Mija 20. rocznica rozpoczęcia oficjalnych rozmów, które doprowadziły do Okrągłego Stołu. Na czym polegał fenomen tego wydarzenia, które zmieniło ustrój w Polsce i wpłynęło na podobne zmiany w krajach socjalistycznych Europy Wschodniej, a także w jakiejś mierze i w ZSRR?
Ludzie, którzy walczyli z sobą przez wiele lat, których tyle dzieliło, teraz potrafili znaleźć wspólny język i zasiąść do wspólnych obrad. Dzięki nim po raz pierwszy w naszej historii dokonano bezkrwawej zmiany ustroju. Ta sama wąska grupa ludzi w zielonych mundurach, która wprowadziła stan wojenny, a której przewodził gen. armii Wojciech Jaruzelski, doprowadziła do porozumienia i pokojowego przekazania władzy.
W Polsce skończył się socjalizm i nie wybito przy tym ani jednej szyby. Nasz przykład był wzorem do naśladowania i - detonatorem. Nie obalenie muru berlińskiego, nie aksamitna rewolucja w Pradze. My byliśmy pierwsi, co najmniej o ponad rok. Miał rację prof. Mikołaj Kozakiewicz, mówiąc: "Okrągły Stół należy cenić wyżej od Konstytucji 3 Maja. Dał Polsce wolność, a konstytucja nie dała nic i była aktem spóźnionym". A także Jacek Kuroń, który stwierdził: "Polski Okrągły Stół to Pokojowa Nagroda Nobla".
Nie polega na prawdzie insynuowanie, że Okrągły Stół został nam narzucony. Był to polski eksperyment, o czym wielokrotnie mówiłem, m.in. 16 września 1988 r. i 27 stycznia 1989 r. w rozmowach z opozycją i Kościołem.
Przemiany ustrojowe w Polsce w latach 1980-81 i w obozie socjalistycznym były mrzonką niemożliwą do spełnienia. Mogły zakończyć się wojną domową i wejściem wojsk Układu Warszawskiego. Wszystkie powstania narodowe, poza wielkopolskim, Polacy przegrywali, płacąc za nie ogromnie wysoką cenę.
*** Na przełomie lat 40. i 50. byłem oficerem kontrwywiadu Wojska Polskiego, który miał wiele zastrzeżeń i wątpliwości wobec polityki represji w wojsku. Dawałem temu wyraz w rozmowach ze swoimi niektórymi przełożonymi. Polskę Ludową popierałem, akceptowałem jako ustrój społeczno-polityczny, który dał nam wiele dobrych rozwiązań, ale odrzucałem zło w wydaniu władzy. W 1953 r. napisałem raport do ministra obrony narodowej o zwolnienie z kontrwywiadu. Motywowałem to złym stanem zdrowia i chęcią uczenia się. Zostałem wezwany na rozmowę przez szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Dmitrija Wozniesienskiego. Na jego pytanie o faktyczne przyczyny zwolnienia odparłem, że kontrwywiad stosuje niedozwolone areszty i represje. Podałem przykłady: aresztowanie marszałka Polski Michała Roli-Żymierskiego, gen. Józefa Kuropieski (z którym przez rok pracowałem w Londynie), płk Stanisławy Sowińskiej i kilku innych osób. Po burzliwych rozmowach ukarano mnie dyscyplinarnie i usunięto z kontrwywiadu z wnioskiem o zwolnienie z wojska. To i tak było łagodnym rozwiązaniem jak na owe czasy. Dużej życzliwości szefa Departamentu Kadr MON płk. Jerzego Dobrowolskiego i "przechowaniu" mnie przez rok w Departamencie Finansów MON na podrzędnym stanowisku zawdzięczam to, że pozostawiono mnie w wojsku, a po odwołaniu płk. Wozniesienskiego umożliwiono mi
studia w Akademii Sztabu Generalnego WP.
Po przemianach październikowych 1956 r., które aktywnie popierałem, na polecenie nowego kierownictwa partii i wojska ściągnięto mnie do organów kontrwywiadu. Brałem aktywny udział w naprawianiu "błędów i wypaczeń" okresu stalinowskiego. Na kolejnych stanowiskach pracą podwładnych starałem się kierować zgodnie z zasadami prawa.
W 1968 r. spreparowano obszerny paszkwil antysemicki dotyczący całego kierownictwa partii i rządu, a opracowany rzekomo przez oficerów Wojska Polskiego. Władysław Gomułka miał pretensje do nowo mianowanego ministra obrony narodowej gen. Wojciecha Jaruzelskiego, że nie panuje nad sytuacją w resorcie. Wezwał nas Mieczysław Moczar, sekretarz KC nadzorujący wojsko, i nakazał do następnego dnia ustalić, kto był autorem paszkwilu. Pod moim kierownictwem ustalono, że był nim... sekretarz polityczny Moczara.
Gen. Jaruzelski poznał mnie bliżej w grudniu 1970 r., kiedy to byłem pierwszym oficerem Wojska Polskiego, który organizował czynne przeciwstawianie się polityce Gomułki. Ówczesny I sekretarz PZPR postanowił bowiem stłumić protesty na Wybrzeżu przeciw podwyżkom cen przy użyciu broni palnej. Realna była groźba, że wydarzenia rozleją się na cały kraj. Za działania zmierzające do odsunięcia Gomułki i jego ekipy od władzy obaj z Jaruzelskim mogliśmy stracić nie tylko epolety, ale i głowy.
Z Jaruzelskim i ze Stanisławem Kanią prowadziłem wiele rozmów na aktualne tematy polityczne, które pozwoliły im poznać moje poglądy.
*** Mianowanie mnie na ministra spraw wewnętrznych w lipcu 1981 r. i sprawnie przeprowadzony stan wojenny umocniły moją pozycję. Uzyskałem znaczące poparcie w MSW i MON, w partii i stronnictwach sojuszniczych.
W 1981 r. należałem do bardzo wąskiego grona osób we władzach państwowych, które zdawały sobie sprawę, że Polską nie da się rządzić w nieskończoność dotychczasowymi metodami. Socjalizm rozbudził wiele nadziei, zwłaszcza w sferze ekonomicznej, których nie mógł spełnić. Cyklicznie powtarzały się wybuchy niezadowolenia, które wszechwładna partia dławiła przy pomocy MSW i wojska. Pałkami, czołgami i represjami.
Jednakże powstanie "Solidarności" stworzyło nową jakość polityczną w Polsce i całym obozie socjalistycznym. Kraj był targany ogromną liczbą strajków - uzasadnionych i wywoływanych bez powodu. Chaos i anarchia groziły rozpadem państwa i gospodarki. Z kasy państwa szerokim strumieniem wypływał pieniądz bez pokrycia, co sprawiło, że sklepy były puste. "Solidarność" szła za szybko, władza za wolno. Po obu stronach byli ekstremiści przeciwni rzeczowym rozmowom. W ówczesnych realiach międzynarodowych władza nie mogła sobie pozwolić na zbyt duże ustępstwa. Sojusznicy naciskali, grożąc wstrzymaniem dostaw surowców strategicznych. Realna była groźba wojny domowej i obcej interwencji. W tej sprawie historycy w poglądach będą podzieleni. Jestem głęboko przekonany, że takie zagrożenie było realne.
Jestem jedynym człowiekiem w Polsce i na świecie, który w różnym czasie bezpośrednio kierował wszystkimi służbami specjalnymi - wywiadem strategicznym i operacyjnym, kontrwywiadem i żandarmerią wojskową. Przez dziewięć lat byłem szefem MSW. W tym czasie podlegały mi cywilne służby wywiadu i kontrwywiadu, Służba Bezpieczeństwa, Wojska Ochrony Pogranicza z własnym wywiadem, Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe z własnym kontrwywiadem, Biuro Ochrony Rządu oraz ponad sto tysięcy Milicji Obywatelskiej i ZOMO. Sprawowałem też nadzór nad SOK, strażą przemysłową, strażą bankową, leśną itp. Jednocześnie byłem szefem Komitetu Rady Ministrów ds. Przestrzegania Prawa, Porządku Publicznego i Dyscypliny Społecznej z dużymi uprawnieniami. Cieszyłem się dużym zaufaniem premiera i szefa PZPR gen. Jaruzelskiego, wobec którego byłem zawsze szczery i lojalny.
