Aleksandra Klich: Do pierwszych poważnych rozmów przygotowujących Okrągły Stół usiedliście w sierpniu 1988 roku. Przeciwnicy tego porozumienia głoszą, że to był starannie wyreżyserowany spektakl... Biskup Alojzy Orszulik: Nie, to nie był spektakl, to był dramat pełen zwrotów, niespodzianek.
...albo że był to spisek sił komunistycznych i solidarnościowych. - Takie opinie to element dzisiejszej
gry politycznej, zostały wymyślone dla zdyskredytowania przeciwnika, obniżenia jego autorytetu. Okrągły Stół od początku do końca to były twarde, trudne negocjacje dla dobra Polski. Wielokrotnie dramatyczne, nawet z rzucaniem papierami, trzaskaniem krzesłami. Nie było żadnych spisków, porozumień pod stołem.
Czesław Kiszczak, w 1988 roku minister spraw wewnętrznych, twierdzi, że to głównie rządząca wówczas krajem grupa wojskowych dążyła do porozumienia. Łatwo się z nimi dogadywało? - Skąd! Najpierw, w połowie sierpnia, był spór o Lecha Wałęsę. My od początku uważaliśmy, że to on, symbol "Solidarności" w kraju i za granicą, powinien być liderem rozmów. Jeśli ma dojść do wstępnych rozmów w sprawie Okrągłego Stołu, to wyłącznie z nim. W innym wypadku nie ma o czym mówić. Kiszczak jednak uparł się, że spotka się wstępnie z Wałęsą tylko wtedy, jeśli ten doprowadzi do przerwania strajku w Stoczni Gdańskiej.
Oczywiście to był absurdalny warunek, na który Wałęsa nigdy by się nie zgodził. Co miał powiedzieć stoczniowcom - przestańcie strajkować, bo idę na rozmowy z generałem Kiszczakiem?
Upieraliśmy się przy Wałęsie, bo miał charyzmę, co prawda to był zawsze despota, ale dzięki temu twardy negocjator. On się władzy nie bał. Odwaga to jego wielka zaleta. Tacy ludzie nie zdarzają się często. Można mówić, że to cały naród doprowadził do obalenia komunizmu. Ale przecież zawsze wielkie jednostki kształtują losy narodów. Co by było, gdy Piłsudski nie wrócił z Magdeburga?
Tak samo było z Wałęsą - gdyby nie jego zaangażowanie, los Polski byłby inny. Ot, choćby jego upór w rozmowach z władzą. Przecież to on upierał się tak przy legalizacji "Solidarności", o czym władza nie chciała bardzo długo słyszeć. Może ktoś inny tak bardzo by tego nie chciał i rola "Solidarności" i całej opozycji przy Okrągłym Stole byłaby znacznie mniejsza.
Można mieć do Wałęsy zastrzeżenia, ja też nie traktuję go jak świętego, ale bez niego, jego siły i intuicji, nic by się nie udało. On nigdy niczego nie sprzedał, nigdy się nie sprzeniewierzył swojej misji. Jest tak, choćby jego przeciwnicy robili z niego agenta.
Czesław Kiszczak zrozumiał, że jeśli chce rozmawiać z opozycją, musi przystać na warunki Wałęsy? - Tak. I powiedział, że jest gotów się z nim spotkać mimo trwającego strajku. Zapowiedział to spotkanie 26 sierpnia w telewizji.
Poddał się. Myślał wtedy ksiądz biskup, że władza musi być już pod ścianą, skoro tak uparcie dąży do rozmów? - Wiedzieliśmy, że nie radzą sobie z kryzysem gospodarczym, strajkami i chcą dogadać się z opozycją, ze społeczeństwem, bo nie mają innego wyjścia. Chcieli uspokoić atmosferę w Polsce, dopuszczając opozycję do współrządzenia. Ale na swoich warunkach. Tak, żeby zdominować „Solidarność”, zachować swoją uprzywilejowaną pozycję, status quo.