyczajowo patetycznym językiem dziennikarze donoszą o rewolucyjnym wysiłku obywateli, którzy z pomocą partyjnego aktywu i ochotników usuwają zniszczenia, a w przerwie na kawę deklamują hymny na cześć niezłomnych przywódców narodu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':