Chodzi o sprawę, która rozegrała się przed rokiem - gdy Trybunał Konstytucyjny badał ustawę lustracyjną. W trakcie rozprawy Mularczyk doprowadził do wyłączenia dwóch sędziów - Adama Jamroza i Mariana Grzybowskiego. Powoływał się na odnalezione w archiwum IPN materiały, że obaj mieli związki ze służbami specjalnymi PRL.
Ale były prezes Trybunału prof. Jerzy Stępień (skończył urzędowanie w tym tygodniu) odkrył niedawno, że w archiwum Instytutu nie ma śladu po obecności Mularczyka. Zapytał o to prezesa IPN Janusza Kurtykę. A prokuraturę poprosił, by zbadała, czy poseł otrzymał dostęp do tych archiwów zgodnie z prawem. Postępowanie sprawdzające już ruszyło.
Prezes IPN twierdzi, że Mularczyk w archiwum był, a dowodem mają być jego podpisy przy oryginałach mikrofilmów. Prof. Stępień tych podpisów nie znalazł. IPN: bo Stępień oglądał kopie.
Senator Zbigniew Cichoń, obrońca Mularczyka w postępowaniu przed Radą Adwokacką, prosi Stępnia, by wycofał z prokuratury zawiadomienie. - Podtrzymywanie go i dalsze rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji spowoduje podjęcie kroków prawnych w celu ochrony dóbr osobistych. Składając zawiadomienie, prezes TK się nieco zagalopował.
Ale marszałek Sejmu Bronisław Komorowski poprosił sejmową komisję etyki, by wyjaśniła, czy Mularczyk skłamał, że był w archiwum IPN.
- Działania marszałka Komorowskiego i prezesa Stępnia mają utrudnić mi pracę w komisji śledczej ds. nacisków - mówił wczoraj Mularczyk. - Teraz posłowie PO będą mieli powód, by mnie atakować. Mówię dość tym kłamstwom i pomówieniom, dość rozpowszechnianiu nieprawdziwych informacji.
Źródło: Gazeta Wyborcza