Nie zaczęły się jeszcze zdjęcia, a już są zarzuty, że film wypacza prawdę historyczną i szkaluje obrońców Westerplatte. Premier odrzucił prośbę o patronat, a Polski Instytut Sztuki Filmowej zagroził wycofaniem dotacji, jeśli scenarzysta nie przedstawi źródeł, na których oparł najbardziej kontrowersyjne sceny.

Atmosfera jest taka, jakby "Schleswig Holstein" znów ostrzeliwał polską placówkę. Znów okazuje się, że bez emocji i nadymania się nie sposób w Polsce rozmawiać o przeszłości. Naród dyskutuje o filmie, którego nie ma. A PISF zamiast go bronić, podważa kompetencje własnych ekspertów, którzy wysoko ocenili scenariusz. I zachęca scenarzystę do autocenzury, bo bez dotacji państwowej film może nie powstać.

Nie bez winy są producenci filmu, którzy zwrócili się o patronat do premiera. Szukając politycznego protektora, sami sobie podstawili nogę. Czego się spodziewali? Przecież żaden polityk nie ośmieli się firmować kontrowersyjnego dzieła - zwłaszcza w Polsce, gdzie historia jest przedmiotem politycznych waśni.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.