W czasach, gdy słabną amerykańskie finanse, bo taniejące
nieruchomości nie gwarantują narosłego do kolosalnych rozmiarów (idącego w biliony, nie w miliardy) długu hipotecznego, gdy wartość bezpiecznych lokat bankowych może z dnia na dzień spaść do zera i gdy sam dolar traci na wiarygodności wskutek nowych długów zaciąganych na nieznaną dotąd skalę przez rząd
USA, prawdopodobniejsze stają się przepowiednie o schyłku Ameryki.
Pisane na poczekaniu dziennikarskie książki - jak Fareeda Zakarii "The Post American World" - powtarzają to, co wiemy wszyscy. Że gospodarka Chin przeżywa wzrost od blisko 30 lat, a Indii - od 10. Że w Zatoce Perskiej trwa karnawał konsumpcji - każdy szejkanat sprawia sobie wielkie międzynarodowe lotnisko i nie bacząc na ryzyko pustych foteli, własną linię lotniczą. Że w Moskwie płynie struga petrorubli, niepodzielną władzę sprawuje Kreml, a na prowincji rządzi szara bieda. Że na przeszkodzie wzrostu gospodarczego Europy stoi głęboki konserwatyzm związków zawodowych i korporacji pracodawców (tzw. problemy strukturalne), podczas gdy polityczna integracja nie pełznie już nawet z szybkością lodowca. Że wreszcie ogromne bogactwo Stanów Zjednoczonych - kraju 19 tys. lotnisk dla prywatnych maszyn i iście śródziemnomorskiego zagęszczenia prywatnych basenów - marnieje wskutek nieakceptowania pragmatycznych rozwiązań problemów kraju, od narkotyków po transport publiczny i opiekę zdrowotną, zżerających dziś 17 proc. dochodu narodowego USA.
Marnotrawne Chiny To wiemy, lecz by określić przyszłość USA - i Europy - musimy wiedzieć jeszcze, jak wypadną one w konkurencji z innymi mocarstwami. Może Komunistyczna Partia Chin utrzyma się u władzy, może upadnie - duże trzęsienie ziemi w Pekinie wystarczyłoby do wyzwolenia nagromadzonego przez dziesięciolecia niezadowolenia - a może zreformuje się demokratycznie, przegrywając wybory po to, żeby jak Kuomintang na Tajwanie wygrać je naprawdę? To warunek prześcignięcia przez Chiny USA - modernizujący się, demokratyczny i stabilny kraj z 1,3-1,5 mld mieszkańców przewyższy w każdej dziedzinie mniejszego konkurenta. Dalsze rządy komunistów zaowocują natomiast kolejnymi błędami, bo popełnia je każda dyktatura, poczynając od monstrualnych strat kapitałowych - w każdej chińskiej prowincji i w setkach mniejszych jednostek administracyjnych realizuje się na mniejszą skalę megalomanię rządu centralnego: elektrownia wodna na rzece Jangcy, z której prąd nigdy nie zrekompensuje kosztów zatopienia tylu miast, 1142-kilometrowa wysokogórska magistrala kolejowa do Lhasy, która nigdy nie przyniesie zwrotu poniesionych kosztów, igrzyska olimpijskie wymagające zamknięcia bądź przeniesienia tysięcy fabryk w próżnym wysiłku oczyszczenia zatrutego powietrza stolicy, wreszcie projekty regulacji Żółtej Rzeki w rzeczywistości pogłębiające procesy pustynnienia, imponujące siedziby partyjne oraz wystawne rezydencje lokalnych przywódców.
Całe to marnotrawstwo w połączeniu z przeinwestowaniem prywatnym redukuje zysk per saldo z kapitału, zżerając pomału realną wartość chińskich oszczędności. Oto powód, dla którego Chiny rządzone przez komunistów nie mogą liczyć na osiągnięcie koreańskiej wydajności, nie mówiąc o konkurowaniu na dłuższą metę z amerykańską innowacyjnością. Będą nadal polegały na imporcie technologii, projektów i modeli strukturalnych - dziełem zagranicznych architektów są najważniejsze olimpijskie budowle. Dzisiejsze Chiny kontynuują błyskawiczny wzrost dzięki niskim kosztom produkcji, ale tylko głupcy i autorzy pisanych na poczekaniu książek wierzą, że ten trend utrzyma się mimo rosnących kosztów.