Przede mną nie było żadnych tajemnic. Wiedziałem wszystko, co chciałem wiedzieć, co zawierały archiwa służb specjalnych, cywilnych i wojskowych. Korzystałem z nich w sposób umiarkowany.
Z racji zajmowanych stanowisk miałem bezpośrednie dotarcie do ministrów i szefów służb specjalnych państw socjalistycznych, z którymi łączyły mnie dość dobre stosunki. Rozmawiałem z szefem KGB Jurijem Andropowem i jego zastępcami, późniejszymi szefami KGB: Fiodorczukiem, Czebrikowem, Kriuczkowem. Rozmawiałem z dziesiątkami wysokich oficerów wojskowych wywiadów i kontrwywiadów. Rozmowy te utwierdziły mnie w przekonaniu, że "Solidarność" - otwarcie wroga socjalizmowi - jest nie do zaakceptowania przez ówczesne kierownictwa bratnich partii i że na tym etapie historycznym ten ruch musi być poważnie ograniczony lub zlikwidowany. Szczególnie napastliwe były kierownictwa Rumunii, Bułgarii, NRD.
Żaden z moich rozmówców z ZSRR nie palił się do wejścia do Polski, choć z całą pewnością w aparacie radzieckim byli i tacy. Jednak do lata 1982 r. wzdłuż naszych granic stały rozwinięte kolumny wojsk Układu Warszawskiego w gotowości do wejścia do Polski, rozbudowano też polowe szpitale wojskowe. Niektórzy z moich rozmówców w poufnych rozmowach nie ukrywali, że kierownictwa polityczne przygotowały scenariusz interwencji zbrojnej w Polsce i zrealizują go, gdy realna stanie się groźba "wypadnięcia" naszego kraju z Układu Warszawskiego.
Nie znaliśmy wszystkich szczegółów, ale to, co wiedzieliśmy, budziło przerażenie. Mimo to przez półtora roku graliśmy na zwłokę, nie wiedząc, gdzie jest granica, której nie wolno przekroczyć. Łudziliśmy się nadzieją na rozsądek opozycji i Kościoła. Podejmowaliśmy różne inicjatywy na rzecz porozumienia - wspomnę tylko rozmowę gen. Jaruzelskiego z Lechem Wałęsą i kard. Józefem Glempem z listopada 1981 r. Jednak pod koniec tego roku dla nas i naszych sąsiadów istniała już tylko jedna alternatywa: albo porozumienie z "Solidarnością", albo zaprowadzenie porządku polskimi środkami i siłami.
Po stronie władzy byli ludzie, którzy mieli wątpliwości, czy potrafimy uporać się z "Solidarnością". Ja takich wątpliwości nie miałem, chociaż w pełni zdawałem sobie sprawę, jak trudna i bolesna będzie to decyzja. Dość dobrze znałem wojsko i służby specjalne oraz w miarę dobrze faktyczne nastroje społeczne. Po objęciu stanowiska ministra szybko i dość głęboko wgryzłem się w sytuację w "Solidarności" i w inne środowiska. Mieliśmy dobre dotarcie agenturalne. Wiedziałem, że zdecydowanym ruchem uporamy się bardzo szybko z kierownictwem związku, dłużej jednak potrwa spokojne demontowanie 10-milionowej organizacji. Pomocne były doświadczenia z rozbicia PSL w latach 1945-47.
***
Moim i moich kolegów generałów największym zmartwieniem było przeprowadzenie stanu wojennego bez ofiar. Toczyły się na ten temat dyskusje, w których rozważano różne warianty użycia siły. Ja opowiadałem się za rozpoczęciem działań z piątku na sobotę, by społeczeństwo miało dwa dni na przemyślenie sytuacji. Zrobiliśmy wszystko, by stan wojenny był jak najmniej dokuczliwy. Broni palnej nigdy nie użyto na rozkaz lub za przyzwoleniem przełożonych. Nie ulegliśmy naciskom zagranicznym i krajowej ekstremy.
W najwęższym gronie władzy mieliśmy świadomość, że nie żyjemy na bezludnej wyspie. Wiedziałem, co stało się w NRD w 1953 r., na Węgrzech w 1956 r., w Czechosłowacji w 1968 r., w Afganistanie w 1979 r. Pamiętaliśmy o wykonanych wyrokach śmierci na premierze Imre Nagyu, generale Palu Maleterze i ich kolegach. Pamiętaliśmy o losie Aleksandra Dubczeka i jego ekipy. Ale wiedziałem też, że USA miały Wietnam i Grenadę, Francja Algierię itp. Wiedziałem, jakimi prawami kierują się wielkie mocarstwa.
Miałem także świadomość, że po wprowadzeniu stanu wojennego wszechwładna dotąd partia utraci swe znaczenie na rzecz resortów siłowych. Tak też się stało i wojsko już do koszar nie powróciło, choć stwarzało wrażenie, że nadal kierowniczą rolę pełni PZPR.
Jeszcze przed stanem wojennym nawiązałem kontakty z przedstawicielami opozycji, m.in. z prof. Aleksandrem Gieysztorem, prof. Klemensem Szaniawskim (internowanym bez mojej wiedzy i zgody), red. Stefanem Bratkowskim.
W 1981 r. gen. Jaruzelski informował mnie o swoich rozmowach z kard. Wyszyńskim, kard. Glempem, z wieloma politykami krajowymi i zagranicznymi. Znając jego poglądy, po 13 grudnia samodzielnie podjąłem rozmowy z ludźmi opozycji i Kościoła. 14 lub 15 grudnia osobiście spotkałem się z kard. Franciszkiem Macharskim. Odbyliśmy długą i szczerą rozmowę. W zasadzie zaakceptowałem wszystkie postulaty Kościoła, który uzyskał dostęp do osób aresztowanych i internowanych, by mógł nieść im pomoc. Jednocześnie zadeklarowałem chęć pojednania i porozumienia na linii władza - Kościół i władza - opozycja.
Wkrótce nawiązałem stały kontakt z sekretarzem Episkopatu Polski abp. Bronisławem Dąbrowskim i późniejszym bp. Alojzym Orszulikiem oraz innymi biskupami i księżmi. Kościół z tych rozmów sporządzał szczegółowe notatki, które po latach zostały opublikowane. Nie w całości, ale to, co wydrukowano, w zasadzie obiektywnie ukazuje przebieg tych rozmów (poza paroma błędami). Nawiązałem liczne kontakty z przedstawicielami środowisk twórczych. Wykonałem szereg gestów humanitarnych wobec internowanych i aresztowanych.
Od wielu lat uważałem, że w Polsce trzeba znormalizować scenę polityczną, dopuścić do głosu ludzi myślących inaczej niż władze, sprawy polityczne załatwiać środkami politycznymi, a gospodarcze - środkami ekonomicznymi. Że trzeba unormować stosunki Polska - Watykan i władza - Kościół. Nasze działania były jednak warunkowane czynnikami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Z wewnętrznymi poradziliśmy sobie po stanie wojennym, odsuwając od wszechwładztwa partię i stopniowo odsuwając od władzy ludzi chcących rządzić po staremu.
Jedno było dla mnie bezsporne. By rozpocząć poważny dialog z odpowiedzialnymi przedstawicielami opozycji i Kościoła, należało uwolnić wszystkich więźniów politycznych i zlikwidować raz na zawsze instytucję więźnia politycznego w Polsce. Było to jednak bardzo trudne. Represje były jednym z elementów sprawowania władzy w krajach socjalistycznych. Brałem więc pod uwagę różne warianty rozwiązania tej sprawy - np. czasowe wyjazdy więźniów za granicę czy poręczenia znanych polityków. Wszystkie do dyskusji. Rozmowy trwały przez 1982 r. i następne lata.
Kościół słuchał moich propozycji, ale nie zajmował stanowiska. Rozumiałem, że musi je skonsultować z opozycją i uzyskać zgodę Watykanu. Wreszcie Kościół zareagował i aktywnie włączył się do działań, angażując w nie przedstawicieli opozycji (prof. Stanisława Stommę, prof. Wiesława Chrzanowskiego, mec. Jana Olszewskiego). Tak doszło na wiosnę 1984 r. do spotkania aresztowanych więźniów politycznych z ich doradcami prawnymi i przedstawicielami Kościoła w willi MSW w Chylicach koło Piaseczna. Rozmowy trwały dwa dni, a dotyczyły uwolnienia więźniów politycznych w zamian za obietnicę ich dobrowolnego wyjazdu za granicę na okres trzech lat. Jednakże Adam Michnik odmówił wyjścia z więzienia na rozmowy z komunistami. To usztywniło pozostałych rozmówców. Były dalsze próby rozmów, które też się nie powiodły - nie z winy władz. Miałem z tego tytułu wiele kłopotów.
22 lipca 1986 r. ogłoszono amnestię, która nie objęła części więźniów politycznych (ponad 225 osób). 10 września odbyłem więc rozmowę z gen. Jaruzelskim i zaproponowałem radykalne rozwiązanie sytuacji: minister spraw wewnętrznych wystąpi do prokuratora generalnego z wnioskiem o zwolnienie wszystkich więźniów politycznych bez żadnych warunków czy zobowiązań z ich strony. Jednocześnie 11 września kilka tysięcy oficerów SB w całym kraju przeprowadzi ponad 3 tys. rozmów z potencjalnymi więźniami, działaczami podziemia bez żadnych następstw politycznych i prawnych. Będzie to więc "amnestia" dokonana bezprawnie przez ministra spraw wewnętrznych. Jednocześnie ogłosimy, że nikt w Polsce nie będzie aresztowany za odmienne poglądy lub działalność polityczną. Naruszało to szereg ustaw i Konstytucję PRL.
Słowa dotrzymaliśmy. Od 15 września 1986 r. nie było w Polsce więźniów politycznych. Dla krajów socjalistycznych był to prawdziwy wstrząs. Przypomnę tylko, że Vaclava Havla skazano na kilka lat więzienia w dniu rozpoczęcia w Polsce obrad Okrągłego Stołu. Uwolnienie więźniów politycznych sprawiło, że znacząca grupa funkcjonariuszy SB pozostała "bez pracy", a opozycji groziły tylko sankcje administracyjne, a nie więzienie. Trafnie to działanie MSW ocenił 24.09.1986 r. w gazecie podziemnej "Tygodnik Mazowsze" znany polityk i działacz opozycji Jan Lityński, pisząc: "Wypuszczenie wszystkich więźniów politycznych jest ruchem w pewnym sensie swobodnym, niewymuszonym bezpośrednio przez żadne siły zewnętrzne. Dlaczego więc zdecydowano się na ten krok właśnie teraz? Czym różni się obecny układ polityczny od tego w roku 1984 czy 1985? Co zmieniło się między lipcem a wrześniem 1986 r.? Pytanie tym ciekawsze, że wypuszczenie odbyło się jak gdyby bocznymi drzwiami, a w całej tej sprawie najważniejszą rolę odgrywa policja. Dlaczego nie Sejm czy Jaruzelski? Jeszcze w lipcu władza mówiła wyraźnie: pewnych osób nie można wypuścić (to te wyłączone artykuły w ustawie z 17.07). Rozegrano tu zdumiewający scenariusz, bez precedensu w historii tego systemu. Oto okazało się, że czołową siłą polityczną w kraju jest policja. Przesłuchania w więzieniach i aresztach, rozmowy z gen. Kiszczakiem i jego podwładnymi nie były tym, za co je braliśmy, rutynowymi działaniami policyjnymi, lecz przeciwnie - negocjacjami politycznymi. Oczywiście w komunizmie policja zawsze była ważnym i wpływowym lobby, ale nigdy nie występowała jako siła bardziej wyrazista niż Biuro Polityczne. Nie wiem, co to oznacza, ale być może rola policji okaże się ważniejsza niż wojska po 13 XII...".
***
W 1988 r. opozycja nie była w stanie wymusić na ekipie rządzącej przekazania jej chociażby części władzy. Władze, stosując taktykę "kija i marchewki", uporały się z demonstracjami ulicznymi. Poprawiła się sytuacja gospodarcza. Lepsze było zaopatrzenie.
„Solidarność” miała świadomość, że poparcie dla niej spada, a działalność ulotkowa i wydawnicza, choć dokuczliwa, była w zasadzie tolerowana przez władze. W 1983 r. prezydent USA Ronald Reagan przekazał na moje ręce za pośrednictwem amerykańskiego ambasadora i prof. Adama Schaffa pro memoria. Proponował zakończenie wojny „amerykańsko-jaruzelskiej”, powrót do pełnej normalizacji stosunków politycznych i gospodarczych, przywrócenie Polsce klauzuli najwyższego uprzywilejowania itp. Praktycznie za darmo. Byłby to duży cios dla opozycji. Propozycja ta została przez Polskę odrzucona. Zdaniem kierownictwa nie dojrzały ku temu warunki.
Zmienić sytuację mogły tylko wielkie strajki i zamieszki uliczne. Jednak "Solidarności" z trudem udało się w 1988 r. zorganizować strajki w Hucie Lenina, w Stoczni Lenina, w Stalowej Woli i kilku kopalniach. Nowością było to, że w protestach tych nie brały udziału całe załogi zakładów, a reszta kraju odmówiła im poparcia. Wałęsa wspomina, że miał wówczas ogromne trudności ze znalezieniem kilku działaczy do asysty przy składaniu wieńców pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Jeszcze w styczniu 1989 r. Wałęsa na spotkaniu z młodzieżą w Gdyni mówił, że jeśli w 2000 r. będziemy mieli 10 proc. władzy, to będzie dużo. Jarosław Kaczyński w wywiadzie do książki "Lewy czerwcowy" stwierdził wręcz, że nie było klimatu do strajku 1988 r. i że jest wysoce prawdopodobne, że strajk w zajezdni MPK w Bydgoszczy został sprowokowany i że władze... pozostawiają zaś Stocznię Gdańską z garstką strajkujących, którą wynieść mogło już nawet nie ZOMO, tylko aktyw partyjny, gdyby tylko wpadł tam z jakimiś drzewcami od szturmówek...".
Podobnie oceniał sytuację Ryszard Bugaj w 10. rocznicę obrad Okrągłego Stołu: „W 1988 r. byliśmy bardzo słabi, liczba ludzi skupionych w »Solidarności « była niewielka. »Solidarność « była czymś na kształt dowództwa bez wojska, ludzie byli zmęczeni, mieli poczucie pełnego impasu. Kiedy szedłem na obrady Okrągłego Stołu, byłem przekonany, że to nie będzie koniec, że to nie będzie ta cezura, która przyniesie wielki wyłom”.
Władze mogły liczyć na poparcie części społeczeństwa, a ponadto wspierały ją: dwuipółmilionowa PZPR i stronnictwa sojusznicze, 500-tysięczne Wojsko Polskie, ponad 100 tys. uzbrojonych milicjantów i ok. 40 tys. wojsk MSW, silnie rozbudowane wojskowe i cywilne służby specjalne. Poparcie służb mundurowych dla władzy nie budziło żadnych wątpliwości. Mając takie wsparcie, można było w Polsce sprawować władzę jeszcze przez długi czas.
