Dziś, osiem lat później, sytuacja jest zupełnie inna - Chiny są na ustach wszystkich. Cały świat przygotowuję się na największą imprezę sportową naszych czasów, która po raz pierwszy w historii odbędzie się za Wielkim Murem. Nieprawdopodobny wzrost gospodarczy i błyskawiczne tempo, w jakim Chiny z globalnego pariasa przeistaczają się w światowe supermocarstwo, nikogo nie pozostawia obojętnym. By sparafrazować słowa Napoleona - chiński olbrzym zbudził się z głębokiego snu. Dziś wpływu chińskiego giganta, którego mieszkańcy stanowią 20 proc. ludności całego globu (Europa bez WNP - zaledwie 8 procent!) nie da się pominąć, ignorować, nie uwzględniać przy określaniu przyszłych planów i strategii - nie tylko wielkich politycznych graczy, takich jak USA czy UE, ale nawet średniej wielkości państw, takich jak Polska.
Okazuje się też, że Chiny istnieją w naszym codziennym życiu - i to w większym stopniu niż nam samym się wydaje. W głośnej książce Sary Bongiorni "Rok bez made in China - historia pewnej amerykańskiej rodziny w dobie globalnej gospodarki" autorka wraz z mężem i dwójką dzieci próbuje przeżyć 12 miesięcy, nie kupując chińskich produktów. Okazuje się to eksperymentem czasochłonnym (wyszukiwanie niechińskich wyrobów), stresującym (trudno je znaleźć, w ostatnich miesiącach zaczynają protestować zmęczone eksperymentem dzieci) i wreszcie dość kosztownym (wszystko, co niechińskie, jest dużo droższe). Konkluzja Bongiorni jest prosta: przeżyć dziś rok bez Chin to ekstremalny sport dla zapaleńców i ostatni moment, kiedy jest to jeszcze możliwe.
Mieszkając kilka kolejnych lat za Wielkim Murem, będąc obserwatorem i naocznym świadkiem zachodzących tam zmian, dość szybko przekonałem się, że chińska transformacja jest doświadczeniem unikalnym, niezwykłym i - by użyć ulubionych słów samych Chińczyków - specyficznym (Zhonguo Tese - chińska specyfika).
Nigdy w historii nie dokonywano przejścia ze społeczeństwa rolniczego i właściwie postfeudalnego w stronę nowoczesności na taką skalę (1,3 miliarda mieszkańców!) i w tak szybkim tempie (9,4 proc. średniego rocznego wzrostu PKB przez ostatnie 25 lat). Odmienne tradycje, historia, wreszcie kultura i mentalność ukształtowana na przestrzeni tysięcy lat cywilizacji Państwa Środka (opisuję to w pierwszym rozdziale pt. "Unia Konfucjańska - czym są Chiny") - sprawia, iż wiele (jeśli nie większość!) doświadczeń Europy czy Ameryki nie może być w Chinach zastosowana. Powtarzając za Fareedem Zakarią, autorem "Newsweeka", Chiny po prostu nie odpowiadają większości naszych przekonań co do przyczyn trwałego wzrostu gospodarczego - nie istnieje tam silny system własności (wciąż jest niejasny i dość słaby - fabryki, a nawet
mieszkania oddawane są w 50-letnią dzierżawę, co będzie potem - nie wiadomo!), państwo prawa dopiero powstaje (sądy, adwokaci i procesy cywilne to dla Chińczyków zupełna nowość), waluta wbrew zaleceniom Banku Światowego nie jest kontrolowana, wreszcie nie jest to kraj demokratyczny w zachodnim rozumieniu - z obieralną w wolnych wyborach władzą. Mimo to rozwija się najszybciej na świecie...