Skłócone Indie Indie nie cierpią na deficyt demokracji, tylko jej przerost: wzrostowi gospodarczemu zagraża rosnąca korupcja populistycznych rządów. Dużymi partiami - Kongresem i Indyjską Partią Ludową - nadal kierują szanowani politycy, jednak ustępują one pola mniejszym formacjom decydującym o powstawaniu i rozpadzie koalicyjnych rządów. Formalnie reprezentują kasty, regiony i rozmaite radykalizmy, jednak ich deputowani coraz chętniej sprzedają głosy, a inni, by głosować, muszą brać przepustki z więzienia, gdzie siedzą za wymuszenia, łapówki, oszustwa, a nawet morderstwa. Jeszcze gorsza (z wyjątkami) korupcja panuje na szczeblu krajowym. Polega - najogólniej mówiąc - na przekształcaniu polityki w codzienny spór o podział dóbr, co bardzo utrudnia planowanie i uszczupla fundusze na inwestycje publiczne. O ile Chiny przeinwestowują infrastrukturę, Indie dramatycznie nie doinwestowują dróg, lotnisk i elektrowni, a zarazem stawiają opór prywatyzacji. Szczupła elita administracji centralnej walczy o utrzymanie dawnych brytyjskich standardów, jednak na szczeblu stanowym szerzy się biurokratyczna nieudolność i coraz bezwstydniejsza korupcja. W dorównującym liczbą ludności Niemcom stanie Tamil Nadu, gdzie swego czasu dobrze rządzili bramini, dziś urzędnicy z niższych kast nie tyle rządzą źle, ile z reguły nie rządzą wcale. Jeżeli wzrost gospodarczy nie odwróci tych trendów, niesprawne rządy zagrożą gospodarce kraju.
Niedoinwestowana Rosja Wyludniająca się Rosja z trzecioświatową gospodarką opartą na eksporcie surowców nie jest dla Stanów Zjednoczonych i Europy poważnym rywalem. Jednak kosztuje je sporo, bo popiera wszelką antyzachodnią działalność - od rządów Chaveza po opłakaną w skutkach dyktaturę Mugabego. Kiedy zmarniały nadzieje na prawdziwą demokrację, świat łudził się, że Putin stworzy przynajmniej przyzwoity autorytaryzm z władzą na Kremlu, ale wolną gospodarką. Zamiast tego zbudował on niestety jedyny w swym rodzaju ustrój centralnie planowanego gangsteryzmu, gdzie wypadający z łask lokalni kapitaliści i za dobrze prosperujący zagraniczni inwestorzy wywłaszczani są pod groźbą śledztw za zmyślone przestępstwa, natomiast mordercy podlegają ochronie. Nie brakuje pieniędzy na wszelkie luksusy, ale brakuje na doinwestowanie badań, rozwoju, rolnictwa czy przemysłu. Dlatego koniec boomu na ropę i gaz - wszystkie boomy kończą się prędzej czy później - pogrąży ostatecznie całą rosyjską gospodarkę.