Wąska grupa wojskowych reformatorów uważała jednak, że spokój w Polsce jest tymczasowy, że wybuchnie kolejny kryzys i pociągnie za sobą liczne ofiary. Uważaliśmy, że do kryzysu doprowadzą przyczyny ekonomiczne. W sferze gospodarki socjalizm okazał się niereformowalny, pomimo licznych prób w tym zakresie podjętych także w Polsce po 1981 r. Nigdzie na świecie gospodarka socjalistyczna nie nadążała za gospodarką wolnorynkową. A społeczeństwo oczekiwało pełnych sklepów. Obserwowaliśmy zjawisko odchodzenia partii od walki politycznej o utrzymanie władzy. A rządzić przy pomocy dotychczasowych metod chciała nadal. Miała wsparcie zagraniczne. To było groźne.
Potrzebne były głębokie zmiany systemowe. Doraźne klajstrowanie pozwalało tylko na złapanie chwilowego oddechu. Nikt z nas, wojskowych reformatorów, nie sądził jednak, że uda się pozyskać poparcie opozycji bez wciągnięcia jej do współrządzenia krajem. Nie ma bowiem współodpowiedzialności bez współrządzenia.
Różnorodne moje działania spowodowały, że funkcjonariusze MSW w 1988 r. byli już mentalnie przygotowani do rozmów z opozycją. Wspierali moje działania na rzecz porozumienia i pojednania.
Takie były przyczyny podjęcia rozmów z opozycją, które w 1989 r. doprowadziły do obrad Okrągłego Stołu. Nikt i nic nie zmuszało nas do tych rozmów. Michaiłowi Gorbaczowowi jesteśmy wdzięczni nie za to, co dla Polski zrobił, ale za to, czego w latach 1988-89 nie zrobił. A mógł zrobić bardzo wiele. Tylko 2-3 ludzi w Polsce wiedziało, że pozycja Gorbaczowa w ZSRR jest bardzo słaba. W 1991 r. kierownictwo KGB wzięło udział w spisku przeciwko niemu. Przypomnieć należy, że Gorbaczow przejął władzę w 1985 r. i przez dłuższy czas był to klasyczny przywódca partyjny. Dotąd kierował mało ważnymi odcinkami. Jeszcze w 1990 r. przekonywał Rakowskiego do idei socjalizmu i do jej trwałości.
***
12 maja 1988 r., po strajku w Nowej Hucie i protestach młodzieży, pojechałem do Krakowa, gdzie odbyłem pożyteczną rozmowę z kard. Macharskim. Spotkałem się także z rektorami Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczo-Hutniczej i Akademii Sztuk Pięknych oraz z przedstawicielami kierownictwa i załogi Huty Lenina. Rozmawiałem z kierownictwem KW PZPR i z władzami miasta. Rozmowy były szczere, a ich konkluzją był wniosek, że idea porozumienia przynosi dobre owoce.
Kilka dni później podobną wizytę złożyłem metropolicie gdańskiemu abp. Tadeuszowi Gocłowskiemu i miejscowym władzom partyjnym i administracyjnym. Przeprowadziłem także rozmowy z rektorami Uniwersytetu Gdańskiego i Politechniki Gdańskiej. Udałem się także do Stoczni Lenina. Odbyłem rozmowę z kierownictwem i robotnikami, w tym także z działaczami "Solidarności". Moje rozmowy zostały pozytywnie odnotowane przez działaczy opozycji - Jana Lityńskiego i Stefana Bratkowskiego.
Z poparciem gen. Jaruzelskiego i za zgodą Biura Politycznego KC PZPR 26 sierpnia 1988 r. wystąpiłem w telewizji. Zaproponowałem opozycji rozmowy na wszystkie tematy polityczne bez żadnych ograniczeń w formie Okrągłego Stołu. Wcześniejsze niejawne rozmowy spowodowały, że Wałęsa wyraził pisemną zgodę na rozmowę ze mną. Mieliśmy się spotkać 31 sierpnia. Wybrałam ten dzień, by symbolicznie dać do zrozumienia, że jest to swoista kontynuacja rozmów z 1980 r.
30 sierpnia Tadeusz Mazowiecki, doradca Wałęsy, oznajmił dziennikarzom: „Jutro przewodniczący »Solidarności « spotka się w Warszawie z gen. Kiszczakiem oraz przedstawicielami Kościoła. Jest to pierwsze spotkanie pomiędzy Wałęsą a członkiem rządu od czasu wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Jest to wydarzenie historyczne. Mam nadzieję, że rozmowy przyniosą porozumienie i rozpoczną dialog oraz dyskusję nad zagadnieniami pluralizmu i relegalizacji »Solidarności «”. Michnik zaś komentował: „Wyniki jutrzejszego spotkania okażą się bardzo ważne dla losów kraju i świata”.
Z Wałęsą mieliśmy się spotkać w willi MSW przy ul. Zawrat w cztery oczy. W ostatniej chwili Wałęsa dołączył do towarzystwa bp. Jerzego Dąbrowskiego, a ja dla równowagi - Stanisława Cioska. W trakcie spotkania wyłożyłem w prosty sposób ideę porozumienia i pojednania. Pomysł rozmów przy Okrągłym Stole został dobrze przyjęty przez Wałęsę i bp. Dąbrowskiego. Powstał tylko problem, który powracał też podczas następnych spotkań przy redakcji komunikatu z rozmów. Wałęsa domagał się, by w komunikacie znalazła się zapowiedź relegalizacji "Solidarności". Cierpliwie tłumaczyłem, dlaczego na razie nie możemy złożyć takiej deklaracji. Zawsze udawało mi się przekonać moich partnerów.
Zaskoczenie było ogromne. Moje spotkanie z Wałęsą źle przyjęła partia, część pracowników MSW i wojska, a także wielomilionowe OPZZ. Poważnie zaniepokojone były też kraje socjalistyczne. Prowadziłem dziesiątki rozmów z ich przedstawicielami. Uspokajałem, tłumaczyłem, wyjaśniałem. Dla przykładu, gdy w listopadzie 1988 r. leciałem do Iraku, miałem międzylądowanie w Burgas. Na lotnisku czekała na mnie delegacja od Todora Żiwkowa, która chciała uzyskać szczegółowe informacje o rozmowach z opozycją w Polsce.
***
Dlaczego gen. Jaruzelski wyznaczył właśnie mnie do prowadzenia rozmów z opozycją? Sądzę, że zadecydowała znajomość mojego życiorysu, mojego uporu i charakteru, nasze liczne rozmowy, w czasie których jasno wyrażałem swój pogląd na sposób sprawowania władzy. Opowiadałem się za unormowaniem polskiej sceny politycznej, za porozumieniem i pojednaniem. Znał moje liczne rozmowy z przedstawicielami Kościoła i opozycji. Znał moje podejście do ludzi chcących rządzić po staremu. Ponadto byłem człowiekiem, który dość dobrze znał opozycję. Kościół i opozycja nie ukrywali, że widzą we mnie kandydata do rozmów. Byłem członkiem najwyższych władz PZPR. Ówczesny premier Mieczysław Rakowski tak o tym pisze: "Jaruzelski, wskazując na Czesława Kiszczaka jako tego, który ma odegrać pierwszoplanową rolę, rozumował następująco: dokonujemy zwrotu w naszej polityce, co dla wielu członków partii może być szokujące. Jeżeli powierzymy to zadanie komuś, do którego różne siły w partii i w państwie odnoszą się nieufnie, podejrzewają o kapitulanctwo wobec opozycji, to możemy wszystko popsuć. A zatem głównym negocjatorem powinien zostać ktoś, kto choćby tylko mocą swego urzędu pozostaje poza podejrzeniami, że ma miękkie serce dla opozycji. Najlepszy do tej roli wydawał się szef MSW, czyli ten, który z urzędu od kilku lat tropił opozycję i zwalczał ją wszak nie słowem. Gen. Kiszczak, człowiek oddany Jaruzelskiemu, ściśle wykonujący jego polecenia i decyzje, gwarantował także, że służby specjalne nie zmajstrują czegoś (...) ten długoletni oficer wywiadu wojskowego, postawiony przez Jaruzelskiego na czele MSW w połowie 1981 r. w toku przygotowań do Okrągłego Stołu i w czasie jego obrad demonstrował wysokie umiejętności i negocjacyjną zręczność; zdobył zaufanie ludzi, którym przecież przez kilka lat dobrze dawał się we znaki".
