http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Obama kontra obawa

Timothy Garton Ash
2008-09-21, ostatnia aktualizacja 2008-09-21 16:17

Amerykę gnębi polityka strachu. Może to nie być na rękę kandydatowi nadziei

Timothy Garton Ash
Fot. Kuba Atys / AG
Timothy Garton Ash
Barack Obama
Fot. Alex Brandon ASSOCIATED PRESS
Barack Obama
ZOBACZ TAKŻE


Logicznie rzecz biorąc, gospodarczy i finansowy huragan powinien być korzystny dla kandydata na prezydenta demokratów Baracka Obamy. Jednak ludzie nie zawsze głosują z głową.

Jeszcze przed czarnym poniedziałkiem zamierzałem napisać o polityce strachu. Teraz muszę uwzględnić także politykę paniki. Obserwuję amerykańskie wybory z bliska i uderzające niczym huragan "Ike" jest dla mnie to, jak negatywna, nerwowa i kierowana strachem stała się ta kampania.

Choć Barack Obama nadal głosi hasło "Śmiałość nadziei", równie dobrze pasuje ono do ostatnich wystąpień jego samego, jak i Johna McCaina. Pomijając kwestię Sary Palin, w wyborach chodzi teraz wyłącznie o lęki "klasy średniej" (jest to pojemna kategoria, do której zalicza się ponad 50 procent Amerykanów). Chodzi o "przeciętnego człowieka" obawiającego się, że straci dom, pracę, ubezpieczenie i oszczędności.

Kryzys jak raz na sto lat

Tak było jeszcze zanim poniedziałkowy upadek banku Lehman Brothers i sprzedaż Merrill Lynch potwierdziły, iż mamy do czynienia z tym, co tego samego dnia Obama nazwał "najpoważniejszym kryzysem gospodarczym od czasu Wielkiej Depresji". Także zdaniem Alana Greenspana, słynnego wieloletniego szefa Rezerwy Federalnej, kryzys ten jest najgorszy ze wszystkich, jakie pamięta. Tego rodzaju zdarzenie ma miejsce "raz na pół wieku, może raz na sto lat".

Amerykanie już wcześniej mogli się obawiać wielu rzeczy. Miesiąc temu bezrobocie wzrosło do 6,1 proc. Ceny domów gwałtownie spadły, ceny paliw skoczyły w górę. Przejęcia nieruchomości osiągnęły rekordowy poziom, jako że ludzie nie są w stanie spłacić hipotek, których nigdy nie powinno się im przyznać. Miliony straciły ubezpieczenie zdrowotne lub nie stać ich na pełny jego wymiar.

Oto kraj, który żył ponad stan, stąpając po niepewnym gruncie swych długów. Według zeszłorocznego raportu Departamentu Handlu USA stopa oszczędności po opodatkowaniu była w latach 2005-2006 ujemna po raz pierwszy od - proszę uważać - 1932 i 1933 roku. W tym roku liczby te zmieniły się nieco, a wartość nowego wskaźnika sytuuje się nieznacznie powyżej zera. Po co oszczędzać, skoro Chińczycy zrobią to za ciebie?

Uwaga ta jest niezupełnie słuszna, bowiem większość pracujących Amerykanów odkłada część swoich zarobków jeszcze przed opodatkowaniem, korzystając z planu emerytalnego znanego powszechnie jako "401(k)" (nazwa ta pochodzi od odpowiedniego paragrafu kodeksu skarbowego). Jednak gdy upada rynek, spada również wartość tych oszczędności, nawet jeśli nie były ulokowane w Lehman Brothers.

Podczas pisania tego felietonu wyszedłem do baru na lunch i usłyszałem słowa "401(k)" niepokojąco pobrzmiewające w dwóch rozmowach.

Więcej strat, więcej lęku

Wszystko to ma znacznie szerszy kontekst. Ludzie bowiem czują, że kraje takie jak Chiny rozwijają się szybciej niż USA. Nie muszę wspominać o ataku terrorystycznym na ambasadę USA w Jemenie. Mieszkańców wybrzeża Zatoki Meksykańskiej nękają natomiast burze tropikalne: "Gustav", "Hanna", "Ike" i "Josephine". Oglądając wiadomości telewizyjne, ma się wrażenie, że nawet natura bierze udział w spisku przeciwko Stanom Zjednoczonym.

Dzisiaj Amerykanie muszą lękać się nie tylko samego lęku - parafrazując słynne słowa Franklina D. Roosevelta z mowy inauguracyjnej w 1933 roku.

Jednak strach też nie pomoże. W gospodarce najważniejsza jest pewność siebie. Jeszcze przed katastrofą Lehmana ponad dwie trzecie ankietowanych twierdziło, że kraj jest w stanie recesji, a w 2009 roku wcale nie będzie lepiej. Bóg jeden raczy wiedzieć, co powiedzieliby teraz.