Zintegrowana Europa Wniosek z tego taki, że mimo wszystkich obecnych problemów Stany Zjednoczone wraz z Europą długo jeszcze utrzymają prymat w świecie i że może przyjacielska, ale nieuchronna i realna rywalizacja toczyć się będzie między nimi. Przewagą USA jest ustrój federalny, więc przyszłość transatlantyckiej rywalizacji zależeć będzie w znacznej mierze od integracji UE. Kraje członkowskie stawiają konsekwentny i coraz mocniejszy opór wszelkim unifikacyjnym propozycjom brukselskich eurokratów - od unijnego prezydenta po normy sera. Teraz jednak otwiera się inna ścieżka integracji dzięki czemuś, co wydaje się jej przeciwieństwem - decentralizacji Europy rozpadającej się na regiony, a nawet quasi-państwa, jak Katalonia i Szkocja, do których wkrótce może dołączy włoska Padania. Tym, co łączy tak odmienne regiony, jest potrzeba wyższego szczebla zarządzania pozwalającego radzić sobie z ponadregionalnymi problemami gospodarczymi i politycznymi - szczeblem tym wcale nie musi być państwo, od którego pragną się uwolnić. Jest to impuls na rzecz stworzenia europejskiego rządu federalnego znacznie silniejszy od wszelkich idei eurokratów. Pozwoli on może ominąć przeszkody stawiane politycznej integracji przez państwa członkowskie.
Innowacyjna Ameryka Co do Stanów Zjednoczonych powstaje pytanie, czy potrafią one stawić czoło swoim problemom metodami politycznymi, czy raz jeszcze pozwolą, by przesłoniła je prywata. Pierwsze byłoby lepsze, ale drugie jest bardziej prawdopodobne, bo nadal brak zgody co do rozwiązań problemów zbiorowych, od deficytu federalnego po opiekę zdrowotną - sugestia, by 97-letnim pacjentom nie wszczepiać by-passów, to nadal tabu.
Szeroko otwiera się jednak inna droga innowacyjnego rozwoju gospodarczego. Wszystko wskazuje na to, że rozpoczął się nowy transformacyjny boom w amerykańskim stylu, tym razem w sektorze energetycznym. Mniejsza o to, że samochód mojego brata w Denver napędzany jest dziś zużytym olejem z restauracji, ważne jest to, że jego świadomość, wraz ze świadomością milionów Amerykanów, skupiła się na problemach oszczędzania, wytwarzania i zastępowania źródeł energii - bzdurach nieobchodzących nikogo w czasach taniej ropy. Nowe wynalazki wchodzą w fazę przemysłową, jak izraelski projekt samochodu elektrycznego, będący gigantycznym przełomem, bo technologia jest gotowa, koszt jednostkowy bardzo niski, cały projekt może wdrożyć na dowolną skalę każdy przedsiębiorca i każde miasto, a produkcję rozpocząć szybko dowolna fabryka. W odróżnieniu od dotowanych ogniw słonecznych, turbin wiatrowych czy budowanych latami reaktorów jądrowych obecne innowacje - budzące ducha przedsiębiorczości, a więc szybkie - mogą zapoczątkować w Ameryce nowy boom gospodarczy.
To te nowiny powinny przerazić eksporterów ropy, a nie próżne gadanie o mnóstwie reaktorów jądrowych czy o czymkolwiek, co wymaga zdolności do publicznego działania, wyraźnie słabej w Stanach Zjednoczonych, gdzie Kongres nie umiał przegłosować ustawy o szybkiej ścieżce legalizacji budowy nowych reaktorów jądrowych, gdzie "szybka" oznacza nadal lata sądowych zmagań.
Może więc przyszłość zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Europy ukształtują ich prawdziwe zalety - indywidualna przedsiębiorczość po jednej stronie Atlantyku i lokalno-regionalna wiarygodność po drugiej - a nie słabości budzące dziś myśl o schyłku.
przeł. Sergiusz Kowalski *Edward Luttwak - amerykański ekonomista i politolog. Urodził się w 1942 r. w Siedmiogrodzie. Studiował w London School of Economics. W 1968 r. jego debiut "Coup d'Etat: A Practical Handbook" ("Zamach stanu.
Poradnik praktyczny") przyniósł mu sławę w Wielkiej Brytanii. Potem Luttwak przeniósł się do USA, gdzie doktoryzował się z nauk politycznych i historii starożytnej na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa. Był doradcą prezydenta Ronalda Reagana w czasie pierwszej kadencji; pracuje jako konsultant polityczny i publicysta. W Polsce wyszła jego głośna książka "Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki"