Wczoraj premier Julia Tymoszenko zwołała konferencja prasową i powiedziała, że mogłaby zrezygnować ze startu w wyborach prezydenckich w 2010 r., o ile prezydent
Wiktor Juszczenko zgodzi się reanimować rozwiązaną w zeszły wtorek pomarańczową koalicję parlamentarną.
Złożona z prezydenckiej frakcji Nasza
Ukraina-
Samoobrona Ludowa i Bloku Julii Tymoszenko koalicja rozpadła się, kiedy opuściło ją to pierwsze ugrupowanie. Ukarało w ten sposób partnerów, którzy wspólnie z komunistami i prorosyjską Partią Regionów przegłosowali zmiany do ustaw drastycznie ograniczające uprawnienia głowy państwa.
Był to odwet pani premier za słowa zastępcy szefa kancelarii prezydenta, że przyjęła miliard dolarów od Moskwy na kampanię wyborczą 2010 r. Tymoszenko miała za to obiecać Rosjanom, że po jej zwycięstwie Ukraina zrezygnuje z euroatlantyckich ambicji i będzie prowadzić politykę prorosyjską.
Prezydent Juszczenko zapowiada, że może reanimować pomarańczową koalicję, jeśli Tymoszenko wycofa się z antyprezydenckich poprawek i potępi Moskwę za jej działania w Gruzji. Czyli zepsuje swoje stosunki z Rosją.
Pani premier ogłasza wolę porozumienia i jednocześnie atakuje Juszczenkę, oskarżając go o to, że dąży do wprowadzenia "bezpośrednich rządów prezydenckich". A to - jak powiedziała - oznaczałoby, że prezydent "wszedł na prostą drogą prowadzącą do zdymisjonowania go przez parlament".
Nie jest to czcza pogróżka, ponieważ wśród zmian do ustaw przyjętych przed tygodniem przez Radę Najwyższą są i takie, które znacznie ułatwiają posłom wszczęcie procedury zwalniania prezydenta.
Pani premier oskarżyła też podległe Juszczence służby specjalne, że ją stale i nachalnie śledzą.