http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Obama zmienia się w Hillary

Marcin Bosacki, Denver-St. Paul-Waszyngton
2008-09-13, ostatnia aktualizacja 2008-09-12 16:45

Obama rozpaczliwie krzyczy "Gdzie konkrety???". Ale tysiące Amerykanów wychodzą z wieców McCaina i Palin "zainspirowane" i "przepełnione nadzieją". Tak jak dotąd wychodzili z wieców Obamy

RAPORTY




- Długo się zastanawiałam. Ostatecznie wolę Obamę, bo ten jest w Waszyngtonie krótko, nie zdążył przesiąknąć zgniłą atmosferą tego miasta, tymi wszystkimi układami. Ale McCaina też cenię. Jak zostanie prezydentem, nie będzie tragedii. To przyzwoity facet.

Cristall Cook, zaczesana w koński ogon studentka z Waszyngtonu, która mi to mówi, jest pod stadionem futbolowym w Denver, gdzie pół godziny wcześniej przed 80 tys. ludzi przemawiał Barack Obama, absolutnym wyjątkiem.

Reszta z ponad 20 Demokratów, z którymi rozmawiałem podczas konwencji ich partii, nie zostawiała na McCainie suchej nitki. Umiarkowani mówili, że "jest zbyt wiekowy" i "nie rozumie Ameryki". Radykalni - "niech ten stary głupek zejdzie Obamie z drogi".

A w St. Paul w Minnesocie, gdzie obradowali Republikanie, nie znalazłem nikogo, kto powiedziałby, że "Obama to przyzwoity facet". Tylko albo "wydmuszka", "przemądrzalec", albo od razu "skrajny lewak, który podda Amerykę na wszystkich frontach".

W Denver połowa kobiet miała na sobie koszulki albo chociaż znaczki "Pro-Choice" ("za wyborem" - w sprawie aborcji). W St. Paul co piąty obecny na sali nosił "Pro-life" (za życiem).

U Republikanów było dużo mężczyzn i kobiet w mundurach czy choćby furażerkach wojskowych. Na zjeździe Demokratów dekolty pań mieniły się od pacyf, a niektórzy panowie mieli je wpięte w klapy marynarek.

W Denver nie udało mi się spotkać nikogo, kto przyznałby, że zeszłoroczna ofensywa w Iraku miała sens, bo dzięki niej Amerykanie wreszcie tam wygrywają.

W St. Paul natrafiłem tylko na jedną osobę, która miała jakiekolwiek wątpliwości, czy w sumie wyprawa na Irak Ameryce się opłaciła.

Zjazdy partii w Ameryce to imprezy aktywu. Kilka tysięcy delegatów, kilkanaście - zaproszonych gości: darczyńców, członków lewicowych bądź prawicowych organizacji społecznych, działaczy związków zawodowych (tylko Demokraci) czy grup biznesu (głównie Republikanie).

Ludzie na obu konwencjach funkcjonują w dwóch różnych światach, używają różnych pojęć. Poza obywatelstwem bardzo mało ich łączy.



Bitwa na wizerunki

Ameryka w roku wyborczym dzieli się na dwa wielkie obozy. Nie tak sobie wrogie jak delegaci na obie konwencje, ale jednak wrogie. Sztaby kandydatów na prezydenta podsycają ten podział. Konwencje to ogromna, ciągnąca się cztery dni reklamówka, podczas której partia sprzedaje wyborcom swój przekaz.

Nie liczy się program kandydata. Liczy się zdobycie przewagi w budowie wizerunku. Własnego, ale przede wszystkim wizerunku rywala.

Podczas konwencji Demokratów wygłoszono ponad 40 przemówień. Nazwisko "George Bush" padło w nich 184 razy. Aż 95 razy - połączone z nazwiskiem "John McCain".

Demokraci, na czele z Obamą, przez cały zjazd starali się wbić do głowy wyborców, że McCain to powtórka Busha - jednego z najbardziej niepopularnych prezydentów w historii. 10 tys. ludzi rozdano plakaty "McCain = The Same" ("McCain = to samo"). Tłum krzyczał: "Osiem lat to dość".

Republikanie (sztabowcy McCaina, bo na sali było dużo osób ze znaczkami Busha) mieli na zjeździe zadanie odwrotne - dowieść, że McCain z obecnym prezydentem nie ma nic wspólnego. Ile razy wymieniono więc w ponad 30 przemówieniach słowa "George Bush"? Raz! Nawet McCain wspomniał o prezydencie, nie używając jego nazwiska.

Uderzający w przemówieniach Republikanów był niemal całkowity (prócz mowy samego McCaina) brak kwestii gospodarczych. W roku, gdy Ameryka przeżywa ogromny kryzys kredytów hipotecznych, wielkie banki padają, a rosnące ceny wszystkiego - od benzyny po studia - są głównym tematem rozmów Amerykanów, prawica o tym milczała. Z jednym wyjątkiem - gdy któryś z mówców wspominał o zwiększeniu wydobycia ropy w USA, sala krzyczała ekstatycznie: "Wierć, kochanie, wierć!".

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Brak komentarzy