http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Friszke: wybiórcza pamięć generała Kiszczaka

Andrzej Friszke*
2008-08-23, ostatnia aktualizacja 2008-08-23 23:42

Generał Kiszczak, który odegrał historycznie pozytywną rolę podczas obrad Okrągłego Stołu, symbolizuje jednocześnie terror stanu wojennego

prof. Andrzej Friszke
Fot. Albert Zawada / AG
prof. Andrzej Friszke
Relacja generała Kiszczaka dzieli się wyraźnie na dwie nierówne części. W pierwszej opisuje bardzo syntetycznie drogę od pierwszych lat powojennych do pierwszych lat po 13 grudnia, drugą poświęca tytułowemu rokowi 1988, ale też jego genezie i następstwom.

Najwięcej uwag budzi część pierwsza, która ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia silnych emocji, jakie budzi osoba generała Kiszczaka. Wspomina on swoją powojenną pracę na placówce kontrwywiadu w Londynie, ale nie pisze, że głównym zadaniem kontrwywiadu była inwigilacja niepodległościowej emigracji. Jego oceny i wspomnienia dotyczące pierwszego powojennego dziesięciolecia są interesujące, ale trudne do zweryfikowania i pozostawiają niedosyt. Podobne odczucia budzą następne akapity, także ten dotyczący marca 1968 i grudnia 1970.

Trauma stanu wojennego

Nie sposób zgodzić się ze sposobem, w jaki generał Kiszczak pisze o "Solidarności" w latach 1980-81. Był to przede wszystkim wielki ruch rewindykacji praw obywatelskich i narodowych. Właśnie "S" wymusiła na monopolistycznej władzy uznanie potrzeby reform i określenia ich głównego kierunku. Logika działania władz polegała na próbie powstrzymania rozwoju tego ruchu. Obrona ustrojowego status quo była głównym motywem działania aparatu władzy, także sił MSW. Świadczą o tym tysiące dokumentów wyprodukowanych przez resort. Tymczasem generał przedstawia "S" jako ruch nieodpowiedzialnych strajków i demonstracji.

Ocena, że rozwój wydarzeń 1981 roku prowadził do interwencji „sojuszników” w Polsce lub wojny domowej, wymaga bardziej wnikliwych uzasadnień. Należę do tych historyków, którzy nie negują groźby zbrojnej interwencji w latach 1980-81. Bardzo poważnie brali pod uwagę taki scenariusz wybitni analitycy i mężowie stanu państw zachodnich, w tym Stanów Zjednoczonych. Trudno więc, by lekceważyli taką groźbę zarówno przywódcy „S”, jak przywódcy PRL. Czy jednak wprowadzenie stanu wojennego było jedynym wyjściem? Nie mogę się z tym zgodzić. Nie mogę też zapomnieć, że to generał Kiszczak na naradzie kierownictwa MSW we wrześniu 1981 roku mówił o „wpuszczaniu » Solidarności » w maliny”, czyli w absurdalne akcje protestacyjne, które ukazywały związek jako siłę niesterowalną i anarchiczną, a przez to miały służyć osłabieniu społecznego poparcia dla związku.

Nie podoba mi się lakoniczne sformułowanie: "mieliśmy dobre dotarcie agenturalne", co należy rozumieć: w "Solidarności". Takie zdania są paliwem dla hipotez o manipulowaniu "S" przez SB. Tymczasem na telekonferencjach dyrektora departamentu III w MSW w 1981 roku utyskiwano na niedostatek agentury w "S", szczególnie w jej kluczowych ogniwach. Z tych samych względów generał powinien użyć bardziej precyzyjnych słów na określenie swych kontaktów z profesorami Aleksandrem Gieysztorem i Klemensem Szaniawskim oraz redaktorem Stefanem Bratkowskim, by nie powstał cień na ich honorze.

Podobnie nie sposób zaakceptować obrazu stanu wojennego wyłaniającego się ze wspomnień Kiszczaka. Był on z pewnością bardzo skuteczną operacją militarną, ofiar oczywiście mogło być znacznie więcej, ale ci, którzy zapłacili życiem, są chyba godni odnotowania? Razi brak choćby wzmianki o innych ofiarach stanu wojennego - 10 tysiącach internowanych, 13 tysiącach aresztowanych, za każdą z tych liczb kryje się dramat człowieka i jego rodziny, a niekiedy zrujnowanie życie. Lata stanu wojennego to traumatyczne doświadczenia ludzi "Solidarności", nie tylko młodzieży, ale także osób próbujących przeciwstawiać się represjom argumentem prawa i słowem. Pisząc prawdziwie i słusznie o rozmowach z Kościołem, generał nie wspomina jednak ani napadu grupy funkcjonariuszy SB na Prymasowski Komitet Pomocy Internowanym przy kościele św. Marcina w Warszawie, ani o zabójstwie Grzegorza Przemyka, a potem mataczeniu śledztwa w tej sprawie, ani nawet o zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki.

Uwypuklenie tych zdarzeń i doświadczeń ma znaczenie również dlatego, że inaczej nie sposób zrozumieć, jak wielką zmianą było podjęcie w 1988 roku rozmów z przywódcami "Solidarności" oraz jak niezwykłym ciągiem zdarzeń były kompromisy roku 1989 oraz ich dotrzymanie przez obie strony. Jest ważne również dlatego, by zrozumieć, że generał Kiszczak był szefem całego aparatu represji i u progu tych przemian był postrzegany jako postać groźna, budząca żywą niechęć, u niektórych wręcz nienawiść. Prawdą jest, że w wielu konkretnych sprawach generał okazywał rozsądek, umiar, gotowość szukania nie drastycznego wyjścia, bywał trudnym, ale chyba wiarygodnym negocjatorem z Kościołem. Niemniej jako szef aparatu represji siłą rzeczy odpowiadał za jego działania.

Wspominając amnestie tych lat, generał jest mało precyzyjny. Pierwsza z nich miała miejsce po pielgrzymce Jana Pawła II do Polski, w lipcu 1983 r. Była też odpowiedzią na stanowcze żądania Kościoła i - jak się wydaje - samego papieża. Objęła ponad 3 tys. osób, w tym ponad tysiąc więzionych. W więzieniach pozostali jednak przywódcy "Solidarności". Wówczas, jesienią 1983 r., zaczęły się rozmowy z Episkopatem i jego doradcami o ich uwolnienie. Generał wspomina o tych rozmowach, ale pomija to, że choć skończyły się fiaskiem, w lipcu 1984 r. władze przeprowadziły kolejną amnestię. Na jej podstawie więzienia opuścili przywódcy "Solidarności" i KSS "KOR" (po jednym dniu procesu) oraz około 700 innych więźniów politycznych. Amnestia z 22 lipca 1986 r. była kolejną, objęła tych, których uwięziono od lipca 1984, w sumie ponad 300 osób. Jej inicjatorem chyba rzeczywiście był generał Kiszczak.

Generał wspomina też o propozycji prezydenta Reagana z 1983 r. zniesienia sankcji "praktycznie za darmo". Jest to wiadomość dotąd nieznana i zaskakująca, gdyż prezydent USA reprezentował bardzo twarde stanowisko i podkreślał potrzebę stałej pomocy dla "Solidarności" jako ruchu wolnościowego. Prosimy zatem o więcej szczegółów.

MSW reformator?

W narracji gen. Kiszczaka wyraźnie brakuje tła, które miało zasadnicze znaczenie dla głębokiej reorientacji prowadzonej polityki. Elementem podstawowym było załamanie polskiej gospodarki widoczne już w 1987 roku, które rok później przeobraziło się w wielką inflację (61 proc.) i spadek zdolności produkcyjnych wielu przedsiębiorstw. W szansę naprawy gospodarki bez fundamentalnych reform przestali wierzyć także ludzie aparatu władzy. Polska potrzebowała dużej pomocy ekonomicznej Zachodu, w tym rozmów o prolongacie spłat zadłużenia sięgającego 40 mld dol. Bez głębokiego otwarcia politycznego ku demokracji trudno było liczyć na realną pomoc Zachodu dla rozpadającej się gospodarki. Kolejnym elementem podstawowym była pierestrojka Gorbaczowa w ZSRR i towarzysząca jej liberalizacja polityczna oraz dążenie do likwidacji stanu zimnej wojny między Wschodem i Zachodem. "Sojusznicy", którzy w 1981 roku straszyli interwencją i żądali wzięcia "kontrrewolucji za gardło", od 1986 roku nalegali na liberalizację i reformy. Te zaś nie były możliwe bez odejścia od polityki represji i bez wznowienia dialogu z ukształtowanymi w minionych latach siłami społecznymi.

Istotnie, w kierownictwie MSW kształtowało się wówczas myślenie o potrzebie reform, w tym liberalizacji politycznej, choć więcej i szczegółowiej trudno na ten temat mówić, między innymi wskutek spalenia zimą 1989/90 przez MSW wielkiej części swoich archiwów z lat osiemdziesiątych. W ten sposób niszcząc dokumentację represji, zniszczono także wiele dowodów, które mogłyby służyć na poparcie tez generała Kiszczaka. Wspominając reformatorskie tendencje w MSW, generał nie zauważa, że równolegle pomysły reform podsuwał Wojciechowi Jaruzelskiemu zespół "trzech", czyli Stanisław Ciosek, gen. Pożoga z MSW i Jerzy Urban. Memoriały o potrzebie reform pisał też Mieczysław Rakowski. Istotą tych propozycji było takie zreformowanie systemu, by mimo liberalizacji i niekonwencjonalnych rozwiązań, zachować jego istotę i monopol władzy. Nim doszło do negocjacji poprzedzających Okrągły Stół, wykonywano w 1987 i do lata 1988 roku wiele manewrów, które miały na celu stworzenie innego partnera do rozmów o liberalizacji niż "S".

Prawdą jest, że opozycja w 1988 r. nie była w stanie wymusić na rządzących przekazania im choćby części władzy. O to zresztą opozycja się nie ubiegała, żądała jedynie prawa do legalnego działania. Prawdą jest, że władzę popierała duża część społeczeństwa. Na podstawie niezależnych badań socjologicznych wiadomo, że władzę wspierało 20-25 proc. społeczeństwa, podobna część sympatyzowała z opozycją, reszta nie miała zdania.

Wadą relacji Kiszczaka jest nadmierne uproszczenie opisu, niedostatek choćby wzmianek o sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej, brak analizy podziałów kompetencji i postaw w najwyższych instytucjach władzy. Wydarzenia lat 1988-89 gen. Kiszczak przedstawia jako autoreformę władz PRL z kierownictwem MSW jako jej głównym czynnikiem sprawczym. Tym samym - być może wbrew własnej intencji - potwierdza tezy tych, którzy głoszą, że zmiana 1989 roku była "grą służb". Oczywiście są to tezy bzdurne i nie sposób ich poświadczyć dokumentami. Bieg zdarzeń wynikał z różnych czynników, różne były siły sprawcze, także strajki robotnicze maja i sierpnia 1988 roku, bo choć były słabe, kazały myśleć o możliwości nadejścia kolejnej, potężnej fali. W podjęciu dialogu wielką rolę po stronie władzy odegrali także politycy cywilni, by wspomnieć tylko Józefa Czyrka i Stanisława Cioska. Ważnym akuszerem wielkiego kompromisu był Kościół katolicki, w tym hierarchowie, których nazwiska generał przytacza.