Nie posiadam kompetencji, by osądzać, czy fundamenty gospodarki USA są wystarczająco silne, aby w ciągu paru lat wszystko wróciło do normy - domy, praca, opieka zdrowotna, emerytury itd. Wrócimy do tej kwestii w 2010 roku.

Tymczasem pozostaje mniej niż 1200 godzin do dnia wyborów. Tak więc odłóżmy chwilowo na bok ekonomię strachu; pilniejszą sprawą jest to, jak polityka strachu wpływa na wyniki wyborów.

Gdyby ludzie głosowali z głową, hasło "Gospodarka, głupcze" powinno pomóc Obamie zwyciężyć. To nie przyczyny zewnętrzne, lecz finansowy i gospodarczy huragan przyspieszył koniec rządów George'a Busha, w dużej mierze za sprawą tego, co administracja uczyniła (np. wydatki ponad miarę) i co jej się nie powiodło (regulacja sektora finansowego).

Polityka gospodarcza Johna McCain'a aż tak bardzo się nie różni ani też nie jest przekonująco przez niego przedstawiana. Jego pierwszej reakcji na czarny poniedziałek brakowało stanowczości, okazał ją dopiero nazajutrz. Jeśli zaś chodzi o Sarę Palin - czy symbolem nowej Ameryki ma być e-gospodarka i Wikipedia, czy raczej miasteczko Wasilla w stanie Alaska?

Ponadto możemy mieć do czynienia ze znacznie głębszą zależnością.

Amerykański felietonista Michael Kinsley w swoim jak zawsze pomysłowym artykule dla magazynu "Slate" (slate.com) porównuje rządy Republikanów i Demokratów od 1959 roku, biorąc pod uwagę takie wskaźniki ekonomiczne jak PKB per capita, inflacja, bezrobocie, podatki, wydatki i deficyt budżetowy.

Demokraci wypadają we wszystkim lepiej - z wyjątkiem podatków. Co więcej, z danych historycznych wynika, iż Republikanie wydawali więcej i zwiększali deficyt budżetowy. Nie tylko liczby przytoczone przez Kinsleya wskazują na to. Słyszałem kiedyś, jak pewien słynny liberalny ekonomista zauważył dyskretnie, iż jeśli naprawdę zależy komuś na ograniczeniu prerogatyw rządu, powinien głosować na Demokratów.

Niewątpliwie ekonomiści mogą się teraz w nieskończoność spierać o wskaźniki, jednak polityczne konsekwencje wydają się oczywiste. Jeśli dla kogoś gospodarka jest najistotniejszą kwestią w tych wyborach, a tak uważa dwie trzecie ankietowanych, podczas gdy mniej niż jedna czwarta wymienia Irak, a także jeśli jest on człowiekiem racjonalnym, powinien dać Demokratom szansę, aby powiodło się im lepiej niż administracji Busha.

Ludzie nie zawsze głosują z głową

Tak będzie, jeśli ludzie zagłosują z głową. Ludzie jednak głosują często za pomocą innych części ciała (sercem, trzewiami, sami zdecydujcie). Istnieje bowiem pewien głębszy rodzaj polityki strachu skierowanej przeciw Obamie. Nie chodzi tu tylko o fakty i zasady, lecz także o wrażenia, opinie, plotki i marzenia - o uczucia, które ludzie tylko częściowo sobie uświadamiają, a jeszcze rzadziej się do nich przyznają.

Dotyczy to także kwestii rasy. W lipcowej ankiecie telewizji CBS i dziennika "New York Times" jedynie 5 proc. białych przyznało, że nie zagłosują na czarnego kandydata, jednak 24 procent stwierdziło, że Ameryka nie jest gotowa na wybór czarnego prezydenta. W grę wchodzi także inność, nowość i złożoność jego osobowości.

Obama, dziecię tego świata, marzy o świecie lepszym, o świecie takim, jaki mógłby być. Właśnie dlatego tak wielu pragnie, by wygrał, i tak wielu załamie się, gdy przegra. John McCain, bohater wojny w Wietnamie, oraz Sarah Palin, hokejowa mama, marzą o Ameryce takiej, jaką niegdyś była. Być może nie jest to rozsądne, jednak elektoratowi pełnemu obaw, defensywnemu, niezadowolonemu z kierunku, w którym zmierza świat, może odpowiadać ta kojąca wizja Ameryki, jaka niegdyś istniała.

"Masz nadzieję?" pyta Obama z naklejki na zderzaku. W tym momencie Ameryka jest raczej pełna obaw. A zuchwałość strachu może okazać się silniejsza od śmiałości nadziei.

przeł. Andrzej Serafin i Alicja Socha

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów