W Wlk. Brytanii żyje ponad 9 mln osób powyżej 65. roku życia. Co czwarty mieszkaniec Wysp to 85-latek, a 11 tysiącom Brytyjczyków stuknęła setka. Za dziesięć lat te liczby mają się podwoić.
Bliskich w podeszłym wieku Brytyjczycy najczęściej oddają do domów opieki, których jest tu aż 18,5 tys. - Jesteśmy coraz starszym społeczeństwem. Ludzie, którzy oddają 80- i 90-letnich bliskich do domów starców, sami mają po 60 czy 70 lat i po prostu nie są w stanie opiekować się rodzicami - mówi Gillian Dalley z stowarzyszenia pomocy ludziom w domach opieki i ich krewnym RRA.
Domy starców to na Wyspach wielki biznes. Za pojedynczy pokój płaci się co tydzień nawet 500 funtów. Media biją na alarm, że ceny rosną ostatnio w zawrotnym tempie, coraz częściej dzieci muszą sprzedawać dom rodziców, by pokryć koszt ich pobytu w ośrodku.
Często jednak Brytyjczycy wolą nawet zrezygnować ze spadku, niż opiekować się najbliższymi. Starsi ludzie trafiają wtedy w ręce opiekunów, którzy coraz częściej mówią z polskim akcentem.
Brytyjczycy nie kwapią się bowiem do tej trudnej pracy za 5,52 funta za godzinę. Polacy - tak, ale tylko do czasu, bo praca w niektórych domach starców to prawdziwy koszmar.
Jak twierdzi Martin Green ze stowarzyszenia domów opieki, brytyjska opieka społeczna przeżywa kryzys wywołany brakiem funduszy i rąk do pracy. Zdaniem Gilliana Dalleya z RRA główny problem tkwi jednak w braku wykwalifikowanych opiekunów. - Ten zawód nie jest szanowany i nikt nie chce go wykonywać, zwłaszcza za tak marne pieniądze - mówi.
Czy ma pani wszy?
Pracę w domu starców w Birmingham Ewa S. znalazła przez krakowską agencję Staff Recruitment. Z dokumentów, które widzieliśmy, wynika, że firma rekrutująca zarobiła na niej i jej trzech koleżankach po 700 funtów od osoby. Kiedy zaczęły się problemy z pracodawcą, krakowscy pośrednicy przestali jednak odbierać telefony od pielęgniarek.
A problemy zaczęły się od razu, bo polskie pielęgniarki zamiast w schludnym i zadbanym domu opieki wylądowały w zapuszczonym ośrodku w Birmingham. - W pierwszym dniu kierowniczka sprawdziła nam głowy. Myślałyśmy, że sprawdza, czy przywiozłyśmy z Polski wszy. Po kilku godzinach odkryłyśmy, że to większość mieszkańców ośrodka miała nie tylko wszy, ale i świerzb - wspomina Ewa.
Prawnicy ośrodka tłumaczą, że świerzb to zjawisko obecne przede wszystkim w angielskich szpitalach. Ich zdaniem ktoś wgo przywlókł do ośrodka właśnie ze szpitala.
Zanim Ewa zdecydowała się na wyjazd do Anglii, przez 30 lat pracowała jako pielęgniarka w szpitalu w Tarnowskich Górach. 56-letnia kobieta tuż przed wyjazdem przeszła na emeryturę.
- Słyszałam, że w Anglii żyje wiele starszych ludzi, powojennych emigrantów i że jest im bardzo dobrze. Chciałam się przekonać na własnej skórze. Poza tym znam trochę angielski, bo kiedyś pracowałam jako pielęgniarka w Iraku, więc myślałam, że nie będzie źle - opowiada. - Córka też dostała pracę w banku w Birmingham, ale ja po kilku miesiącach wolę już sprzątać biura.
Nawet gdyby jednak Ewa chciała nadal pracować w zawodzie, na Wyspach nie może już tego robić. Szefowa, zwalniając ją z pracy, napisała pismo dyskwalifikujące Ewę z opieki nad starszymi osobami. - Zrobiła to, bo w czasie wizytacji ośrodka razem z angielską opiekunką przeprowadzałam otyłą pacjentkę bez specjalnego urządzenia. A w ośrodku takich urządzeń brakuje. Angielskiej koleżance, która uczestniczyła w tym zdarzeniu, uszło płazem, a mnie zwolniono.
Jak się łapie świerzb
Ośrodek, w którym pracowała Ewa, potwierdza, że Polkę zwolniono za nieprawidłowe techniki przenoszenia rezydentów. I zapewnia, że w domu jest pięć urządzeń do przenoszenia starszych osób. Cztery opiekunki, które pracowały w ośrodku mówią nam, że działa tylko jedno.
- Ewa jest dyplomowaną pielęgniarką i nie mogła patrzeć na zaniedbania i łamanie wszelkich reguł czy to dotyczących higieny, czy diety. I mówiła o tym kierownictwu - opowiada koleżanka z pracy Małgorzata C.
- Wszawica i świerzb to i tak nic - opowiada Ewa S. - Tam są ludzie z gronkowcem zupełnie nie odizolowani od reszty, a czasami trafia się wybuch epidemii e-coli, który jest zręcznie ukrywany. My musimy wycierać pupy tym ludziom bez gumowych rękawiczek, bo szefostwo daje je tylko angielskim pielęgniarkom.
Przedstawiciele ośrodka mówią "Gazecie", że rękawiczki są i nikogo się nie zmusza, by narażał się na jakiekolwiek ryzyko. Polki twierdzą co innego. O lateksowe rękawiczki i o środki na świerzb Ewa walczyła wielokrotnie.
- Koleżanki, które tam pracują, przynajmniej raz na miesiąc łapią świerzb. Od jednej to nawet i mąż i syn się zarażają, bo wszyscy mieszkamy w jednym domu.
Dowodów na zarzuty polskich opiekunów nie trzeba długo szukać. Dziennikarze na Wyspach co jakiś czas wpadają na trop zapuszczonych domów starców i filmują wszystko ukrytą kamerą.
Źródło: Gazeta Wyborcza