Jedlicki: Słuchamy Bacha w rezerwacie
20.09.2008
, aktualizacja: 19.09.2008 18:22
W Ameryce są wspaniałe campusy uniwersyteckie, w których można uprawiać naukę w wielkim stylu. Ale społeczeństwo mało co o tym wie. Europa też zmierza w tę stronę - mówił Jerzy Jedlicki w Klubie "Goście Gazety"
Katarzyna Janowska, Telewizja Ntalk, i Piotr Mucharski, "Tygodnik Powszechny": Za czasów IV RP karierę zrobiła pańska definicja inteligenta. Polemiści - głównie prawicowi - zarzucali panu, że na łamach "Gazety Wyborczej" wykluczył ich pan z inteligenckiego grona. Miał pan bowiem stwierdzić, że inteligent to ktoś, kto czyta "Gazetę Wyborczą", "Politykę" i "Tygodnik Powszechny". Nawet premier z tą pańską opinią polemizował
Jerzy Jedlicki: - Rzeczywiście to stwierdzenie zrobiło nieoczekiwaną karierę. Tym bardziej nieoczekiwaną, że ja niczego podobnego na łamach "GW" ani gdziekolwiek indziej nie napisałem. Wręcz przeciwnie, dobitnie twierdziłem i twierdzę, że "inteligencja" nie jest pojęciem ideologicznym. Inteligenci tworzyli zarówno ruch narodowy, jak i ruch socjalistyczny, dostarczali myśli programowych i działaczy katolickiemu konserwatyzmowi i wolnomyślicielskiemu obrazoburstwu. Inteligencja nie stworzyła nigdy własnej partii, ponieważ wchodziła w polityczny krwiobieg wszystkich rywalizujących ze sobą ugrupowań. Może być prawicowa i lewicowa, liberalna i chadecka.
Gazety, o które pytacie, pojawiły się w moim tekście nie w związku z definicją inteligencji, tylko z próbą bliższego określenia słowa "my"'. Moje "my" dotyczy, z grubsza rzecz biorąc, inteligencji liberalno-lewicowej. Zastanawiałem się, jak to "my" określić bez etykietek, jak zarysować nasze ideowe środowisko I przyszło mi na myśl, że zamiast ideologicznych terminów można użyć tytułów gazet i pism, które czytamy jako swoje (co oczywiście nie znaczy, że musimy w nich wszystko aprobować) i wokół których tworzy się jedna z inteligenckich formacji. Niech mi więc nie wmawiają, że cokolwiek zawłaszczyłem!
Ale to jest właśnie najciekawsze! Teraz spór o inteligencję przycichł, co pana jako badacza jej historii powinno martwić. Rok temu jednak o inteligentów kłócili się wszyscy. Z jakich to powodów wywijano tak pańskim pseudocytatem w polemikach?
- Jakoś mnie nie martwi, że tych sporów dzisiaj jakby mniej, tym bardziej że pamiętam poziom tamtych inwektyw sprzed dwóch lat. Ale - przyznaję - też zastanawiałem się nad tym, dlaczego ta inteligencja tak naszą prawicę irytuje. Czytałem wydany pod koniec ubiegłego roku numer krakowskich „Arcanów” poświęcony inteligencji, który mi co nieco wyjaśnił. Niektóre eseje i wypowiedzi w nim zawarte wpisują się doskonale w poetykę pamfletów antyinteligenckich pisanych z upodobaniem przez samych inteligentów z lewa i z prawa,od końca XIX wieku. Wyczytałem w owych „Arcanach”, że inteligencja polska jest samozwańcza, jakobińska, postoświeceniowa, postkomunistyczna, a jej pycha i pogarda dla inaczej myślących i dla prostego ludu są niezmierzone. „Gazeta Wyborcza” zaś - piszą tam - wpadła w histerię, ponieważ znalazła się na śmietniku historii. Czy jest na sali jej redaktor naczelny?
Adam Michnik z sali: Jestem, jestem...
- To dobrze, bo powinien wiedzieć, gdzie się znalazł. Było to co prawda napisane pod koniec rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz ów cytat, o histerii i śmietniku, jest znamienny. Dalej - będę powtarzał w miarę dokładnie - przeczytałem, że jest to ginąca klasa frustratów z pretensjami do przewodzenia, uprawiających terror nierozumu, upiorny bełkot, drwiny z wartości, przeżyty mesjanizm i salonowe getto (to ostatnie oczywiście za Józefem Chałasińskim i jego słynnym wykładem z roku 1946). Jeden z młodych autorów kończy tekst zdaniem: "Nadszedł chyba czas, by naród bronić przed inteligencją i jej lękami".
