Przeciw tym okrutnym słowom Rusłana Kiesajewa gwałtownie protestują kobiety z ośrodka dla uchodźców w szkole podstawowej w Ałagirze pod Władykaukazem.
Ciężarna Ajda Tiediewa, która uciekła z Cchinwali z trojgiem małych dzieci, właśnie pochowała ojca ranionego drugiego dnia wojny. Wyszedł z piwnicy, gdzie się kryli, żeby szukać świeżej wody dla wnucząt. Trafił go odłamek, krwawił przez sześć godzin i umarł. Nie zauważyła, kiedy dokładnie, bo trwał kolejny atak.
W nocy z wtorku na środę krewni przewieźli jego rozkładające się ciało do Rosji, aby wreszcie sprawić mu pogrzeb. - Nikomu tego nie życzę. Nikomu i za żadne winy. Bóg by mnie przeklął, gdybym dla kogokolwiek chciała wojny - mówi Tiediewa.
Dostała już wieści, że żyje jej brat, który został po drugiej stronie granicy, aby walczyć z Gruzinami, ale nadal nie wie, co stało się z ojcem jej dzieci. - Nie mam siły rozpaczać. Ktoś musi się o nie zatroszczyć - tłumaczy spokojnym głosem. Jeszcze nie wie, czy chce wracać, bo życie w Południowej Osetii zmusiłoby ją - jak tłumaczy - do wychowywania dwóch synków na żołnierzy.
- Jako Osetyjka nie powinnam porzucać ziemi przodków. Jako żonie nie wolno mi wyjeżdżać z kraju, za który być może zginął mój mąż. Ale jako matka już chyba nie chcę, aby tam dorastały moje dzieci - twierdzi Ajda Tiediewa.
Choć uchodźcy są na razie zbyt zbolali, by mieć siłę na gniew czy zaciekłość, to ich krewniacy, sąsiedzi i znajomi, którzy już od wielu lat mieszkają po rosyjskiej stronie granicy, coraz głośniej oskarżają Zachód o współzorganizowanie wojny na Kaukazie. - Polak? Czemu jesteście przeciw nam, a wierzycie Gruzinom? Wycierpieliście tyle od Hitlera, to dlaczego milczycie teraz o naszych krzywdach? - pyta 55-letni kuzyn uchodźczyni Katii Margiejewej, który uciekł z Cchinwali już podczas poprzedniej wojny, na początku lat 90.
Prawie we wszystkich domach Władykaukazu i okolic od tygodnia nie wyłącza się telewizorów nastawionych na kanał informacyjny Wiesti-24. Co najmniej jeden telewizor stoi też w każdym ośrodku dla uchodźców. To właśnie rosyjska telewizja przedstawia wojnę o Południową Osetię jako otwarty konflikt między Moskwą i Waszyngtonem, którego pachołkiem jest
Micheil Saakaszwili. Reporterzy powtarzają plotki o "czarnoskórych Gruzinach" poległych w walkach, co miałoby być dowodem na bezpośredni udział wojskowych doradców
USA w operacji wojskowej.
Czarnym bohaterem rosyjskich mediów jest też ukraiński prezydent
Wiktor Juszczenko, któremu wypomina się antyrosyjskie "konszachty" z Saakaszwilim. Wiesti-24 oraz inne kanały TV już dziesiątki razy pokazywały chrzest syna Micheila Saakaszwilego, którego ojcem chrzestnym był Juszczenko. - Obaj chcą do NATO. Obaj mają tych samych amerykańskich sponsorów - informują telewizyjni komentatorzy.
Antyzachodnie, a głównie antyamerykańskie przekazy są tu odbierane entuzjastycznie. - Jeśli
Ameryka jeszcze raz wywoła wojnę, to ani matka, ani żona nie powstrzyma mnie już od pójścia na wojnę - zapewnia 23-letni taksówkarz Alik Tułajew.
Kto naprawdę sprowokował wojnę? - Nie znamy się na polityce. Wiemy tylko, że giną nasze dzieci. Mogło być inaczej - odpowiadają kobiety z ośrodka w Ałagirze.
Ema Tadtajewa z wioski Kwajsa wspomina, że w dzieciństwie żyła w zgodzie z małymi Gruzinami z sąsiedniego przysiółka w Południowej Osetii. - Wielkiej miłości nigdy nie było, ale matkom po obu stronach chyba nie przychodziło do głowy, że wychowują synów, którzy będą się zabijać. Którzy z bronią zaatakują kobiety i dzieci - mówi Tadtajewa.
Potem przyszły gruzińsko-osetyjskie walki w latach 90. oraz - co Tadtajewa wspomina nawet gorzej - wprowadzenie kontroli wojskowych między osetyjskimi i gruzińskimi wsiami w Południowej Osetii.
- Z czasem nawet z kuzynką, która wyszła za Gruzina, czułam się jakoś obco. To te granice między wsiami nas podzieliły. A obcych może łatwiej zabijać? - mówi Tadtajewa.
Nawet część Osetyjczyków, którzy uciekali w ostatnich dniach z Cchinwali, nie wini wszystkich Gruzinów, lecz "szalonego Saakaszwilego zmawiającego się z Amerykanami".
- Do dziś nie potrafię uwierzyć, że to gruzińscy żołnierze zabijali. Może Saakaszwili posłał jakichś najemników? - mówi Raja Chubujewa, która przed dziesięcioma laty przeprowadziła się spod Cchinwali do północnoosetyjskiego Ałagiru i teraz w ośrodku dla uchodźców odwiedza swoją daleką kuzynkę. - A kto dał mu na najemników? Amerykanie. Wszyscy tak mówią - zapewnia jej mąż, nie odrywając oczu od telewizora.