Gdy generał Kiszczak referuje wydarzenia od lata 1988 roku, różne wzmianki pozostawiają niedosyt. Chciałoby się znać więcej szczegółów o rozmowach w kraju i za granicą, które były następstwem spotkania z Wałęsą 31 sierpnia. Sporem zasadniczym, co w wywodzie generała jest właściwie pominięte, była kwestia przywrócenia do legalnego działania NSZZ "S", na co władze aż do zimy 1988/89 nie chciały się zgodzić. Zgoda na jakikolwiek współudział we władzy ludzi "S" była uzależniona od zaakceptowania tego podstawowego warunku. Przełamanie twardego oporu władz nastąpiło w konsekwencji wygrania przez Wałęsę debaty publicznej z Miodowiczem 30 listopada. Przeprowadzona na oczach całego społeczeństwa godzinna debata była faktycznym powrotem Wałęsy na scenę wielkiej polityki oraz ożywiła nadzieje na powrót "S". Trzeba też zauważyć, że odstąpienie od weta w sprawie udziału Kuronia i Michnika w rozmowach Okrągłego Stołu mogło się dokonać, gdyż sprawę stawiał pryncypialnie Lech Wałęsa. Prawdą jest, że gen. Kiszczak obok gen. Jaruzelskiego należał do tych kilku przywódców, którzy w styczniu 1989 roku zagrozili dymisją, jeśli Komitet Centralny PZPR nie zgodzi się na ponowną legalizację "S", a zatem też dojście do rozmów Okrągłego Stołu, i pożądaną decyzję wymusili.

Koszta porozumienia

Stwierdzenie, że przy Okrągłym Stole nie zawarto żadnego porozumienia, które nie zostałoby opublikowane, jest zgodne z pamięcią innych uczestników wydarzeń i zachowanymi dokumentami. Długi żywot plotek i insynuacji, jakoby były "tajne porozumienia", wynika z ogromnej nieufności, jaka była skutkiem stanu wojennego oraz równie wielkich emocji, które kierowały się przeciw twórcom stanu wojennego. Przywódcy "Solidarności", zasiadając z nimi do rozmów i podpisując kompromis, ryzykowali bardzo wiele, nie tylko powtórkę nieczystych gier z 1981 roku, ale też utratę zaufania znaczącej części swojego zaplecza, wielu ludzi "Solidarności". Koszt porozumienia poniosła więc także strona solidarnościowa, choć - tu zgodzę się z generałem - była to optymalna droga wyjścia z dyktatury i wzór rozwiązywania konfliktu politycznego dla innych narodów. I sukcesy Polski wynikające z tego porozumienia znacznie przewyższają koszta.

Samoocena postawy generała Kiszczaka w czasie rozmów Okrągłego Stołu jest bliska ocenom jego adwersarzy. Był silnym człowiekiem władzy, numerem dwa po generale Jaruzelskim, ale honorował ustalenia, grał "czysto", a w każdym razie nie słyszałem relacji przeciwnych. To było bardzo wiele, wystarczająco, by przyznać mu historyczną pozytywną rolę. Niemniej generał symbolizował nadal również to, co działo się w latach poprzednich, w okresie stanu wojennego i później. Nie powinien więc mieć żalu - a taki żal się wyczuwa - że trudno było go sobie wyobrazić na stanowisku np. premiera.

***
Jak wam się podoba ''prawda Kiszczaka'' Z czym się nie zgadzacie? Czekamy na Wasze listy listydogazety@gazeta.pl i dyskusji pod tekstem.

* prof. Andrzej Friszke - Instytut Studiów Politycznych PAN, b. członek Kolegium IPN, autor wielu książek o historii najnowszej Polski, m.in. „Polska. Losy państwa i narodu 1939-1989”, „Przystosowanie i opór”. Redaktor tomu „ »Solidarność « podziemna 1981-1989”

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':