http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Masakra w Marriotcie

Wojciech Jagielski
2008-09-21, ostatnia aktualizacja 2008-09-21 16:26

Ponad 50 osób zginęło, a około 300 odniosło rany w najkrwawszym jak dotąd zamachu bombowym w Islamabadzie. "Chcecie wojny? To będziecie ją mieli" - tak brzmi przesłanie terrorystów zdaniem pakistańskiego eksperta

Ekipy przeszukujące zgliszcza spalonego hotelu Marriott w stolicy Pakistanu Islamabadzie natrafiły nad ranem na kolejne ciała ofiar samobójczego zamachu
Fot. B.K.Bangash AP
Ekipy przeszukujące zgliszcza spalonego hotelu Marriott w stolicy Pakistanu...
Ekipy przeszukujące zgliszcza spalonego hotelu Marriott w stolicy Pakistanu Islamabadzie natrafiły nad ranem na kolejne ciała ofiar samobójczego zamachu
Fot. Anjum Naveed AP
Ekipy przeszukujące zgliszcza spalonego hotelu Marriott w stolicy Pakistanu...
Marriott, jeden z dwóch pięciogwiazdkowych hoteli w stolicy Pakistanu, był ulubionym miejscem cudzoziemców i miejscowej elity. W hotelowych restauracjach mogło przebywać ponad pół tysiąca osób. Zamożne muzułmańskie rodziny przyjechały tu, by po zmroku zjeść iftar, pierwszy w ciągu dnia posiłek - wyznawcy islamu obchodzą właśnie miesiąc postu ramadan. Cudzoziemcy zaś, by zjeść kolację i napić się alkoholu - w hotelowych restauracjach i barach można zamawiać zakazane gdzie indziej piwo, wino czy whisky.

Około ósmej wieczorem pod strzeżoną przez wartowników bramę zajechała ciężarówka - z powodu plagi zamachów wejść do wszystkich większych hoteli w Pakistanie strzegą uzbrojeni wartownicy, którzy sprawdzają samochody i gości. (Marriott poza gmachami rządowymi i ambasadami z sąsiedztwa był najpilniej strzeżonym budynkiem w Islamabadzie).

Zdaniem właściciela Marriottu Sadruddina Haszwaniego zamachowców zdradził wyszkolony pies, który zwietrzył materiały wybuchowe. Gdy wartownicy zażądali, by kierowcy poddali się rewizji, doszło do strzelaniny. Po chwili śródmieściem Islamabadu wstrząsnął wybuch. Niektórzy z hotelowych gości opowiadają, że tę zabójczą poprzedziła inna, mniejsza eksplozja.

- Wieczorem hotelowa ochrona kazała przenieść się gościom w głąb hotelu - opowiadał Niemiec Clemens Stenkanp ranny w zamachu. - Przez parę minut nic się nie działo, a potem nastąpił ten wybuch i wszystko zaczęło się walić.

Policja uważa, że w ciężarówce zamachowców-samobójców mogła być nawet tona materiałów wybuchowych. Po eksplozji został 10-metrowy lej.

Wcześniej zamachowcy dwukrotnie próbowali zaatakować hotel, ale nie zdołali wedrzeć się do środka. Tym razem zrobili inaczej - ponieważ Marriott jest przy jednej z najruchliwszych alei, a od jego bramy do głównego wejścia jest najwyżej 20 metrów, postanowili zabrać tyle materiałów wybuchowych, by poraziły hotel nawet po odpaleniu na ulicy.

Wybuch zburzył frontową część Marriottu. W zatłoczonej głównej sali bankietowej na gości zawalił się sufit. Pięciopiętrowy budynek stanął w ogniu. Poza gośćmi i pracownikami hotelu, którzy zginęli w wyniku wybuchu, wiele ofiar stanowili goście uwięzieni przez ogień na wyższych piętrach.

Według wstępnych szacunków zginęło ponad 50 osób, a prawie 300 zostało rannych. Nie żyje co najmniej trzech cudzoziemców, w tym ambasador Czech Ivo Zdarek, obywatele Niemiec i USA.

Liczbę rannych cudzoziemców szacuje się na blisko 20, wśród nich jest trzech brytyjskich dyplomatów z ambasady w Islamabadzie. Zaginął ambasador Wietnamu, który podobnie jak Czech mieszkał w hotelu. Według naszej ambasady wśród ofiar nie było Polaków.

Zamachowcy zaatakowali cztery godziny po orędziu prezydenta Zardariego, które wygłosił w gmachu pobliskiego parlamentu. Zardari wypowiedział wojnę terrorystom i wszelkim ekstremistom oraz zapowiedział, że nie pozwoli, by obcy wykorzystywali pakistańską ziemię do swych wojen.

Miał na myśli członków al Kaidy, którzy z afgańsko-pakistańskiego pogranicza uczyli swą twierdzę, oraz Amerykanów uważających, że Pakistańczycy nie dość przykładają się do walki z talibami i dlatego sami zaczęli z Afganistanu dokonywać nalotów i rajdów na pograniczne wioski pakistańskie.

Opowiadając się w 2001 r. po stronie Amerykanów w wojnie z afgańskimi talibami i al Kaidą, Pakistan ściągnął ją w końcu na swoje terytorium. Nigdzie na świecie do zamachów bombowych nie dochodzi tak często i nigdzie nie są one tak krwawe.

W grudniu 2007 r. w zamachu w Rawalpindi zginęła ulubienica pakistańskiej ulicy Benazir Bhutto, żona Zardariego. Miesiąc wcześniej, gdy wracała z wygnania w Karaczi, w zamachu zginęło ponad 150 osób.

Wojna partyzancka toczy się w dwóch z czterech prowincji kraju. Strzelaniny i zamachy stały się codziennością na ziemiach wolnych plemion pasztuńskich ciągnących się wzdłuż liczącej 2,5 tys. kilometrów granicy z Afganistanem.

Pasztuni wystąpili przeciwko rządowi nie tylko dlatego, że odwrócił się od talibów z Afganistanu, których był wcześniej głównym mecenasem. Zrobili to także dlatego, że rząd spełnił żądanie USA i wysłał armię na pogranicze, by zamknąć dla talibów granicę. A to oznacza naruszenie autonomii pasztuńskich plemion.

Bunt Pasztunów doprowadził do powstania pakistańskiej mutacji talibów i wojny domowej w Prowincji Granicznej.

W sobotę, gdy zamachowcy zaatakowali Marriott w Islamabadzie, w pasztuńskiej krainie Badżaur pakistańscy żołnierze zabili 26 partyzantów. Od sierpnia, gdy Pakistańczycy wkroczyli do Badżauru, zginęło tam już ponad tysiąc osób, a ćwierć miliona stało się uchodźcami.

W pobliskich Waziristanach Południowym i Północnym, stolicy talibów z obu stron granicy, w samobójczych zamachach bombowych zginęło siedmiu pakistańskich żołnierzy i kilkuletnie dziecko.

Broniąc się przed wojną domową, Islamabad próbował się z rodzimymi talibami dogadywać, zawierać z nimi rozejmy. Zdaniem Amerykanów doprowadziło to jedynie do umocnienia się talibów na pograniczu. Waszyngton przekonuje prezydenta Zardariego, by z talibami nie rozmawiał, tylko się z nimi bił.

Perspektywa rozszerzenia afgańskiej wojny na Pakistan cieszy przywódców al Kaidy, którzy powtarzają, że dopiero wtedy do spółki z talibami z Afganistanu zdołają wykrwawić i pokonać wojska zachodniej koalicji.

- Jeśli zamach na pilnie strzeżony hotel Marriott miał być odpowiedzią talibów dla Zardariego, to trudno wyobrazić sobie dosadniejsze ostrzeżenie. Przesłanie brzmiało: Chcecie wojny? No to będziecie ją mieli - uważa Massud Talat, emerytowany pakistański generał i ekspert od miejscowej polityki.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':