1992 r.
Katarzyna Niekrasz i Anna Patrycy tworzą historię polskiej reklamy, 'z pewną taką nieśmiałością' zachęcając Polki, by sięgnęły po podpaski Always. W polskich domach toczą się dyskusje, czy oglądanie przy obiedzie błękitnego płynu wsiąkającego we wkładkę ze skrzydełkami jest czy nie jest obrzydliwe. Natalia ma 22 lata Kiedyś w autobusie zaczepił mnie chłopak. Powiedział, że jest fotografem i chciałby mi zrobić kilka zdjęć. Zakumplowaliśmy się, poznałam jego znajomych, zaprosili mnie na kilkudniową imprezę pod Warszawą. Pojechałam z koleżanką i poznałam tam mojego przyszłego męża. Zaręczyliśmy się po trzech miesiącach, ślub wzięliśmy w marcu 1992 r., bo zaszłam w ciążę. Dwa tygodnie przed ceremonią poroniłam. Trzeba było się wycofać, ale sprawy zaszły za daleko, głupio było powiedzieć: 'Nie jestem w ciąży, więc rezygnujemy'. Przez półtora roku poznałam najgorsze strony małżeństwa. Mieszkaliśmy u teściów, którzy żyli ze sobą jak pies z kotem. Teściowa w swoim pokoju, teść w swoim, my - w ich salonie. Własna półka w lodówce, regał, za którym przygotowywałam się do szkoły i do pracy, kiedy teściowa przychodziła oglądać u nas 'Słowo na niedzielę'. Czasem zagadywała, ale ja zawsze byłam zbyt zajęta, żeby dać się wciągnąć w rozmowę. Warunki nie były zbyt komfortowe dla ludzi, którzy dopiero coś razem zaczynają budować. Pierwsza praca? Na początku szukałam czegoś, żeby tylko się zahaczyć, zdobyć doświadczenie, móc napisać w CV coś więcej niż skończenie kolegium nauczycielskiego. Rozsyłałam CV po powstających wtedy zachodnich firmach i w końcu zadzwonili z jakiejś agencji reklamowej. Idąc na interview, nie wiedziałam nawet, jak się nazywa ta firma. Decydujący, myślę, był mój biegły angielski. Miałam tam pracować przez lato, zostałam na pół etatu na cały rok zatrudniona jako account - nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy nie było nawet polskiego odpowiednika. Moim głównym klientem była nieistniejącą już firma alkoholowa Seagram. Agencje reklamowe mają to do siebie, że jak się tam pracuje, to na całego. Pół etatu oznaczało więc, że musiałam zmieścić pełnoetatowe obowiązki w o połowę krótszym czasie. Do tego dochodziła nauka i praktyki w liceum. Zasypiałam w ubraniu na kanapie. Pracę licencjacką pisałam w sobotę, niedzielę i jeszcze noc z niedzieli na poniedziałek. Tuż przed upływem terminu przyjmowania prac w dziekanacie. Wcześniej marzyłam o amerykanistyce, ale kiedy skończyłam kolegium, mój zapał do dalszej nauki zgasł. Prawdę mówiąc, byłam tak zajęta pracą, że nie zadałam sobie trudu, żeby sprawdzić, kiedy jest rekrutacja na studia magisterskie. Małżeństwo od razu zaczęło się sypać. Lepiej pamiętam nasze rozstawanie się niż wspólne życie. Może gdybyśmy mieli własne mieszkanie, byłoby inaczej? Nie wiem. Ironia była taka, że jak zaczęliśmy sami mieszkać w wynajętym mieszkaniu, to już nie było czego ratować.
Dla mnie praca była bardzo ważna. Podobało mi się, że jestem chwalona, doceniana. W pracy lepiej się odnajdywałam niż w moim nie moim pokoju w trzypokojowym mieszkaniu teściów. Tu miałam swoje miejsce, swój komfort. Imponowało mi, że mam do czynienia z grafikami, artystami, miałam kontakt z angielskim, co było dla mnie ważne. W sierpniu rozstałam się z mężem. Tamten czas? Tygodnie z ludźmi z pracy, weekendy z ludźmi z pracy. Czwartek, piątek, sobota w knajpach. Niedziel nie pamiętam. Żadnych zobowiązań!
1994 r.
Natalia po półrocznym oczekiwaniu na rozprawę dostaje rozwód. Ma 24 lata Latem zbliżyliśmy się z kolegą z pracy, Amerykaninem. W sierpniu wrócił do siebie, a we wrześniu przyjechał do Polski na moje urodziny, bo się zakochał. Zaprosił mnie do Stanów. W tym samym czasie jeden z moich klientów z agencji zaproponował mi, żebym przeszła pracować do niego, do działu marketingu. Sam temat był super. Znałam większość ludzi w tej firmie, niektórzy z nich należeli do tych, o których potem czytałam, jak się w wieku 30 lat dorobili fortun, założyli firmy, zmienili rynek. Skąd się znaliśmy? Uczestniczyłam w ich konferencjach, w spotkaniach, kiedy dla nich pracowałam. Wiedziałam generalnie, czym to się je i kto będzie szefem. To był bardzo fajny temat, bo alkoholowy. Fajny o tyle, że wymagał dużej kreatywności, bo wchodziła już ustawa zakazująca reklamy alkoholu. Oni mieli mocne alkohole: i wódki, i koniaki, i whisky. Każdy z tych trunków ma swoją historię i to było pasjonujące. Robiliśmy promocje, co się znów wiązało z tym, że człowiek mógł się świetnie bawić w pracy. Zdecydowałam, że do nich przejdę, ale postanowiłam wcześniej dać sobie szansę w życiu prywatnym. W drugi dzień Bożego Narodzenia wyjechałam na sześć tygodni do Stanów, do Chrisa. I co? Już kiedy wylądowałam, wiedziałam, że powinnam była zostać w domu. Zrozumiałam, że nie ma szans, żeby to z mojej strony przerodziło się w coś głębszego. Zaraz po powrocie dostałam rozwód. Miałam 24 lata.
1995 r.
Rząd zaostrza ustawę o reklamie alkoholi, kara za jej złamanie wzrasta do 500 tys. zł. Natalia poznaje magię dobrej wódki Odeszła moja szefowa i zostałam sama. Pracowałam nad całą ofertą firmy. Centrala scaliła nas z Czechami i Węgrami, wspólne miały być kampanie reklamowe i promocje, mimo że sposób picia jest uwarunkowany kulturowo. W Polsce trunkiem narodowym jest wódka (a w wielu krajach nie pije się czystej wódki). Czesi łączyli picie piwa z ciemnymi alkoholami, z brandy, a u nas się tego nie robi. Jakie to ma znaczenie? Kiedy mówimy o ilości alkoholu do sprzedania, musimy brać pod uwagę wszystko. Tak czy owak zatrudnili w końcu bardziej doświadczonego dyrektora, a ja z ulgą objęłam nową markę. To był Absolut. Wódka Absolut. Bardzo fajny czas. W Polsce lat 90. najbardziej popularne były drinki najprostsze - wódka z colą, wódka z sokiem pomarańczowym, wódka z tonikiem. A najciekawsze są drinki złożone, takie, przy których barman musi się wykazać. Częścią naszej pracy było przekonanie ludzi, żeby się otworzyli na nowe smaki, żeby kobiety nie miały przekonania, że drink to musi być ulepek. Teraz wielu Polaków podróżuje, mają okazję próbować nowych rzeczy, dzięki temu popularne jest np. mojito, zupełnie niesłodkie. Nasze działania skupiały się jednak nie tylko na budowaniu marki, ale także na wspieraniu sprzedaży. A wolumen buduje się tym, żeby ludzie pili shotami, co oznacza, że sprzedaż rośnie, gdy ludzie piją czystą wódkę. Wykorzystywaliśmy więc także to, że w naszym kraju jest taki zwyczaj. Przez sześć lat pracowałam z Absolutem. W Polsce cały czas mieliśmy ten problem, że bardzo zaostrzono ustawę. A ja? Dużo podróżowałam, to były lata przygody. Spotkania z innymi brand managerami odbywały się w Wiedniu, Londynie, Pradze. Wycieczki dla prasy, konferencje, promocje - mnie to fascynowało. Wiem, że marketing jest postrzegany jako mamienie konsumenta, ale ja wcale nie czuję, że kogokolwiek mamiłam. Wiedziałam, dlaczego marka, z którą pracuję, jest wyjątkowa, wierzyłam w to i żyłam tym. Marka składa się w 80 proc. z marketingu i w 20 proc. z produktu. Szkoliłam barmanów, a trudno jest przekazywać wiedzę, nie wierząc w nią. Problem? Problem miałabym z pracowaniem dla papierosów. Palenie uzależnia i szkodzi także tym, którzy tego sami nie robią, tylko stoją obok. Nigdy nie czułam, że kogokolwiek namawiam do picia, do spicia się do nieprzytomności. Ale każdy z nas chce się odprężyć. Będąc teraz matką karmiącą, nie myślę o tym, żeby sięgnąć po alkohol. No, może łyczek wina. A mimo to, jak widzę koktajl w telewizji, w pięknym kieliszku, kolorowy, to moje skojarzenie jest jednoznaczne - że to przyjemność. I wtedy też czułam, że sprzedaję ideę. Właśnie taką: że to miła odmiana, odprężenie, przyjemność. Promuję produkt dobrej jakości, rygorystycznie kontrolowany podczas procesu produkcji i ładnie podany. To, w jaki sposób może on być serwowany, jest wspaniałe! W drinku jest przecież 20-30 ml wódki, reszta to dodatki. Jedni wolą pić coca-colę, inni coś, co ma bardziej złożony smak. Picia bez kontroli w życiu nie popieram! Nasza komunikacja była skierowana do ludzi dorosłych, w miejscach, do których i tak przychodzili właśnie po to, żeby się napić. Jeśli ktoś idzie do baru, żeby zamówić sobie bolsa, to czemu nie namówić go, żeby kupił coś lepszego?
1996 r.
Warszawska agencja Grey tworzy reklamę piwa Bosman. Bibliotekarka mówi: 'Na dziewczyny to najlepiej działa muzyka nastrojowa, poezja, zapach, balet i piwo. Bezalkoholowe, oczywiście' (bibliotekarka mruga okiem). Michael Jackson daje swój jedyny koncert w Polsce w ramach trasy promującej płytę 'HIStory'. Występuje na lotnisku na Bemowie w Warszawie dla 120 tys. osób. Podczas trzydniowego pobytu w stolicy mieszka w hotelu Marriott. Nie może tam, niestety, dopełnić rytuału machania ręką do fanów - okna w Marriotcie się nie otwierają. Jackson macha z kołującego samolotu. Jacksona nie można było obejrzeć w Telewizji Polskiej - TVP w ostatniej chwili zerwała kontrakt z organizatorami. Króla pokazał więc tylko Polsat. Natalia ma 27 lat Małgosia też jest czymś na kształt symbolu tamtych czasów, bo jej tata pracował ze mną w firmie. Był handlowcem ze Szczecina, spotykaliśmy się na konferencjach, gdzie planowaliśmy sprzedaż i promocje. Po części oficjalnej oferowano nam integrację, na przykład paintball. W mało której firmie marketing i sprzedaż się kochają. Zwykle sprzedaż myśli, że marketing sobie bimba, a to oni odwalają całą robotę. No i odwrotnie, oczywiście. Kiedy do Warszawy przyjechał Michael Jackson, tata Goni przyjechał z bratem na koncert, ale tak się pochorował, że nie mógł pójść. Mieszkałam wtedy z siostrą, zaproponowałam, żeby w takim stanie zatrzymał się u nas, w hotelu przecież nikt mu nawet herbaty nie poda, a on miał 40 st. gorączki. Został na cały weekend. To był pierwszy raz, kiedy rozmawialiśmy jak ludzie, a nie jak sprzedaż i marketing, gdzie każdy chce zabłysnąć, że jest mądrzejszy. Przy następnym pobycie w Warszawie przyjechał z kwiatami - w podzięce, że mu życie uratowałam. Zaczęły się zaraz plotki, bo to było raczej niecodzienne, że sprzedaż do mnie z bukietami przychodzi. Kilka miesięcy później zostaliśmy parą i zaczęliśmy kursować między Szczecinem i Warszawą. Wtedy samoloty były bardzo tanie. Po roku okazało się, że jestem w ciąży. Dosyć długo byłam przerażona, jak on zareaguje. Rodzice bardzo się ucieszyli. Kiedy przyjechałam z nowiną do mamy, siedziałyśmy w kuchni, ja wszystko opowiadam, a tu wchodzi tata: - A co wy tak siedzicie? W ciąży jesteś? Absolutnie wykluczałam możliwość przysięgania czegokolwiek. Żadnego ślubu - raz na zawsze moje małżeństwo mnie z tego wyleczyło. Pamiętam, że jego mama zadzwoniła do mnie do pracy: dlaczego ja nie chcę wyjść za mąż. Ale prawda jest taka, że oboje nie chcieliśmy. Tyle że tata Goni podjął decyzję o przeprowadzce do Warszawy. I tak właśnie stracił pracę. Nic z tej ciąży nie pamiętam, taka byłam zajęta. Strasznie się denerwowałam, że urodzę i będę musiała zostawić tę moją ukochaną markę, tego Absoluta. A w związku działo się różnie. Teoretycznie byliśmy razem ponad rok, ale to były spotkania weekendowe, zwykle poza domem. Nie musiałam wtedy liczyć na jego pomoc, na wsparcie, na udział w zmywaniu, sprzątaniu, praniu i gotowaniu. A teraz nagle musiałam. No i mogłam się tu przeliczyć. Pracowałam do końca. I jak pojawiła się Małgosia, zaczęły się schody. Miałam cesarkę, nieplanowaną, lekarze kazali mi się jak najszybciej ruszać, a to nie było, wiadomo, przyjemne. Rodzice wyjechali, siostry nie było, a tata Goni nie przyszedł. Całą sobotę byłam sama, dzień po porodzie, bo pojechał po znajomych do Torunia, żeby ich na 'pępkowe' przywieźć. I z tymi znajomymi wieczorem do mnie do szpitala w końcu przyjechał. Jak Małgosia miała pięć miesięcy, wróciłam do pracy. Moja ciocia, która była już na emeryturze, zaproponowała, że się nią zajmie. Bardzo była dobrą opiekunką. Gonia była alergiczką, wylądowałyśmy, pamiętam, w szpitalu, bo miała straszne problemy jelitowe. Z tego czasu nie pamiętam jej taty przy sobie. Był handlowcem, więc jeździł, a ja pracowałam. Nie było mnie, kiedy Małgosi zęby rosły. Nie było mnie, kiedy pierwszy raz usiadła ani kiedy zaczynała chodzić. Nie było mnie, kiedy jadła pierwszą zupkę. Bo byłam w pracy. Byłam w pracy przez osiem lat jej życia.
Dlaczego tak to wyglądało? Musiałam być w pracy na dziewiątą. Starałam się być w domu o 19, ale zdarzały się noce, kiedy siedziałam w firmie do rana, bo musiałam skończyć prezentację. Trzeba było się wysilać. Sprzedaż jest większa, kiedy klient stawia butelkę na stole i pije, ale z kolei to nie buduje kultury picia. Po co nam było budowanie kultury picia? Bo my nie sprzedawaliśmy wódki, tylko magię. Jaki jest pogląd na picie wódki? Że kto ją pije? Alkoholicy. W badaniach kobiety w ogóle się nie przyznawały do picia czystej wódki. Że poszła do sklepu, kupiła i wypiły z koleżankami? Niemożliwe. Kobiety mówiły, że wódkę to piją czasem, troszeczkę, w drinkach. I moja praca to była walka o to, żeby zmienić postrzeganie tego alkoholu. Żeby wódka nie kojarzyła się z degeneratami, tylko z tym, że picie jej jest miłe. Żeby zyskała na magii. Wódka jest przecież najlepszym alkoholem do mieszania, bo ona nie psuje smaku pozostałych składników, tylko je podkreśla. I nam chodziło o to, żeby to zauważono. I żeby np. kobieta mogła bez wstydu powiedzieć: 'Tak, lubię tę wódkę'. Kupiłam mieszkanie na Kabatach, kredyt na 25 lat. Na początku to była dziura w ziemi, dwa lata nasz blok budowali. Tata mi pomógł finansowo, bez niego nawet z kredytem nie dałabym rady. Jak mieszkanie było gotowe, to nasz związek już się kończył. Miesiąc mieszkaliśmy razem i tata Małgosi się wyprowadził. Ale tak naprawdę to źle było już przez cały ostatni rok. Przez ten miesiąc on miał swój pokój, ja swój. Miałam 30 lat i dwuletnią córkę, gdy rozeszłam się z jej ojcem. Miesiąc później na wyjeździe służbowym w górach poznałam faceta. Był didżejem na naszej firmowej imprezie.
2000 r.
Wódka Belvedere podbija Stany Zjednoczone. Za dwa lata otrzyma nagrodę Hot Brand za długotrwałe utrzymanie się na szczycie sprzedaży. W Polsce od roku pływa 'łódka Bols'. Natalia intensywnie pracuje. Ma 30 lat W pewnym momencie, jak człowiek pracuje, dzieje się coś takiego, że... Przychodziłam do domu i czułam, że nie jestem już temu dziecku potrzebna. Ja dostarczałam pieniądze, ciocie - resztę. Tak jest, że biznes alkoholowy kręci się głównie w weekendy i wieczorem. A ja pracowałam w biznesie alkoholowym, więc mnie wieczorami i w weekendy też nie było. Jeśli akurat miałam wolny weekend, jechałyśmy na obiad do rodziców, żeby nadrobić czas. Albo latem do lasu. Załatwiałam sprawy, których nie mogłam załatwić w tygodniu, jakieś zakupy. Jak nie miałam pracy, starałam się jak najwięcej być z córką, ale łapałam się na tym, że nie umiem. To nie ja ją przewijałam, to nie ja ją sadzałam na nocniku, to nie ja bawiłam się w zupki. Ja byłam wyłącznie wtedy, gdy był potrzebny lekarz, gdy było trzeba załatwić coś, czego się nie da zrobić bez samochodu. Kiedy byłam w domu, czułam, że bez sensu plączę się cioci pod nogami. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wzięła zwolnienie, bo dziecko chore. Tata był ze mnie dumny, że taka jestem pracująca i zaangażowana i że temat taki fajny. Mama wywoływała we mnie poczucie winy, że nie jestem z Małgosią, miałyśmy wtedy spięcia. Staram się takie rzeczy wyrzucać z pamięci, ale to poczucie winy zostało. Ale właśnie wtedy, w przeddzień Wigilii, dostaliśmy wiadomość, że nasza firma zostanie sprzedana. Rozpuściłam wici, że szukam pracy. Dostałam ofertę, znów z branży alkoholowej. Po roku w tej nowej firmie zwolniono dyrektora, który mnie zatrudniał, potem mojego kolegę, w końcu mnie. Sześć miesięcy byłam bez pracy. Przez pierwsze trzy nie musiałam się martwić o pieniądze, potem pomagał mi tata. Mój błąd: jakoś przez te wszystkie lata nie nauczyłam się oszczędzać. Przez pół roku pracowałam jako konsultant, potem dostałam etat. W Siedlcach. Półtorej godziny w jedną stronę. Trzy godziny dziennie w samochodzie. Wykorzystywałam ten czas, żeby załatwiać służbowe sprawy. Bo co mogłam innego robić, niż rozmawiać przez telefon? Trochę słuchałam radia, wiadomości, muzyki. Po pół roku przenieśli nas do Żyrardowa. To bliżej, jechałam już tylko godzinę w jedną stronę. Kolejny fajny czas w moim życiu. Fajni ludzie, polska marka Belvedere znana na całym świecie. Mieliśmy dobre efekty, ale, niestety, amerykański właściciel sprzedał markę francuskiej firmie. Powstało pytanie, co z nami będzie. Życie prywatne? Didżej z tamtej imprezy przyjechał do mnie na weekend, Gonia nawiązała z nim kontakt, było świetnie. No i kolejny jeżdżony związek. Tak jeździliśmy - do Warszawy z Krakowa, z Krakowa do Warszawy - cztery lata. On nie rozumiał, dlaczego ja nie mogę się przenieść do niego, ale to ja miałam dobrze płatną pracę i mieszkanie. On z kolei miał Kraków. Kilka razy się rozchodziliśmy i schodziliśmy, zwykle tłem tych rozstań była jego chorobliwa zazdrość, która nie miała żadnych podstaw. On po prostu nie mógł przeżyć, że ja się plączę po knajpach z obcymi facetami, a ja musiałam dopilnować kolejnej promocji. Do tego dochodziła zazdrość o tatę Małgosi. Ja nie wiem, może faceci podejrzewają, że kobieta jest wciąż emocjonalnie związana z ojcem swojego dziecka? I de facto się przez tego tatusia rozeszliśmy, po jakiejś awanturze po imprezie, na której przypadkiem się wszyscy spotkaliśmy, bo ja stwierdziłam, że nie mogę z chorym człowiekiem dyskutować. Małgosia? Była strasznie nieszczęśliwa. Były takie sytuacje, że mnie prosiła, żebym mu narysowała laurkę, żeby znów wszystko było w porządku. Miała sześć lat, z czego cztery przeżyła przy nim.
2004 r.
Wszystko się zmienia. Natalia odkrywa komunikatory internetowe Były pracodawca postanowił znów zatrudnić moją ciocię, więc wróciła do rodzinnej miejscowości, do domu, do synów. Moja mama przeszła na emeryturę i zgodziła się pomóc mi przy córce. I wtedy coś się musiało zmienić w moim życiu, bo musiałam mieć więcej czasu dla dziecka. Jak jesteś samotną matką, najgorszy jest brak wsparcia. Tata Goni nie jest aktywnym ojcem. Za każdym razem, jak coś się działo, dziecko było chore, jakiś kłopot, szukałam wsparcia u mojej mamy. Byłam bardzo od niej zależna i to było trudne. W radiu, w samochodzie, usłyszałam o ICQ, to był taki międzynarodowy komunikator, program do internetowych rozmów z nieznajomymi. Z ciekawości się zalogowałam. Siedziałam tam głównie wieczorami, jak Gonia spała. To był wtedy mój jedyny kontakt ze światem. Moje kontakty towarzyskie nadwątliły się przez te kilkugodzinne dojazdy do pracy. Zawsze gnałam jak najszybciej, żeby odwieźć Małgosię na zajęcia po szkole, czasem pracowałam w domu, na komputerze. Zostawiałam ją na basenie i biegłam załatwiać kolejne sprawy. Zaczęłam rozmawiać w internecie z chłopakiem. Najpierw po angielsku, potem przeszliśmy na polski, potem okazało się, że on jest Rosjaninem, mieszka w Moskwie. Jego cioteczna babka wyszła za Polaka, Polska była jego pierwszym Zachodem, miał pewną do nas słabość. Jego syn był o rok młodszy od mojej Małgosi. Rozmawialiśmy przez kilka miesięcy, pisał, co w weekend robił z synem, był rozwiedziony. W pewnym momencie zadzwonił. Był wrzesień, zbliżały się moje 35. urodziny i miałam megadoła. Czy to ta liczba mnie przerażała, czy to, że jestem sama, że mi w życiu nie wychodzi? Nie wiem. Miałam generalnie zły czas. Zadzwonił i półtorej godziny rozmawialiśmy. Sesję terapeutyczną mi przez ten telefon przeprowadził. Andrzej jest ode mnie o sześć lat młodszy, wtedy pracował w firmie logistycznej w Moskwie. Strasznie mnie podbudował. Byłam oczarowana tym, jak ze mną rozmawiał. Wkrótce przyjechał. No i? No i wybuchła wielka miłość. Dwa tygodnie po tym, jak się pierwszy raz zobaczyliśmy, pojechaliśmy razem na ślub mojej kuzynki i tam Andrzej powiedział wszystkim, że się ze mną ożeni. On jest do bólu szczery. Kategoryczny w osądach, przez to niektórzy go nie lubią. Także w osądach, jak sobie wyobraża rolę kobiety i mężczyzny, z czym ja jako osoba niezależna ciężko sobie radzę. Mężczyzna według Andrzeja ma zarabiać, a kobieta ma stworzyć ognisko domowe, dbać o dzieci, żeby były ubrane i zadbane. Przyjaciele mnie ostrzegali, jak się zaczęliśmy spotykać, żebym uważała, że
Rosja to jednak Wschód, że on ma trudny charakter, że jest dziwny, że na pewno mnie okłamuje. Jak kogoś pokocha, zrobiłby dla niego wszystko. No, jak mu się ktoś nie spodoba z kolei, to choćby ten stanął na głowie, to Andrzej zdania o nim nie zmieni. Gonia na początku nie mogła go zaakceptować. Mówiła: 'Wracaj już do domu!'. Są chwile, kiedy jest między nimi dobrze, a są takie, gdy są jak pies z kotem. Cały czas mam nadzieję, że jak będziemy u siebie, to się ułoży. Bo teraz mieszkamy u moich rodziców, bo dom się nam pod Piasecznem remontuje. Ja z Olkiem - bo mamy syna - śpię w gabinecie taty, Gonia w salonie, Andrzej na werandzie albo w biurze, albo wyjeżdża do Moskwy. Zaprosił mnie do siebie zaraz po pierwszym spotkaniu. Tam w restauracji zostałam obdarowana pierścionkiem, wkrótce poznałam jego mamę i syna. We dwójkę polecieliśmy z Moskwy na wakacje do Tajlandii. Wszystko było super. Praca? Nie byłam zadowolona. Cały mój dział musiał przejść normalną rekrutację, nim nowi szefowie zdecydowali, że będziemy dalej zajmować się swoimi starymi markami. W firmie było wtedy duże zamieszanie. Do tego Andrzej oczekiwał, że jak przychodzi weekend, to ja wsiądę w samolot i przylecę, a ja przez pracę nie miałam na to czasu. Nie mieściło mu się w głowie, że ja mam wyjazd służbowy i nie mogę powiedzieć: 'Nie jadę, bo przylatuje z Moskwy mój narzeczony'. Kiedy miałam jechać na tydzień służbowo do Francji, zapytał, dlaczego on nie może jechać ze mną. W końcu powiedział, że skoro praca jest dla mnie ważniejsza, to chyba nie będziemy razem. Ale trzeba zrozumieć, że kiedy ja mówiłam: 'Przyjedź', to on był tu następnego dnia. Oczywiście, miał wtedy własną firmę, mógł działać wszędzie, a ja miałam swoje biurko, telefon stacjonarny i musiałam przy tym biurku i tym telefonie wykonywać swoje obowiązki.
2007 r.
Przez cały rok Polacy wydali na alkohol 22 mld zł, czyli o 15 proc. więcej niż w poprzednim roku. Ministerstwo Zdrowia zamierza ponownie wprowadzić zakaz reklamowania piwa w telewizji przed godz. 23. Natalia ma 37 lat Podjęliśmy decyzję, że bierzemy ślub i że od dnia ślubu ja przestanę pracować. Strasznie się tego bałam. Znajomi pukali się w głowę. Bo oni mnie nie znali innej niż ja pracująca. W pewnym stopniu pociągał mnie pomysł, że pierwszy raz w dorosłym życiu mogłabym mieć trochę czasu dla siebie. Bo przedtem nawet wakacje były takim czasem kradzionym. Niby odpoczywałam, ale cały czas myślałam, ile będę musiała po powrocie do firmy nadgonić. A tu w podróż poślubną wyjechaliśmy na Bali, więc to nowe życie od razu się zaczęło wakacjami (Gonia w tym czasie była z moją mamą, a potem ze swoim tatą). A jak się zaczął rok szkolny, to przejęłam te wszystkie obowiązki, które wcześniej miała moja mama. Jednocześnie chodziłam na siłownię i to był ten mój czas dla siebie. Nigdy nie wyłączyłam korbki - 'obowiązek, obowiązek'. Nie wiem, czy poczułam, że przestałam pracować. Ciągle było coś, co musiałam zrobić. Kiedy tak się intensywnie pracuje, wszystkie znajomości są związane z pracą. I kiedy przestajesz pracować - wypadasz. Bo trudno nagle rozmawiać o tym, co u dziecka w szkole, gdy ludzie mają czym innym zaprzątnięte głowy. Miałam duże grono znajomych, a teraz to są dwie osoby. Dwie osoby, do których mogę zadzwonić, pogadać. Z tamtymi przyjaciółmi, którzy mnie ostrzegali przed Andrzejem, już się nie spotykam. Rozeszło się. Nowy Rok 2007 - znów pojechaliśmy do Tajlandii, tym razem z Małgosią i Lwem, synem Andrzeja z poprzedniego małżeństwa. Po powrocie okazało się, że jestem w ciąży, i moje życie zaczęło się kręcić wokół tego. Ciągle mam coś do zrobienia, zwłaszcza teraz, gdy urodził się Olek. Czasem słyszę od mojego męża, że nie pracuję, a ciągle nie mam czasu. Teraz mam małego, a proszę, wysługuję się mamą, wysyłam go z nią na spacer, żeby załatwić jakieś sprawy. Nie mam czasu chodzić do kina, to się nie zmieniło. Ale pojechaliśmy, dziesięć osób z rodziny, nad morze i nie myślałam ciągle: Boże, co tam w Warszawie na mnie czeka. I to były prawdziwe wakacje. Ja tych codziennych 'muszę' mam dużo. Muszę odwieźć Gonię do szkoły, muszę ją odebrać, muszę zrobić zaopatrzenie. Mąż? On zarabia pieniądze. Nie przeszkadza mi, że mam swoje odpowiedzialności, że zajmuję się dziećmi, że ja robię zakupy. To, co mi przeszkadza, to to, że nie czuję, że mogę w pełni dysponować jego pieniędzmi. Wcześniej czułam się wolna, nawet gdy używałam karty kredytowej, czyli de facto się zadłużałam, nie czułam się winna. A teraz nie umiem tych pieniędzy lekką ręką wydać. Bo nie ja je zarobiłam.
W dodatku mój mąż ze wszystkimi rozmawia jak z podwładnymi: 'Co dzisiaj załatwiłaś? Co na budowie?'. Czuję się rozliczana. Myślę, że to jest we mnie. Mimo że jestem produktywna, nie czuję się taka. Przewijam, karmię, zawożę do szkoły, odbieram ze szkoły, sprzątam, zabieram na spacer. Ale nie jest tak jak z prezentacją. Że ją zrobię i mam skończoną. I mogę wieczorem do siebie powiedzieć: 'Ale się dzisiaj narobiłam!'. W tych rozmowach wychodzą role: że on ma zarabiać i mieć święty spokój, a kobieta ma leżeć i pachnieć i dom ma być zorganizowany. Mało pociągająca wizja, jak się o tym myśli. Ale...
Andrzej jest zakochany w Olku. Jak przy nim jest, to go przewinie, nakarmi, utuli - właśnie tak, jak sobie wyobrażałam relację ojca z dzieckiem. Zazdroszczę dawnym znajomym z pracy, że jest adrenalina. Tak, zazdroszczę. Ale nie zazdroszczę im stresu. Ja teraz mam wpływ na wszystko, oni - nie. Staram się stworzyć szczęśliwą rodzinę. Staram się, żeby moim dzieciom było dobrze. Żeby mojemu mężowi było dobrze. Żeby mnie było. Mam z tyłu głowy, że jeśli coś w interesach Andrzeja nie wyjdzie, to będzie miało duży wpływ na nasze życie. Teraz jest dobrze, ale nauczona doświadczeniem wiem, że bywa różnie, druga pensja byłaby zabezpieczeniem. Ale teraz jestem przy zębach, jestem przy pierwszych przewrotach, jestem przy raczkach. Jak wiozę Gosię na basen, to nie biegnę załatwiać swoich spraw, tylko siedzę na płycie i patrzę, jakie robi postępy. Pierwszy raz przeżywam macierzyństwo. Z jednej strony chciałabym być kimś więcej niż piersią i panią od pieluch, a z drugiej - czuję osiągnięcia synka jak własne. I jak przebąkiwałam, że może kiedyś wrócę do pracy, Małgosia od razu powiedziała: 'Nie'.