O czym takie śmieszne teksty świadczą? Może o jakichś kompleksach? - zastanawiałem się. Chyba jednak - przykro powiedzieć - tak. Tym bardziej że nie dowiedziałem się, jaka ma być ta nowa klasa umysłowa, którą krakowska prawica chciałaby wykreować.
Stary jest ten rozłam?
- Zaczął się pod koniec XIX wieku i przetrwał szczęśliwie-nieszczęśliwie wszystkie historyczne kataklizmy, aż świetnie odżył w naszej epoce. Nie chciałbym być posądzony - choć wiem, że to bezskuteczny apel - o stronniczą ocenę, lecz niewątpliwie tradycja intelektualna inteligencji liberalno-lewicowej jest w Polsce nieporównanie bogatsza od jej prawicowego odpowiednika, który ma za to trwałe i mocne oparcie w społeczeństwie, czyli - politycznie rzecz ujmując - w elektoracie. Coś za coś, więc o co tu się złościć?
Inteligencja żywi się konfliktem, więc przeżyła ostatnio parę dobrych lat wydobyta nagle z zapomnienia na światło dzienne. "Wykształciuchy" zostały przez polityków PiS-u wywołane do tablicy.
- Doceniam ironię tego pytania Twierdzicie, że teraz miewa się gorzej?
Pewnie wchodzimy w czasy, kiedy będzie pan musiał wieść znacznie mniej ognisty spór o to, czy w świecie ekspertów zawodowców jest miejsce na inteligencki anachronizm.
- Tak, to, o czym teraz mówicie, otwiera zupełnie inny front sporu. Chodzi w nim już nie o mentalność lub ideologię, lecz o konflikt cywilizacyjny, który też zresztą nie jest całkiem nowy, ale groźnie narasta.
W wydanym właśnie przez Instytut Filozofii i Socjologii PAN pod redakcją Henryka Domańskiego tomie "Inteligencja w Polsce" znalazłem artykuł mojej młodszej koleżanki z Instytutu Historii Magdaleny Gawin. Porównuje ona dzisiejsze dyskusje o inteligencji w Polsce ze sporami, jakie toczyły się po roku 1918. Im też wtedy towarzyszyło poczucie, że oto idzie fala zupełnie nowej kultury: popularnej, prymitywnej, banalnej I działo się to w czasach przedtelewizyjnych, a nawet przedradiowych!
Elita inteligencka i jej kultura wysoka nigdy nie sprawowała "rządu dusz" - to tylko taki romantyczny frazes - ale ustanawiała wzorce estetyczne, ustalała, co wypada szanować, podziwiać, mówić, a czego nie wypada. Te wzorce jakoś tam, powoli, przesączały się, przez snobizm chociażby, do warstw niżej w hierarchii społecznej sytuowanych, do inteligencji ze średnim wykształceniem, robotników bądź nawet chłopów. Taki był kierunek osmozy. I to się skończyło. Jeżeli dziś mamy do czynienia z jakimś oddziaływaniem, to idzie ono w przeciwnym kierunku. Kultura infantylna i wrzaskliwa zagarnia dziś znaczną część inteligencji, która - w związku z tym - pozostaje sobą już tylko w sensie formalnym, a nie etosowym. Statystycznie wykształciuchów jest z roku na rok coraz więcej, ale niech nas nie mylą te statystyki. Ta część inteligencji, która chciałaby zachować jakieś dziedzictwo dobrego wychowania, chociażby kulturę języka, pozostaje wyobcowana.
I to jest - moim zdaniem - wielki problem współczesnej cywilizacji. "Eksperci" mogą powiedzieć, że ich to nic nie obchodzi, oni robią swoje.
Pan profesor powiedział "wyobcowana"? Dokładnie tak, jak publicyści "Arcanów"?
- Oni nie czują się wyobcowani, skądże znowu, tylko zarzucają to swoim przeciwnikom. Czasami jednak możemy się chyba porozumieć. Przeczytałem ostatnio "Esej o duszy polskiej" Ryszarda Legutki. W tej książeczce też jest - jakżeby inaczej - pamflet na tę paskudną i jałową intelektualno-towarzyską "elitę", która zniewoliła polską inteligencję i tak dalej, ale towarzyszy temu poczucie niepokoju, wręcz przerażenia, duchową banalizacją współczesnej zegalitaryzowanej cywilizacji. Czytając to, miałem przez chwilę poczucie, że nasze spory są drugorzędne, bo jak przyjdzie co do czego, to gnębi nas to samo. Gdzie indziej jest zagrożenie. Nie w tym, co zawierają nasze potyczki prasowe, dyskusje, awantury polityczne, które - często mam takie wrażenie - nie interesują nikogo poza tymi, co biorą w nich udział.
