Polscy politycy i część komentatorów trąbi, że już sam fakt wizyty szefa rosyjskiej dyplomacji w Warszawie trzeba uznać za nasz sukces. Po wojnie w Gruzji, w której Polska wyraźnie stanęła po jednej stronie, Moskwa mogła ukarać Warszawę zerwaniem wszelkich kontaktów, w tym odwołaniem wizyty Siergieja Ławrowa. Być może nawet taka decyzja została wstępnie w Moskwie podjęta, bo w sprawie wizyty dochodziły sprzeczne informacje.
Ostatecznie Rosja nie zdecydowała się na odwołanie przyjazdu ministra, a Polska nie dostarczyła do tego pretekstu. Używaliśmy umiarkowanej retoryki podczas ostatniego szczytu UE w sprawie Gruzji. Nie daliśmy powodów do oskarżeń o rusofobię. Nie robiliśmy wielkiej afery z zatrzymania ekipy TVP w Południowej Osetii. Rozdmuchiwanie tej sprawy w przeddzień przyjazdu rosyjskiego ministra do Warszawy np. poprzez wezwanie rosyjskiego ambasadora do MSZ byłoby dla Rosjan świetnym pretekstem do odwołania wizyty Ławrowa. Rosyjska dyplomacja uwielbia zastawiać takie pułapki. To dobrze, że Polska już w nie nie wpada.
Warszawa i Moskwa zdały sobie sprawę, że nie musimy się kochać, ale nie ma sensu ciągle grać sobie na nerwach, szukać okazji do uszczypliwości i afrontów, czy zrywać kontaktów. Przypisywanie antypolskiej gęby tak samo szkodzi wizerunkowi Rosji w UE, jak liczne oskarżenia o rusofobię wobec Polski.
Wizyta Ławrowa w Warszawie służy więc obu krajom, choćby nawet nie zawarto żadnych konkretnych ustaleń. Wspólnie udowadniamy, że mimo Gruzji, mimo tarczy antyrakietowej, mimo innego stosunku wobec Ukrainy, mimo nierozwiązanych spraw historycznych umiemy ze sobą rozmawiać. Zawsze lepiej robić to w cztery oczy niż przez francuskich, niemieckich, czy włoskich pośredników. W stosunkach polsko-rosyjskich lepszy niż zimna wojna jest lodowaty, ale jednak pokój. Dobrze, że po latach obie strony dochodzą wreszcie do tego samego wniosku.
Źródło: Gazeta Wyborcza