Białoruska Centralna Komisja Wyborcza ogłosiła wczoraj, że wśród 110 wybranych w niedzielę deputowanych do Izby Reprezentantów nie znalazł się żaden z 70 kandydatów opozycyjnych.
W ten sposób Łukaszenka przekreślił nadzieje Unii Europejskiej, która liczyła, że białoruski prezydent zamierza zliberalizować swój kraj i zbliżyć się do Zachodu, co miałoby być przeciwwagą dla rosnących wpływów Rosji.
Wczoraj obserwatorzy OBWE na specjalnej konferencji prasowej ocenili, że wybory nie spełniły demokratycznych standardów. - Znaczący postęp w demokratycznym rozwoju Białorusi nie nastąpił - oświadczyła Anne-Marie Lizin, wiceprzewodnicząca Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE.
Podobne są oceny opozycjonistów. - Wybory zostały sfałszowane. W moim okręgu członkowie komisji nawet nie udawali, że liczą głosy. Wynik był ustalony odgórnie - powiedział "Gazecie" Anatol Labiedźka, jeden z liderów opozycyjnej koalicji Zjednoczone Siły Demokratyczne.
- System fałszerstw wyborczych, który znamy z wcześniejszych wyborów, pozostał bez zmian - dodał Walancin Stefanowicz z Ośrodka Obrony Praw Człowieka "Wiosna", który prowadził niezależną obserwację wyborów.
W ostatnich miesiącach Łukaszenka zrobił ważny gest w kierunku Zachodu: uwolnił więźniów politycznych. Kolejnym miały być przeprowadzone w lepszym stylu niż zwykle wybory do parlamentu. Od kilku tygodni europejscy, w tym polscy dyplomaci, prowadzili zakulisowy dialog z reżimem w celu uzgodnienia warunków, na których Zachód uznałby wyniki wyborów, otwierając pole dla bardziej aktywnej współpracy UE z Białorusią. Najważniejszym było wpuszczenie do parlamentu "znaczącej ilości opozycjonistów".
Jeszcze podczas kampanii wydawało się, że te wybory będą inne od poprzednich: nie było aresztowań kandydatów do parlamentu i ich mężów zaufania, władze godziły się na przeprowadzenie pikiet, nie przeszkadzały w kolportowaniu ulotek. Media i eksperci już sprzeczali się, ilu opozycjonistów zasiądzie w parlamencie.
Jednak w niedzielę było jak zawsze: niezależni obserwatorzy nie mogli kontrolować procesu liczenia głosów, z wielu lokali nadchodziły sygnały o zawyżaniu frekwencji, dorzucaniu do urn kart do głosowania.
Decyzja o masowym fałszowaniu wyników wyborów zapadła chyba w ostatniej chwili. Dwaj opozycyjni kandydaci, Aleś Michalewicz z Mińska i Jarosław Romańczuk z Grodna, jeszcze w niedzielę rano dostali zaproszenie do udziału w programie telewizyjnym "Wybór", który miał być emitowany w państwowej telewizji ONT na żywo w powyborczy poniedziałek. W ich sztabach wyborczych odebrano to jako potwierdzenie, że władza godzi się na ich wejście do parlamentu. Jednak obydwaj opozycjoniści wedle oficjalnych wyników wyborów przegrali z kretesem. A zaproszenie tuż po ogłoszeniu wyników odwołano.
- W poniedziałek rano dostałem telefon, że mój występ musi być z kimś jeszcze uzgodniony i bym na razie nie przychodził - powiedział "Gazecie" Jarosław Romańczuk.
Białoruski politolog Wital Silicki uważa, że UE, prowadząc rozmowy z Łukaszenką, wybrała złą taktykę: - Kiedy rozpoczął się potajemny handel, Europa straciła swą moralną siłę, i to dało Łukaszence łatwą wygraną. Teraz on powie: "Oczywiście umawialiśmy się inaczej, ale lud wybrał, jak wybrał" - uważa ekspert.
- Ponieważ opozycja nie znalazła się w parlamencie, spotkam się w najbliższym czasie z opozycją pozaparlamentarną - mówił wczoraj szef polskiego
MSZ Rodosław Sikorski, który wcześniej prowadził rozmowy z białoruskimi władzami. Z kolei wiceszef polskiej dyplomacji Andrzej Kremer powiedział "Gazecie", że UE i Polska będą teraz oczekiwały od Mińska wyjaśnień i informacji na temat tego, co stało się w wyborczą noc i co dalej zamierzają władze. - Nikt nie oczekiwał jednak pełnych demokratycznych wyborów, więc wielkiego rozczarowania nie ma. Jeśli chodzi o odpowiedź Unii, to wszystkie opcje są otwarte - mówił minister. Szefowie dyplomacji krajów UE mają dokonać przeglądu stosunków z Białorusią 13 października.