Jerzy Jedlicki: - Rzeczywiście to stwierdzenie zrobiło nieoczekiwaną karierę. Tym bardziej nieoczekiwaną, że ja niczego podobnego na łamach "GW" ani gdziekolwiek indziej nie napisałem. Wręcz przeciwnie, dobitnie twierdziłem i twierdzę, że "inteligencja" nie jest pojęciem ideologicznym. Inteligenci tworzyli zarówno ruch narodowy, jak i ruch socjalistyczny, dostarczali myśli programowych i działaczy katolickiemu konserwatyzmowi i wolnomyślicielskiemu obrazoburstwu. Inteligencja nie stworzyła nigdy własnej partii, ponieważ wchodziła w polityczny krwiobieg wszystkich rywalizujących ze sobą ugrupowań. Może być prawicowa i lewicowa, liberalna i chadecka.
Gazety, o które pytacie, pojawiły się w moim tekście nie w związku z definicją inteligencji, tylko z próbą bliższego określenia słowa "my"'. Moje "my" dotyczy, z grubsza rzecz biorąc, inteligencji liberalno-lewicowej. Zastanawiałem się, jak to "my" określić bez etykietek, jak zarysować nasze ideowe środowisko I przyszło mi na myśl, że zamiast ideologicznych terminów można użyć tytułów gazet i pism, które czytamy jako swoje (co oczywiście nie znaczy, że musimy w nich wszystko aprobować) i wokół których tworzy się jedna z inteligenckich formacji. Niech mi więc nie wmawiają, że cokolwiek zawłaszczyłem!
Ale to jest właśnie najciekawsze! Teraz spór o inteligencję przycichł, co pana jako badacza jej historii powinno martwić. Rok temu jednak o inteligentów kłócili się wszyscy. Z jakich to powodów wywijano tak pańskim pseudocytatem w polemikach?
- Jakoś mnie nie martwi, że tych sporów dzisiaj jakby mniej, tym bardziej że pamiętam poziom tamtych inwektyw sprzed dwóch lat. Ale - przyznaję - też zastanawiałem się nad tym, dlaczego ta inteligencja tak naszą prawicę irytuje. Czytałem wydany pod koniec ubiegłego roku numer krakowskich „Arcanów” poświęcony inteligencji, który mi co nieco wyjaśnił. Niektóre eseje i wypowiedzi w nim zawarte wpisują się doskonale w poetykę pamfletów antyinteligenckich pisanych z upodobaniem przez samych inteligentów z lewa i z prawa,od końca XIX wieku. Wyczytałem w owych „Arcanach”, że inteligencja polska jest samozwańcza, jakobińska, postoświeceniowa, postkomunistyczna, a jej pycha i pogarda dla inaczej myślących i dla prostego ludu są niezmierzone. „Gazeta Wyborcza” zaś - piszą tam - wpadła w histerię, ponieważ znalazła się na śmietniku historii. Czy jest na sali jej redaktor naczelny?
Adam Michnik z sali: Jestem, jestem...
- To dobrze, bo powinien wiedzieć, gdzie się znalazł. Było to co prawda napisane pod koniec rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz ów cytat, o histerii i śmietniku, jest znamienny. Dalej - będę powtarzał w miarę dokładnie - przeczytałem, że jest to ginąca klasa frustratów z pretensjami do przewodzenia, uprawiających terror nierozumu, upiorny bełkot, drwiny z wartości, przeżyty mesjanizm i salonowe getto (to ostatnie oczywiście za Józefem Chałasińskim i jego słynnym wykładem z roku 1946). Jeden z młodych autorów kończy tekst zdaniem: "Nadszedł chyba czas, by naród bronić przed inteligencją i jej lękami".
O czym takie śmieszne teksty świadczą? Może o jakichś kompleksach? - zastanawiałem się. Chyba jednak - przykro powiedzieć - tak. Tym bardziej że nie dowiedziałem się, jaka ma być ta nowa klasa umysłowa, którą krakowska prawica chciałaby wykreować.
Stary jest ten rozłam?
