Legnica pamięta niewolnicę miłości

Magda Podsiadły
27.09.2008 , aktualizacja: 26.09.2008 10:41
A A A Drukuj
Lidia Siergiejewna. W łóżeczku dziecka zostawiła pożegnalny lis. Mężowi powiedziała, że idzie po papierosy. Nie wróciła.

Lidia Siergiejewna. W łóżeczku dziecka zostawiła pożegnalny lis. Mężowi powiedziała, że idzie po papierosy. Nie wróciła. (Fot. Natalia Dobryszycka / AG)

Na czubkach butów stała, tak na paluszkach. Bo gałąź się nadłamała. Apaszka, naderwana, na smukłej szyi. Na tej apaszce się powiesiła w Lasku Złotoryjskim.
Swietłana Adamiec wyszła z pokazu filmu "Mała Moskwa" Waldemara Krzystka w spazmach. - Przeszłość wróciła - opowiada mi przy kawie. - Gdy przyjechałam do Legnicy, była piękna wiosna i kwitły w mieście magnolie, dokładnie tak jak w tym filmie - wzdycha.

Był rok 1988. Swieta przyjechała do Polski z Białorusi (wówczas Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej). Została kierowniczką rosyjskiej apteki wojskowej w Legnicy.

To było dwadzieścia lat po samobójstwie bohaterki "Małej Moskwy", filmu, który w sobotę zdobył Złote Lwy w Gdyni.

Bohaterka filmu naprawdę nazywała się Lidia Sergiejewna Nowikowa. Na zawsze została w Legnicy. Grób "niewolnicy miłości", jak mówią o niej niektórzy legniczanie, znajduje się na legnickim cmentarzu, trochę na uboczu, kilka metrów od szaletu publicznego, za to frontem do alei wiodącej do jednej z bram.

Ludzie składają tam kwiaty do dziś. Grób jest zadbany, nowy kamień, rosną paprocie. Na tabliczce portret pięknej młodej kobiety. Data urodzin: 10 października 1932. Data śmierci: 8 października 1965. Pod imieniem i nazwiskiem dedykacja: "Doczeri, mamie, siestrie" (córce, mamie, siostrze).

Tadeusz Gumiński, badacz historii Legnicy i twórca Muzeum Miedzi, o samobójstwie młodej pięknej Rosjanki pochodzenia polskiego, żony oficera radzieckiego pisał w notatkach, które historyk Wojciech Kondusza zamieścił w swej książce o radzieckiej Legnicy "Mała Moskwa". "Przyczyną tragedii było polecenie wyjazdu z Polski w ciągu trzech dni denatki i jej męża. Zachowanie jej, charakteryzujące się licznymi kontaktami z Polakami, miało budzić zastrzeżenia".

Wojciech Kondusza w rozmowie dodaje od siebie, że Rosjanka miała zakochać się w polskim oficerze. Obydwoje byli w związkach małżeńskich i mieszkali na dwóch sąsiednich ulicach. Podobno małżeństwa przyjaźniły się. O romansie doniosła zazdrosna żona Polaka. Kondusza słyszał, że powiadomiła władze radzieckie.

Emerytowany pułkownik Eugeniusz Janas, pracujący wówczas w Legnicy w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego i w szkole oficerskiej, mówi mi, że żona Polaka zawiadomiła przełożonych męża z Wojskowej Służby Wewnętrznej.

Do dziś ją widzę

Był rok 1965. - To była jesień, sezon na grzyby, chłodno - opowiada Jadwiga Mamoń. - Byłam świeżo upieczoną milicjantką. Dostałam pierwsze poważne zadanie i została mi trauma do końca życia. To, co zobaczyłam tamtego wieczoru, do dziś widzę w najdrobniejszych detalach. Ptaki podziobały jej nos. Ładnej, jasnej blondynce. Delikatna, średniego wzrostu, zgrabnie zbudowana, ładny biust. Na czarno, lekko ubrana, w bluzeczkę i spódniczkę za kolana. Na czubkach butów stała, tak na paluszkach. Bo gałąź się nadłamała. Apaszka, naderwana, na smukłej szyi. Na tej apaszce się powiesiła w Lasku Złotoryjskim. Drzewa nie pamiętam.

Dla milicjantki Jadwigi Mamoń to był pierwszy zgon, do jakiego ją wysłano. - Wszystkie moje zgony pamiętam. Wszystkie je bardzo przeżyłam. A ten był najtrudniejszy - opowiada.

Przypadek Anny Kareniny bez parowozu

Na sgv32.borda.ru - forum byłych rosyjskich legniczan - Gennadij Biriłło, który mieszkał w Legnicy w latach 1946-52, komentuje filmową opowieść: "Tragiczny epizod z powieszeniem się zakochanej rosyjskiej kobiety w parku reżyser wpisuje nie w kontekst banalnej zdrady małżeńskiej, a w konflikt z systemem. Jednak nikt tej kobiecie tak naprawdę nie mógł odebrać prawa do rozporządzania własnym losem. Zrobiła tak, jak postanowiła, choć na pewno miała inne wyjście. Powtórzyła przypadek Anny Kareniny, tyle tylko, że nie dogoniła parowozu, zgubiła się w parku".

Aleksiej Kuchorionok mieszkał w Legnicy w latach 60. jako dziecko i pamięta podobną tragiczną historię. Ale czy to ta sama historia? Daty zgadzają się z filmowym czasem, ale nie realnym. "To prawda, że jedna z naszych rosyjskich kobiet powiesiła się w parku" - pisze na forum Rosjanin. "Przyjechałem do Legnicy z młodszą siostrą w lipcu 1968 r. Ojciec służył już w Polsce od kilku miesięcy. Mama zaprzyjaźniła się z sąsiadką z bramy. Kobieta miała kilkumiesięczne dziecko, więc chodziliśmy z nią do parku na spacery. To było miesiąc przed inwazją na Czechosłowację. Którejś nocy jej mąż zaczął biegać po klatce schodowej i dobijał się do drzwi sąsiadów. Szukał swojej żony. Zostawiła kilka słów pożegnania na kartce w łóżeczku dziecka. Rosyjski patrol znalazł ją potem powieszoną w parku. Mówiono, że miała romans, ale już nie pamiętam: z Polakiem czy z naszym".

Lidia Nowikowa umarła w 1965 roku. Więc to inna historia czy samodzielne życie legendy?

Na wspólnym podwórku

Zakończony samobójstwem tragiczny romans Rosjanki i Polaka to była w Legnicy głośna sprawa. Ale dziś znana jest tylko z ludzkich opowieści, żadne dokumenty się nie zachowały.

- Romans był krótki, to były lata 1964-65 - mówi mi historyk Wojciech Kondusza. - To była bardzo piękna kobieta, szykownie się ubierała, zachwycała urodą modelki.

Pułkownik Janas trochę Lidię pamięta, choć jej romans z Polakiem wyszedł na jaw dopiero po nieszczęściu. - Była bardzo ładna, szczupła, wysoka - przypomina sobie. - Obiło mi się wtedy o uszy, że pochodziła z Kijowa i miała polskie pochodzenie. Ponoć była modelką. Moi koledzy mówili nawet: "Jońca poderwał modelkę".

Tak nazywał się polski ukochany Rosjanki.