Tam, gdzie w szkołach są wydzielone pomieszczenia dla maluchów, gdzie jest to tak zorganizowane, że nie będą oni na przerwach mieszać się z szóstoklasistami i wzbogacać języka o pierwsze przekleństwa. Gdzie po zakończeniu zajęć pan kierowca (nie polski pan Edziu lubiący sobie piwko strzelić przed jazdą) odwiezie je fajnym żółtym autobusem do domów. A tam czekają niepracujące mamy albo opiekunki. I pan tym autobusem nie odjedzie, póki nie zobaczy, że opiekun lub rodzic odbiera dziecko. Nie wyobrażam sobie tego w Polsce. Zaś traktowanie tego problemu jako kolejnego frontu w wojnie między PO a
PiS jest fatalne. Tu chodzi o coś więcej - o nasze dzieci.
Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>