Rządzący Chinami inżynierowie z Politbiura (większość ścisłego kierownictwa KPCh to absolwenci uczelni technicznych), sprawiający wrażenie beznamiętnych, nieciekawych, anonimowych postaci, to autorzy być może najbardziej śmiałego projektu modernizacyjnego w historii globu, projektu realizowanego na zupełnie innym społeczeństwie, co sprawia, że jakiekolwiek naśladownictwo, nie mówiąc już o prostym kopiowaniu czy przenoszeniu społecznych wzorów nawet z innych krajów azjatyckich (Tajwan, Hong Kong, Singapur to jednak nie ta skala!) - jest niemożliwe. W jakim kierunku poprowadzą jedną piątą ludzkości chińscy inżynierowie, wciąż owiane jest mgłą tajemnicy (być może sami władcy Chin nie mają już pełnej kontroli nad siłą uruchomionych procesów). Wynik transformacji i przyszły kształt chińskiego społeczeństwa pozostaje zatem wielką niewiadomą, co czyni obserwowanie współczesnych Chin rzeczą jeszcze bardziej fascynującą.
Wśród mnożących się spekulacji wszyscy zgodni byli co do jednego: rok 2008 będzie rokiem przełomowym, cezurą, od której zacznie datować się nowy etap w historii Chin. Stanie się tak z dwóch powodów, które akurat zbiegają się w czasie. Pierwszy to przeświadczenie, do którego doszły na XVII Plenum KPCh w 2007 roku same władze - wyczerpała się już pewna formuła chińskiego wzrostu, a pierwszy etap chińskich reform dobiegł końca. Drugi to Igrzyska. Właśnie ze względu na nie wydarzenia w 2008 roku nabrały niezwykłej dynamiki. Nadzieje jakie na Zachodzie żywiło wiele osób, iż presja związana z olimpiadą, spowoduję iż chiński rząd będzie unikał zdecydowanych ruchów, co stworzy szansę na reformy polityczne w Chinach, zostały zawiedzione. Dziś po krwawym stłumieniu zamieszek w Tybecie, skandalach związanych z olimpijską pochodnią, protestach chińskiej młodzieży pod francuskimi supermarketami już wiemy, że Chiny nie chcą słuchać Zachodu, a ten nie jest już w stanie od nich nic wyegzekwować.
Igrzyska pewnie nic nie zmienią. Ale Chiny będą się zmieniać. Zawody sportowe się skończą, a problemy pozostaną. W którym kierunku pójdą zmiany w tym kraju ? Niewielu obserwatorów odważa się stawiać jednoznaczne hipotezy.
Dlaczego nowy etap? Wizja polityczna Denga Xiao Pinga, sformułowana w 1978 roku pod nazwą czterech modernizacji, zakończyła się pełnym sukcesem. Chiny, a zwłaszcza wschodnia część kraju, dokonały prawdziwego - a nie, jak w czasach Mao, wielkiego) skoku naprzód. Weszły do WTO, zdominowały światową produkcję dóbr konsumpcyjnych (w większości tych, w których jest duży udział siły roboczej). Inwestycje w kraju po raz pierwszy zmalały dopiero w 2006 roku (wzrastały nieprzerwanie od 1992 roku). Chiny, dawniej będące zamkniętym i izolującym się gospodarczo krajem, dziś przemieniają się w orędownika globalnego wolnego handlu ("Wojna tekstylna - Chiny kontra Unia") i światową fabrykę. Zbudowano imponującą infrastrukturę (56.000 km autostrad, nowoczesne porty i lotniska o czym piszę w rozdziale "Guangdong - bliżej Hongkongu niż Pekinu"), a hasło "Bogaćcie się" podchwyciły miliony Chińczyków. Fortuny wyrastały jak grzyby po deszczu - jedne były efektem wykorzystania rozluźnienia kontroli państwowej i chaosu spowodowanego zmianą systemu ("Lai Chang Xing - chiński Bagsik"), inne z kolei to przykład pomysłowości i czystego biznesowego talentu ("Alibaba - handel w internecie" - historia Jacka Ma, autora słynnego portalu). W Państwie Środka jest już 220 milionów internautów, a liczba ta wciąż się powiększa. W wielkich miastach powstały enklawy społeczeństwa konsumpcyjnego ("Merry Christmas made in China"), a ideologia komunistyczna, choć zachowana, została sprowadzona jedynie do funkcji symbolicznej dekoracji ("Czerwona
turystyka - wyprawa do źródeł chińskiego komunizmu" i "Janek Wiśniewski umiera ponownie - polski Sierpień'80 z perspektywy chińskiej"). Znacząco zmniejszono obszar biedy. Według statystyk Banku Światowego, liczba ludzi biednych (liczonych jako żyjący za 1 dolara dziennie) zmniejszyła się w Chinach od 1978 do 2002 roku z 450 do 88 milionów (głównie pod wpływem migracji ludności miejskiej do miast, co opisuję w rozdziale "Wędrówki żółtych ludów - wieś szturmuje miasto"; metody liczenia ubóstwa wzbudzają zresztą wiele kontrowersji - ale o tym później).
Wreszcie Chiny osiągnęły status politycznego mocarstwa. Hongkong i Makao zostały przyłączone do ChRL (obecnie na statusie Specjalnych Stref Administracyjnych - staną się w pełni częścią państwa chińskiego odpowiednio w 2047 i 2049 roku). Światową karierę zrobiła chińska polityka miękkiej władzy (soft power) - kombinacja handlu, dyplomacji i marketingu, przeciwstawiona całkowicie nieskutecznej militarystycznej polityce Busha ("Olimpijskie gry - marketingowa wojna przed igrzyskami"). Na świecie zapanowała moda na "chińszczyznę", czemu pomagają Instytuty Konfucjusza, agendy chińskiej miękkiej władzy ("Instytuty Konfucjusza - chińska kultura w globalnym natarciu"). Coraz większy niepokój Ameryki wzbudzają chińskie sukcesy dyplomatyczne w Afryce ("Afryka - chińska ofensywa") i ostrożne sojusze paraliżujące USA i realizujące chińską koncepcję tak zwanego świata bipolarnego ("Chiny i Wenezuela - Oś Dobra"), a także umiejętne uzależnianie Tajwanu od zysków z chińskiego wzrostu ("Formoza - wyrwać się z uścisku Chin"), co odnosi się również do dominujących w Europie Niemiec ("Drang nach China - Niemcy za Wielkim Murem"). Niektóre państwa, na przykład Wietnam, kopiują "model chiński" (tj. dobrobyt plus dyktatura), inne zaś - takie jak wiele państw afrykańskich, a nawet Białoruś - bacznie się przypatrują i rozważają jego zastosowanie. Pomimo lansowania koncepcji miękkiej władzy w Chinach wciąż wzrastają wydatki na zbrojenia. Wygląda na to, że w przyszłości Chińczycy mogą zagrozić Amerykanom nie tylko w miękkiej, ale również w "twardej" władzy.
Wydawać by się mogło, że XXI wiek będzie wiekiem Chin, a przyszła potęga tego kraju jest czymś pewnym i oczywistym. Za wielkie sukcesy polityczne i gospodarcze zapłacili Chińczycy jednak ogromną cenę.
Okazuję się, że nie wszyscy byli w stanie skorzystać z wezwania Denga do bogacenia się. Choć liczba żyjących za jednego dolara dziennie gwałtownie spadła, to jednak procent społeczeństwa, który absolutnie nie poradził sobie w dobie wilczego chińskiego kapitalizmu (ludzi żyjących za pół dolara dziennie), wzrósł z 1,9 proc. w 1998 roku do 2,5 proc. w 2005 roku - i to pomimo dynamicznego wzrostu całej chińskiej gospodarki. W 2006 roku, według danych Banku Światowego, dochód najbiedniejszych 10 proc. społeczeństwa spadł o 2,4 proc., podczas gdy pozostałe 90 proc. wyraźnie odczuło poprawę, co zwiększyło społeczne nierówności. W efekcie współczynnik Giniego, obrazujący skalę nierówności, zaczyna w Chinach dochodzić do 0,5 (w większości krajów europejskich wynosi on 0,24-0,36.). Szacuje się, że przekroczenie 0,4 może skutkować niekontrolowanym wybuchem społecznym...
To tyle jeśli chodzi o liczby. A za nimi kryją się życiorysy zwyczajnych ludzi. Dramaty i cierpienia, jakie przeżywają w miastach miliony emigrantów ze wsi ("Wędrówki żółtych ludów - wieś szturmuje miasto", dziedziczone ubóstwo i ograniczony w praktyce (choć nie w teorii!) dostęp do edukacji (z chłopskiej chaty na cesarski dwór), zanik więzi społecznych spowodowanych migracjami ("Święto Wiosny - przyjechać do Chin i przeżyć") powiększające się różnice miedzy wsią a miastem, a także miedzy regionami, co doprowadza do marginalizacji i usunięcia z głównego nurtu wydarzeń całych regionów - i to nierzadko tych, które w historii Chin odgrywały bardzo istotną rolę ("W Henanie, czyli nigdzie", "Syczuan - zapiski z zachodnich rubieży cesarstwa"). Niezwykle ważnym problemem jest pojawienie się zjawiska nazywanego Chinami trzech prędkości, polegającego na tym, że poszczególne części kraju rozwijają się w innym tempie, co grozi utratą kontroli nad integralnością państwa. Do tego wyczerpująca walka i piekielna konkurencja, gdyż na każde wolne miejsce przypada nie kilku - jak w Polsce w czasach poprzedzających ponadmilionową emigrację na Wyspy Brytyjskie - lecz kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu kandydatów ("Uniwersytet Pekiński - Oxford Państwa Środka"). Miary nieszczęścia dopełnia rozpleniająca się prostytucja, która zawsze znajduje podatny grunt w społeczeństwach o nierównym dochodzie, nieprzewidziane często skutki polityki jednego dziecka (przewaga liczebna mężczyzn, często sfrustrowanych niemożnością znalezienia partnerek), zanieczyszczenie środowiska i wiele innych negatywnych skutków Wielkiego Skoku cywilizacyjnego lat 1978-2008.
Wszystkich tych problemów oczywiście chiński rząd jest świadom i próbuje je rozwiązać poprzez politykę harmonizacji (hexie shehui - harmonijne społeczeństwo - opisuję w rozdziale "Harmonizacja - Chińczycy chcą wyhamować"). Dezintegracji państwa miałaby przeczyć coraz ściślejsza integracja (motto prezydenta Hu Jintao, który spędził wiele lat jako szef Partii w Tybecie i Gansu, a więc na rubieżach ChRL) np. z Tybetem ("Kolej dojeżdża do Lhasy"), do tej pory będącym terytorium pozostającym raczej na uboczu. Na społeczny darwinizm, duchową pustkę, upadek etyki spowodowany wilczym, amoralnym "komunistycznym kapitalizmem" - lekiem ma być zwrot w stronę religii i odbudowywanie chińskiej tradycji, zniszczonej przez rewolucję kulturalną ("Watykan i Chiny - Kościół Powszechny za Wielkim Murem").
Przyczyna wspomnianego wyczerpania dotychczasowej formuły modernizacji Chin i przejścia do drugiego etapu reform to nie tylko ból transformacji i jej szokujące skutki społeczne, które rządzący dostrzegli i których być może sami się przerazili. To także fakt, iż obecne społeczeństwo chińskie jest już zupełnie inne od tego z lat 80. i 90. W dalszym ciągu jest to społeczeństwo azjatyckie, konfucjańskie, w przeważającej większości wiejskie, ale 30 lat wielkich zmian, a także upływ czasu spowodowały, iż nie da się nim rządzić tak samo jak w punkcie wyjścia, czyli w 1978 roku, po upadku maoizmu. Świadczy o tym aż dziewięciokrotny wzrost masowych incydentów - z 8 tysięcy w 1993 roku do 74 tysięcy w roku 2004. Wystąpienia te przeważnie nie mają charakteru antyrządowego (za masowy incydent uznano by w Chinach na przykład walkę Kargula z Pawlakiem i niedawną, niezwykle brutalną bijatykę kibiców Widzewa Łódź i Motoru Lublin), jednak niewątpliwie pokazują, iż obecny system nie radzi sobie z rozwiązywaniem narastających problemów społecznych. Dobrym przykładem jego dysfunkcji jest historia mistycznej organizacji Falun Gong ("Czy mordują Falun Gong?"), która zaczęła od praktykowania fantastycznych wierzeń religijnych (kosmici wcielający się w ludzkie ciała), a represyjna polityka rządu uczyniła z niej śmiertelnego wroga systemu społeczno-politycznego ChRL i KPCh.
Obecnie chińska klasa średnia wciąż jest nieliczna i wydaje się raczej sprzyjać rządowi jako gwarantowi korzystnego dla niej status quo ("Antypieriestrojka - chińska droga reform", "Internet w Chinach -
Google i Yahoo po stronie rządu").
Wing Thye Woo z waszyngtońskiego Brookings Institution porównuje Chiny do pędzącego samochodu, w którego środku musi dojść do dyskusji, jak ma dalej jechać, kto ma siedzieć z przodu, jak szeroko uchylić okno. Jeśli pasażerowie nie osiągną porozumienia, w samochodzie może dojść do walki, a wtedy jest pewne, że rozbije się on z trzaskiem na poboczu. Innymi słowy - Chiny czeka odpowiedź na kilka kluczowych pytań: jak podzielić owoce wzrostu gospodarczego, by było bardziej sprawiedliwie, a jednocześnie nie zahamować wzrostu - i przede wszystkim jak wypracować nową formułę czy też nowy system podejmowania decyzji w tym już odmienionym reformami ostatnich 30 lat społeczeństwie.
Zmiana strategii modernizacyjnej czy też nadchodząca renegocjacja reguł gry w społeczeństwie chińskim nakłada się na czas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. I choć chińskie władze podkreślają, że są to tylko zawody sportowe, wszystko wskazuje na to, iż jest dokładnie odwrotnie. Olimpiada będzie miała olbrzymie znaczenie zarówno dla sytuacji w Chinach, jak i polityki międzynarodowej (opisuję to w obu tekstach poświęconych olimpiadzie). Świadomość, iż w czasie zawodów sportowych może wydarzyć się coś nieprzewidzianego, co doprowadzi chiński rząd do utraty twarzy, a także fakt, iż oczy wyczekującego Igrzysk Olimpijskich świata są zwrócone na Chiny - sparaliżowały działania chińskiego kierownictwa. W Pekinie obejrzymy cuda- gospodarze zrobią wszystko byśmy ujrzeli efektowne ceremonie i potęgę nowych Chin, ale także zrobią wszystko by w czasie Igrzysk nie stało się nic co mogłoby temu przekazowi zaszkodzić. Dziś tuż przed Igrzyskami dużo mnie rzeczy przemawia na korzyść tezy iż rząd w Pekinie popiera powolną ewolucję w stronę przyznawania i promowania coraz większych swobód obywatelskich. W ostatnich miesiącach chyba już nawet znikneła dobra mina do złej gry, blef dla zdobycia sympatii opinii międzynarodowej.
Ale może jednak do głosu dojdzie liberalna frakcja w Partii i rzeczywista chęć stopniowego rozszerzania praw i swobód obywatelskich - jak działo się to w XIX-wiecznej Europie - w wyniku społecznych zmian, jakie zaszły w Chinach w ostatnim trzydziestoleciu? Demokratyzacja byłaby przecież dla partyjnych elit dziejowym błogosławieństwem, które pozwoliłoby im zachować władzę i utrwalić zdobyte przywileje, nawet za cenę olbrzymich ustępstw na rzecz ludu.
Stawka w tej grze jest więc ogromna, a problem tylko jeden: czy Partia nadal zachowa kontrolę nad przemianami w Chinach i jak zareaguje, gdy zacznie ją tracić. Odpowiedź na to pytanie zaczniemy poznawać po 24 sierpnia 2008 roku.