Kolejne spotkanie zaplanowaliśmy na 15 września, również przy ul. Zawrat. Tym razem Wałęsie towarzyszyli prof. Andrzej Stelmachowski i ks. Alojzy Orszulik. Ja witałem gości razem z Cioskiem. Rozmowy odbyły się w dobrej atmosferze, chociaż tematyka była trudna. Uzgodniliśmy, że trzeba poszerzyć skład rozmówców i z uwagi na szczupłość pomieszczeń przy ul. Zawrat przenieść rozmowy do willi wywiadu w Magdalence.
Następnego dnia Wałęsie towarzyszyli: Stelmachowski, Mazowiecki, Władysław Frasyniuk, Lech Kaczyński, Władysław Liwak, Jacek Merkel, Alojzy Pietrzyk, Edward Rodziewicz, Henryk Sienkiewicz. Stronę rządową oprócz mnie reprezentowali: Ciosek, prof. Artur Bodnar, prof. Jan Janowski, Jan Jarliński, Mieczysław Krajewski, Harold Matuszewski, prof. Jerzy Ozdowski, Romuald Sosnowski, prof. Bolesław Strużek, prof. Jan Szczepański, Tadeusz Szymanek i Stanisław Wiśniewski. Kościół był reprezentowany przez dwóch późniejszych biskupów: Alojzego Orszulika i Bronisława Dembowskiego.
Na kolejnych spotkaniach skład rozmówców zmieniał się. Do Wałęsy dołączyli: prof. Bronisław Geremek, Zbigniew Bujak, Mieczysław Gil, prof. Witold Trzeciakowski. Do rozmów włączono Michnika i Kuronia, którzy odegrali bardzo aktywną rolę. Ich nazwiska były znane w kraju i za granicą z bezkompromisowej walki z komunizmem. W czasie jednego ze spotkań w Magdalence w obecności Wałęsy, Mazowieckiego, Geremka i działaczy strony rządowej ku zaskoczeniu wszystkich oświadczyłem, iż krążą pogłoski, że Kiszczak z Michnikiem do rozmów nie przystąpi z powodu jego osławionego i obraźliwego listu z więzienia. Miał to powiedzieć członek Biura Politycznego Józef Czyrek do prof. Stelmachowskiego. Oświadczyłem, że nigdy o ten list nie miałem pretensji do Michnika, że ja na jego miejscu napisałbym do ministra spraw wewnętrznych jeszcze ostrzejszy list. Sprawa stała się głośna, ale to otwarło dla Michnika i Kuronia drogę do Okrągłego Stołu. Po stronie rządowej do rozmów dołączono Aleksandra Kwaśniewskiego, Ireneusza Sekułę, prof. Władysława Bakę, Andrzeja Gdulę i innych.
Kryzys w rozmowach, który omal nie doprowadził do ich zerwania, nastąpił 30 października 1988 r. po decyzji premiera Rakowskiego zapowiadającej likwidację Stoczni Lenina. Decyzja ta miała pełne uzasadnienie ekonomiczne, ale termin i kolejność zakładów zostały źle wybrane. Jako członek rządu znalazłem się w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji. Wałęsa przerwał rozmowy. Wymiana listów z Wałęsą nie zmieniła sytuacji. Zwracam się więc do abp. Dąbrowskiego z prośbą o interwencję. Wałęsa wyraża zgodę i w połowie listopada spotykamy się na plebanii w Wilanowie. Gospodarzami są abp Dąbrowski, abp Gocłowski i ks. Orszulik. Rozmowy trwają dwa dni. Są trudne. Znowu impas. Grozi zerwanie rozmów. Dopiero ostra reakcja przedstawicieli Kościoła sprawiła, że Wałęsa i Mazowiecki godzą się na wspólny komunikat.
***
Do czasu rozpoczęcia rozmów przy Okrągłym Stole dyskusje dotyczyły uszczegółowienia mojej propozycji z 31 sierpnia - wyborów do parlamentu, utworzenia instytucji prezydenta, zmian w gospodarce, w prawie itp. Wszystkie decyzje i uzgodnienia odbywały się za moją i Wałęsy zgodą. Przystępując do rozmów z Wałęsą i jego politycznymi kolegami, doskonale zdawałem sobie sprawę, o co toczy się gra. Wiedziałem, że wypuszczamy dżina z butelki, do której nikt go już więcej nie wsadzi. Nie mieliśmy jednak zamiaru przekazywać opozycji całej władzy. Chcieliśmy jej dać 161 posłów, dowolną ilość senatorów, gospodarkę rynkową, wolność słowa i zgromadzeń oraz znaczący udział w rządzie. Chcieliśmy przywrócić milionom Polaków miejsce na scenie politycznej. Następne wybory, w 1993 r., miały być już całkowicie wolne. Rządzić miał ten, kto je wygra.
W czasie rozmów nie mogłem mówić zupełnie otwartym tekstem. Bałem się przecieków, z którymi zetknąłem się przy opracowywaniu koncepcji uwolnienia wszystkich więźniów politycznych. W Polsce i poza jej granicami nie brakowało chętnych do storpedowania rozmów z "Solidarnością". Wystarczył byle pretekst, by porozumienie oddaliło się na wiele lat.
Zdawałem więc sobie sprawę, że jeśli te rozmowy mają zakończyć się sukcesem, to muszą być spełnione trzy warunki. Po pierwsze, rozmowy muszą być tajne - nie mogą być nagrywane ani stenografowane, by żadna ze stron nie kierowała swych wystąpień do "wyborców". Po drugie, konieczne jest, by obie strony miały do siebie zaufanie. Po trzecie, musimy przekonać naszych partnerów, że stawką są głębokie zmiany polityczne i gospodarcze.
O przebiegu rozmów po stronie rządowej informowany był szczegółowo tylko gen. Jaruzelski. Inni - w tym Biuro Polityczne, Sekretariat KC, pierwsi sekretarze Komitetów Wojewódzkich, członkowie KC i inni - otrzymywali informacje wybiórcze. Rozmów nie nagrywano ani nie filmowano. Prasa nie relacjonowała przemówień. Uczestników filmowano i fotografowano oficjalnie w czasie powitań i pożegnań, spacerów, posiłków i w czasie przerw. Opublikowano część z nich po kilku latach. Filmy i zdjęcia udostępniłem, a następnie przekazałem TVP, TVN oraz wielu działaczom opozycji - uczestnikom obrad. Udostępniłem je wielu publicystom i muzeum.
Z zaufaniem do mnie nie było najgorzej. Znano moją niekwestionowaną pozycję w strukturach władzy, wiedziano, że dotrzymuję słowa, działacze opozycji mieli prawo zakładać, że szczerze dążę do porozumienia. Miałem świadomość, że jestem jednym z niewielu polityków, z którym chce rozmawiać opozycja i Kościół.
Z uzmysłowieniem sobie, o co toczy się gra, było gorzej. Odnoszę wrażenie, że solidarnościowi partnerzy i Zachód nie mieli pełnej wizji następstw Okrągłego Stołu. Przywódcy "Solidarności" bardzo długo traktowali moje propozycje jako kolejny wybieg władzy, która chce wciągnąć ich do rozmów i tym samym skompromitować. W rozmowach ze mną ledwie to ukrywali.
Podobnie było po stronie rządowej. Wkraczaliśmy w sferę nieznaną. Miałem sygnały, że chce ze mną rozmawiać Zbigniew Brzeziński. Jednak takie spotkanie na tym etapie pogrzebałoby rozmowy.
Niedoinformowana, zachowawcza część członków KC PZPR dopiero na przełomie lat 1988-89 uzmysłowiła sobie, jakie zagrożenie stanowi dla nich perspektywa Okrągłego Stołu. Po pierwszej części X Plenum KC w grudniu 1988 r. uzyskałem z tych kręgów informację, że na drugiej części plenum, w styczniu 1989 r., ma zostać podjęta uchwała paraliżująca przygotowania do Okrągłego Stołu i dalsze rozmowy z opozycją solidarnościową. Poinformowałem o tym gen. Jaruzelskiego. Wspólnie z ministrem obrony narodowej gen. Florianem Siwickim w gabinecie szefa partii ustaliliśmy, że trzeba na członkach KC wymusić porozumienie pod groźbą naszej dymisji. Jaruzelski zaproponował dołączenie do tej akcji premiera Rakowskiego. Groźba poskutkowała. Dołączyło do nas kilku członków Biura Politycznego - m.in. Kazimierz Barcikowski i Stanisław Ciosek. Opuściliśmy salę obrad, a przewodnictwo objął sędziwy prof. Henryk Jabłoński. Po burzliwej dyskusji zaakceptowano rozmowy z "Solidarnością". "Za" głosowało 143 członków KC, przeciw - 34, a 14 osób wstrzymało się od głosu.
Ostatnia przeszkoda została pokonana, "Solidarność" otrzymała wiarygodną informację, że zostanie ponownie zalegalizowana. 27 stycznia 1989 r. na posiedzeniu w Magdalence ustalono, ile miejsc przy Okrągłym Stole otrzymają przedstawiciele "Solidarności", OPZZ, strony rządowej i stronnictw politycznych, reprezentanci świata nauki i kultury oraz przedstawiciele Kościołów. Dopracowano szczegóły. Abp Gocłowski wygłosił krótkie, optymistyczne przemówienie. Mocno wtedy zaakcentowałem, że Okrągły Stół jest polskim eksperymentem i ma ogromne znaczenie dla naszego kraju i dla zagranicy.
Udało mi się przeforsować do rozmów przy Okrągłym Stole walczącego z bronią w ręku z władzą ludową mecenasa Władysława Siła-Nowickiego skazanego na karę śmierci. Wobec akowców popełniono w przeszłości, w latach stalinowskich, wiele zbrodni i niegodziwości. Był to z mojej strony skromny, symboliczny gest dla tego środowiska.
***
Otwarcie Okrągłego Stołu miało miejsce 6 lutego 1989 r. w Pałacu Urzędu Rady Ministrów, obecnej siedzibie prezydenta RP. Otwarcia dokonałem ja, jako drugi wystąpił Lech Wałęsa, jako trzeci przewodniczący OPZZ Alfred Miodowicz, a następnie Jerzy Turowicz, Mikołaj Kozakiewicz, Józef Ślisz, Jan Janowski, Alojzy Pietrzyk, Jerzy Ozdowski oraz Władysław Siła-Nowicki i Anna Przecławska. Przewodnictwo obrad przekazałem prof. Władysławowi Fineisenowi i prof. Aleksandrowi Gieysztorowi.
Przebieg całości narad transmitowały polskie
radio i telewizja. Obecni też byli liczni przedstawiciele prasy krajowej i zagranicznej. Wystąpienia były szczere, ostre, krytyczne. Wszystko toczyło się jawnie.
Plenarne posiedzenie powołało trzy zespoły: do spraw reform politycznych, do spraw pluralizmu związkowego, do spraw gospodarki i polityki społecznej, oraz dziesięć podzespołów.
Gdy w trakcie obrad poszczególne stoły czy podstoliki ulegały "zablokowaniu", sprawy sporne przenoszono do Magdalenki. Tam, pod moim i Lecha Wałęsy kierownictwem, usuwano wszystkie przeszkody. Jednak ani w Magdalence, ani przy Okrągłym Stole nie zawarto żadnego porozumienia, które nie zostałoby opublikowane. W ciągu minionych 20 lat pojawiło się na ten temat wiele plotek. Przypomnę więc, że w rozmowach brało udział kilkuset polityków i niczego nie dało się ukryć.
Efektem obrad Okrągłego Stołu była relegalizacja "Solidarności", utworzenie urzędu prezydenta, powołanie Senatu wybieranego w całkowicie wolnych wyborach, ustalenie zasad fundamentalnych reform ustrojowych, politycznych i gospodarczych.
Opozycja w wyniku rozmów w Magdalence i przy Okrągłym Stole otrzymała dużo więcej, niż chciała i niż się spodziewała.
5 kwietnia odbyło się końcowe posiedzenie plenarne. Wtedy też miał miejsce najbardziej dramatyczny epizod, który omal nie przekreślił wszystkich ustaleń Okrągłego Stołu. Dzień wcześniej ustalono, że wystąpimy w tej samej kolejności co przy otwarciu obrad - najpierw ja, potem Wałęsa i jako trzeci Miodowicz. Niespodziewanie Wałęsa oświadcza, że jeżeli Miodowicz wystąpi jako trzeci, to cała "Solidarność" opuści salę obrad. Miodowicz zaś oświadcza, że jeżeli on nie wystąpi po Wałęsie, to OPZZ opuści salę. Wiedziałem, że razem z Miodowiczem salę opuści część delegacji rządowej.
Jaruzelski mówi mi telefonicznie: Biuro Polityczne opowiada się za Miodowiczem. Przerwa w obradach przy włączonej telewizji i
radiu trwała blisko 3 godziny. Mogłem zrozumieć Miodowicza, którego akcje gwałtownie spadały, ale nijak nie można było zrozumieć uporu strony solidarnościowej. Jeszcze raz musiałem zrobić wszystko, by uratować porozumienie.
Przewodniczący Rady Państwa i szef partii Jaruzelski, prezes Rady Ministrów Rakowski i marszałek Sejmu Roman Malinowski spotkali się w Sejmie z przedstawicielami rozmów magdalenkowych 18.04.1989 r. Grupa ta przekształciła się w Komisję Porozumiewawczą, która miała nadzorować realizację porozumień. Kierowałem nią wspólnie z Wałęsą.
*** W odróżnieniu od wielu moich kolegów miałem dość dobre rozeznanie w układzie sił, w nastrojach i oczekiwaniach społecznych. Wiedziałem, że jeśli wszystko puścimy na żywioł, to przegramy wybory i do Senatu, i do Sejmu. Dlatego obstawałem przy wyborach częściowo wolnych: 65-35 proc. - co i tak po 45 latach niepodzielnych rządów kompromitowało nasz obóz. Jednak 65 proc. posłów na Sejm dawało nam gwarancję wyboru prezydenta i premiera, powołania rządu i posiadania w Sejmie większości koniecznej dla przegłosowania projektów ustaw.
Mimo to byłem zaskoczony wynikiem wyborów. Liczyłem na kilku senatorów i na to, że uszczkniemy kilku posłów z opozycyjnych 35 proc. Przepadła też lista krajowa, co ogromnie skomplikowało sytuację. Lista przepadła we wszystkich ambasadach z wyjątkiem Albanii. A przecież pracowali w nich zasłużeni działacze dyplomatyczni, aktyw PZPR i stronnictw sojuszniczych. Za zgodą wszystkich uczestników rozmów opracowano nową listę krajową. Przykre formalności w Radzie Państwa spadły na mnie. Rakowski i ja oraz większość kandydatów ze starej listy zrezygnowała z kandydowania do Sejmu, pomimo że z Rakowskim otrzymaliśmy w pierwszej turze ponad 7 mln głosów.
Zasługą reformatorów strony rządowej było to, że po raz pierwszy od 1944 r. nie stosowano "cudów nad urną", szanując wolę wyborców. Owszem, po wyborach pojawiły się głosy, by je unieważnić. Zwrócono się z tym do mnie. Stanowczo odmówiłem udziału w tych awanturniczych pomysłach. O wszystkim poinformowałem gen. Jaruzelskiego. Podzielał moją opinię. Umożliwiliśmy powstanie rządu solidarnościowego z Mazowieckim na czele. Przez rok ochranialiśmy ten rząd.
Mieliśmy większość w parlamencie i mogliśmy rządzić. Gen. Jaruzelski uznał jednak, że nie ma szans na wybór na prezydenta i zaproponował mnie to stanowisko. Oponowałem, tłumacząc, że to on jest lepszym kandydatem. Sprawę nagłośniono. Na polecenie gen. Jaruzelskiego i mając jego zgodę na piśmie, z pomocą Episkopatu dwukrotnie w tajemnicy rozmawiałem z Wałęsą. Rozmowy toczyły się w siedzibie abp. Gocłowskiego i w jego obecności. Wałęsa obiecał mi wsparcie 85 proc. głosów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Prof. Geremek sprowadził to później do fizycznych 85 głosów.
4 lipca ściągam specjalnym samolotem Wałęsę do Warszawy. Rozmawiamy przy ul. Zawrat. Przy rozmowie obecny jest ks. Orszulik, pod koniec dołącza Ciosek. Oświadczam, że choć wybory prezydenckie mają się odbyć za trzy dni, wciąż nie ma decyzji, kto ma zostać wybrany na tę funkcję. Proszę Wałęsę o poparcie dla gen. Jaruzelskiego. Skutecznie namawiam gen. Jaruzelskiego do przełożenia wyborów.
Wchodzę w skład reprezentacji Polski na posiedzenie Szefów Państw Układu Warszawskiego w Bukareszcie w roli kandydata na prezydenta.
Tymczasem Gorbaczow udziela poparcia Jaruzelskiemu. To samo czyni kilka dni później prezydent USA George Bush, do którego i ja zwróciłem się z prośbą o przekonanie Jaruzelskiego do kandydowania. Trwają rozmowy z opozycją. W końcu gen. Jaruzelski zgadza się kandydować. 19 lipca wygrywa głosowanie.
W czasie oficjalnego przyjęcia na cześć prezydenta USA siedzę obok doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Brenta Scowcrowta. W pewnym momencie Scowcrowt zaskakuje mnie pytaniem, czy przyjmę tekę premiera, jeśli zaoferuje mi ją gen. Jaruzelski. Wywiązuje się dłuższa dyskusja. Scowcrowt przywołuje na pomoc sekretarza skarbu i obaj gorąco przekonują mnie, że nie trzeba być ekonomistą, by zostać szefem rządu - wystarczy być dobrym organizatorem. Każdy wie, co oznaczało wówczas poparcie rządu USA.
Istotnie, gen. Jaruzelski proponuje mi stanowisko premiera. Odmawiam z uzasadnieniem: nie jestem ekonomistą. Ten argument nie przekonuje jednak Jaruzelskiego. 2 sierpnia Sejm powołuje mnie na stanowisko prezesa Rady Ministrów i powierza mi misje utworzenia rządu. Mogłem utworzyć rząd w oparciu o dotychczasową koalicję z ZSL, SD, PAX i ChSS, ale to niczego w Polsce by nie zmieniło. Chcę utworzyć rząd wielkiej koalicji z udziałem "Solidarności". Oferuję jej tekę pierwszego wicepremiera i resorty gospodarcze. Prowadzę dziesiątki rozmów z opozycją. Wszyscy niby się zgadzają, ale nie mogą poprzeć tej propozycji, bo w "Solidarności" obowiązuje dyscyplina. Kropkę nad "i" stawia Geremek, który oświadcza, że "Solidarność" nie poprze mojej kandydatury na premiera. Tłumaczy: nic się nie zmieni, jeśli pierwszym sekretarzem KC PZPR będzie Rakowski, prezydentem - gen. Jaruzelski, a premierem - gen. Kiszczak.
Ustępuję. Kopię pisma do marszałka Sejmu przekazuję Adamowi Michnikowi. Pamiętałem o jego artykule w "Gazecie Wyborczej" "Wasz Prezydent, nasz premier".
ZSL i SD przechodzą na stronę "Solidarności", do czego i mnie namawiają. Odmawiam. Kandydatami na fotel premiera są Geremek i Mazowiecki. Z Jaruzelskim opowiadamy się za Mazowieckim, bo ma większe doświadczenie w kierowaniu państwem.
***
Jeszcze jako kandydat na premiera Mazowiecki prosi mnie o rozmowę. Spotykamy się w hotelu rządowym przy ul. Parkowej. Szczerze go informuję o kulisach władzy i odpowiadam na jego liczne pytania. Mazowiecki proponuje mi stanowisko wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych w jego gabinecie. Odmawiam, tłumacząc, że mam dość polityki. Co miałem zrobić dla Polski, już zrobiłem. Do rozmowy dołącza przyszły szef Urzędu Rady Ministrów Jacek Ambroziak.
W przeddzień powołania Mazowieckiego na premiera gen. Jaruzelski wzywa mnie na rozmowę. Żołnierskim językiem oznajmia mi, że mam obowiązek przyjąć proponowane stanowisko. Mam obowiązek bronić funkcjonariuszy MSW. Mówi o dezercji.
Po wyborze Mazowieckiego na premiera otrzymałem wiadomość, że w Polsce chce złożyć zaległą rewizytę przewodniczący KGB gen. armii Władimir Kriuczkow. Tradycyjnie chciałby być przyjęty przez prezydenta i szefa rządu. Rekomenduję premierowi to spotkanie. Kriuczkow był w tym czasie bliskim i zaufanym człowiekiem Gorbaczowa (w 1991 r. wziął jednak udział w puczu Janajewa). Towarzyszyłem mu w trakcie wizyty u Mazowieckiego. Obaj panowie poinformowali się o sytuacji w ZSRR i w Polsce. Premier przedstawił skład rządu, jego cele i zadania. Kriuczkow był zadowolony z rozmowy. Podobną rozmowę szef KGB odbył z prezydentem Jaruzelskim. Wszyscy zgodnie naświetlaliśmy mu sytuację w Polsce.
Kilka tygodni później poprosił o rewizytę w Polsce szef wywiadu KGB gen. Leonid Szebarszyn. Poza rozmowami z premierem i prezydentem prosił też o możliwość zwiedzenia Polski. Jego pytania o sytuację w naszym kraju były już bardziej dociekliwe.
Wkrótce pozycja Mazowieckiego osłabła, choć pakietowi reform Leszka Balcerowicza udzieliło poparcia 65 proc. posłów "rządowych". Rząd jednak złożył społeczeństwu obietnice, których nie był w stanie zrealizować. Za kilka miesięcy Mazowiecki przegra wybory prezydenckie ze Stanem Tymińskim - człowiekiem znikąd.
W gabinecie Mazowieckiego uczciwie realizuję wszystkie polecenia szefa rządu. Dokonuje potężnej reorganizacji resortu. Likwiduję Służbę Bezpieczeństwa. Rozwiązuję służbę polityczno-wychowawczą. Odpartyjniam i odpolityczniam MSW. W WOP rozformowałem cztery brygady, dziesięć batalionów granicznych, trzy bataliony portowe i 18 strażnic. W Nadwiślańskich Jednostkach Wojskowych rozwiązuję jedną brygadę, jeden pułk, jeden samodzielny batalion i eskadrę śmigłowców. Etaty przekazuję milicji. Dokonuję zmian na stanowiskach wiceministrów, dyrektorów biur i departamentów, szefów wojewódzkich urzędów spraw wewnętrznych. Dokonuję weryfikacji kadry MSW. Staram się to czynić w sposób godny i kulturalny. O wszystkim melduję Mazowieckiemu. Powołuję Urząd Ochrony Państwa, na czele którego staje wiceminister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski; jego zastępcą jest Andrzej Milczanowski.
Przypadkowo dowiaduję się, że poza moimi plecami rozpracowywany jest przez bezpośrednio podległego mi oficera pierwszy zastępca szefa resortu gen. dyw. Henryk Dankowski. Zwołuję naradę z udziałem winowajcy. Jako pierwszy głos zabiera Milczanowski. Oświadcza, że działo się to za jego wiedzą i zgodą, co więcej - na jego polecenie. Przerywam odprawę i informuję o wszystkim Mazowieckiego. Równocześnie składam prośbę o zwolnienie mnie ze wszystkich stanowisk. Premier usiłuje przekonać mnie do zmiany decyzji. Następnego dnia, 21 czerwca 1990 r., składam raport o zwolnienie mnie ze wszystkich stanowisk. Nie przyjmuję dobrze płatnej synekury.
***
W latach 1989 i 1990 grupa reformatorów mogła być zmieciona, a "Solidarność" zlikwidowana. Były w Polsce i za granicą takie siły, które chciały to zrealizować. Skrajni przedstawiciele lewicy i prawicy proponowali mi unieważnienie wyborów z czerwca 1989 r. i przejęcie całej władzy w Polsce. Z kolei wiosną 1990 r. grupa znanych, aktualnych polityków lewicy prowadziła konkretne działania mające na celu opanowanie wojska i MSW, odsunięcie generałów Jaruzelskiego, Siwickiego i Kiszczaka i przejęcie władzy. Prowadzono w tej sprawie rozmowy z wysokimi funkcjonariuszami MSW i wojska. Zachowały się dokumenty z moimi wystąpieniami i działaniami, które te zamiary skutecznie sparaliżowały.
Wtedy też pojawiły się głosy, że "MSW przekazało wykazy swojej agentury do Moskwy". Od tego czasu minęło 20 lat i nigdy nie słyszałem o żadnej sprawie szpiegowskiej, w której Moskwa wykorzystałaby dawną polską agenturę.
25 października 1990 r. wysłałem swój list do przywódców Kościołów, znanych polityków, ludzi nauki i kultury, redakcji gazet. Pisałem w nim m.in.:
"Niestety, mimo dobrowolnego przekazania władzy narasta tendencja do dzielenia Polaków na lepszych i gorszych, na zwycięzców i pokonanych. Gdyby to były tylko słowa, można by nad nimi przejść - chociaż z trudem - do porządku dziennego. Słowom towarzyszą jednak czyny, niekiedy modeluje się kadry do ich realizacji. Dochodzą również do głosu niektórzy ludzie niewiarygodni, nadgorliwi. W rezultacie wokół wielotysięcznych grup społecznych powstaje klimat piętnowania, zastraszania, pozbawiania elementarnych szans. Lekcję, która grozi nam w Polsce, naród nasz przerabiał już w przeszłości, płacąc za to wysoką cenę. Nie powinniśmy dopuścić do tego, aby wróciło stare w innym wydaniu. Nie dajmy się zwieść pozornie szczytnym hasłom, pod których przykryciem niektórzy ludzie próbują wprowadzić do naszego życia niebezpieczne tendencje".
I dalej: "Czas skończyć z praktykami rozliczania w nieskończoność przeszłości. Działały w niej przecież inne reguły, inny klimat, inne uwarunkowania wewnętrzne i zewnętrzne, które rzutowały na sposoby sprawowania władzy, na jednostkowe ludzkie działania. Każda formacja tworzy prawo - bywa, że złe, niedoskonałe, ale prawo, w oparciu o które postawy i uczynki wszystkich obywateli winny być traktowane jednakowo, a nie wybiórczo, w zależności od aktualnej koniunktury politycznej. Tym bardziej nie można do ich osądzania naciągać lub tworzyć praw działających wstecz. Chociaż od tych czasów minęło niewiele lat, żyjemy już w innej epoce, w innym świecie, którego oceny nie mogą przystawać do tamtej rzeczywistości. Polsce potrzebny jest każdy obywatel. Nie należy odrzucać tych, którzy chcę włączyć się szczerze w nurt odnowy i naprawy Rzeczypospolitej".
*** Po odejściu ze stanowiska ministra zostałem wezwany do warszawskiej prokuratury, gdzie w ramach "wojny na górze" zażądano, bym potwierdził, że niezgodnie z prawem, na polecenie Mazowieckiego wyprowadziliśmy strajkujących posłów z gmachu Ministerstwa Rolnictwa i że na rozkaz premiera MSW rozpędziło strajkujących rolników pod Mławą, którzy zablokowali szosę Warszawa - Gdańsk. Oświadczyłem, że była to wyłącznie moja decyzja. Następnie wezwano mnie w tej samej sprawie przed sejmową komisję odpowiedzialności konstytucyjnej. Przede mną zeznawali dwaj wysocy przedstawiciele rządu Mazowieckiego, którzy mocno obciążali premiera. Ja wziąłem premiera w obronę, a całą winę na siebie. Przypomniałem też, że dzięki mojej interwencji rolnicy pod Mławą sami zlikwidowali strajk i nie było potrzeby użycia siły.
Robiłem to wszystko już po złożeniu raportu o zwolnienie mnie ze wszystkich stanowisk w państwie. Byłem lojalny do końca. Wieczorem zadzwonił do mnie do domu premier Mazowiecki i zaprosił mnie na kolację. Poprosiłem o podanie adresu restauracji i czasu. Czekam na tę kolację już prawie 20 lat.
I na koniec jeszcze jedno wspomnienie. W 10. rocznicę Okrągłego Stołu Uniwersytet Michigan w Ann Arbor zorganizował międzynarodową konferencję naukową "Wynegocjowany upadek komunizmu: Polski Okrągły Stół dziesięć lat później". Jako wzorzec do rozwiązywania arcytrudnych spraw. Nawiązała ze mną kontakt działaczka opozycji Ewa Junczyk-Ziomecka, zapraszając mnie na tę imprezę. Przyjechał do mnie do domu prof. Michael D. Kennedy i przywiózł zaproszenie rektora. Wyraziłem zgodę i przygotowałem dwa wystąpienia - wąskie do wygłoszenia i szersze do protokołu.
Odbyły się narady na najwyższych szczeblach władz. Z przykrością słuchałem "rad i zaleceń", które sugerowały, że nie powinienem jechać do USA, bo będą awantury, będzie demonstrować opozycja itp. Posłałem wystąpienia z prośbą o ich odczytanie. W skład delegacji polskiej weszli m.in. prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, Mieczysław Rakowski, prof. Janusz Reykowski, Stanisław Ciosek, a ze strony opozycji m.in. prof. Bronisław Geremek, Lech Kaczyński, Adam Michnik, Zbigniew Bujak.
Prof. Kennedy poinformował zebranych, że gen. Kiszczak nie mógł przyjechać z powodu złego stan zdrowia, ale przysłał wystąpienia. Zwrócił się do strony polskiej z prośbą o odczytanie mojego krótkiego tekstu. Jak mnie poinformował jeden z uczestników spotkania, polska delegacja pokrętnie odmówiła.
W wyniku obrad Okrągłego Stołu mamy dziś kraj wolny i niepodległy. Od blisko 20 lat jest on rządzony na przemian przez prawicę lub lewicę. O swoim losie możemy decydować przy pomocy kartki wyborczej.
Prezydent Aleksander Kwaśniewski swego czasu oświadczył, że gdyby organizatorzy Okrągłego Stołu ze strony rządowej wiedzieli, ile będą mieli z tego powodu kłopotów i przykrości, to by go nie organizowali. Z pełnym przekonaniem oświadczam, że uczyniłbym dziś to samo, co wówczas. Jestem też głęboko przekonany, że gen. Jaruzelski postąpiłby tak samo.
Odczuwam zadowolenie, że cały czas kierowałem lub współkierowałem tymi rozmowami, które dały Polsce wolność i niepodległość. Unormowały scenę polityczną. Że skutecznie usuwałem liczne przeszkody.
***
Jak wam się podoba ''prawda Kiszczaka'' Z czym się nie zgadzacie? Czekamy na Wasze listy listydogazety@gazeta.pl i dyskusji pod tekstem.
Źródło: Gazeta Wyborcza