- Zaczął się pod koniec XIX wieku i przetrwał szczęśliwie-nieszczęśliwie wszystkie historyczne kataklizmy, aż świetnie odżył w naszej epoce. Nie chciałbym być posądzony - choć wiem, że to bezskuteczny apel - o stronniczą ocenę, lecz niewątpliwie tradycja intelektualna inteligencji liberalno-lewicowej jest w Polsce nieporównanie bogatsza od jej prawicowego odpowiednika, który ma za to trwałe i mocne oparcie w społeczeństwie, czyli - politycznie rzecz ujmując - w elektoracie. Coś za coś, więc o co tu się złościć?
Inteligencja żywi się konfliktem, więc przeżyła ostatnio parę dobrych lat wydobyta nagle z zapomnienia na światło dzienne. "Wykształciuchy" zostały przez polityków PiS-u wywołane do tablicy.
- Doceniam ironię tego pytania Twierdzicie, że teraz miewa się gorzej?
Pewnie wchodzimy w czasy, kiedy będzie pan musiał wieść znacznie mniej ognisty spór o to, czy w świecie ekspertów zawodowców jest miejsce na inteligencki anachronizm.
- Tak, to, o czym teraz mówicie, otwiera zupełnie inny front sporu. Chodzi w nim już nie o mentalność lub ideologię, lecz o konflikt cywilizacyjny, który też zresztą nie jest całkiem nowy, ale groźnie narasta.
W wydanym właśnie przez Instytut Filozofii i Socjologii PAN pod redakcją Henryka Domańskiego tomie "Inteligencja w Polsce" znalazłem artykuł mojej młodszej koleżanki z Instytutu Historii Magdaleny Gawin. Porównuje ona dzisiejsze dyskusje o inteligencji w Polsce ze sporami, jakie toczyły się po roku 1918. Im też wtedy towarzyszyło poczucie, że oto idzie fala zupełnie nowej kultury: popularnej, prymitywnej, banalnej I działo się to w czasach przedtelewizyjnych, a nawet przedradiowych!
Elita inteligencka i jej kultura wysoka nigdy nie sprawowała "rządu dusz" - to tylko taki romantyczny frazes - ale ustanawiała wzorce estetyczne, ustalała, co wypada szanować, podziwiać, mówić, a czego nie wypada. Te wzorce jakoś tam, powoli, przesączały się, przez snobizm chociażby, do warstw niżej w hierarchii społecznej sytuowanych, do inteligencji ze średnim wykształceniem, robotników bądź nawet chłopów. Taki był kierunek osmozy. I to się skończyło. Jeżeli dziś mamy do czynienia z jakimś oddziaływaniem, to idzie ono w przeciwnym kierunku. Kultura infantylna i wrzaskliwa zagarnia dziś znaczną część inteligencji, która - w związku z tym - pozostaje sobą już tylko w sensie formalnym, a nie etosowym. Statystycznie wykształciuchów jest z roku na rok coraz więcej, ale niech nas nie mylą te statystyki. Ta część inteligencji, która chciałaby zachować jakieś dziedzictwo dobrego wychowania, chociażby kulturę języka, pozostaje wyobcowana.
I to jest - moim zdaniem - wielki problem współczesnej cywilizacji. "Eksperci" mogą powiedzieć, że ich to nic nie obchodzi, oni robią swoje.
Pan profesor powiedział "wyobcowana"? Dokładnie tak, jak publicyści "Arcanów"?
- Oni nie czują się wyobcowani, skądże znowu, tylko zarzucają to swoim przeciwnikom. Czasami jednak możemy się chyba porozumieć. Przeczytałem ostatnio "Esej o duszy polskiej" Ryszarda Legutki. W tej książeczce też jest - jakżeby inaczej - pamflet na tę paskudną i jałową intelektualno-towarzyską "elitę", która zniewoliła polską inteligencję i tak dalej, ale towarzyszy temu poczucie niepokoju, wręcz przerażenia, duchową banalizacją współczesnej zegalitaryzowanej cywilizacji. Czytając to, miałem przez chwilę poczucie, że nasze spory są drugorzędne, bo jak przyjdzie co do czego, to gnębi nas to samo. Gdzie indziej jest zagrożenie. Nie w tym, co zawierają nasze potyczki prasowe, dyskusje, awantury polityczne, które - często mam takie wrażenie - nie interesują nikogo poza tymi, co biorą w nich udział.
1
2
następne »
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX












