http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Maleszka - historia zdrady

Ewa Milewicz
2008-06-23, ostatnia aktualizacja 2008-06-25 13:59

Recenzja filmu Ewy Stankiewicz i Anny Ferens "Trzech kumpli", którego pierwszą część TVN pokazała w poniedziałek, a drugą we wtorek o godz. 21.55

Dokument
Dokument "Trzech kumpli" wyemitowany w TVN obejrzało 1,3 mln widzów - na...
Przejmujący film o zdradzie. "Trzech kumpli" to historia przyjaźni trzech studentów UJ: Bronisława Wildsteina, Stanisława Pyjasa i Lesława Maleszki. W normalnym kraju, powiedzmy w USA, mieliby dziś ok. pięćdziesiątki, drukowaliby teksty w "New York Times Books Review", wspieraliby się w trudnych chwilach i jeździli razem na narty do Aspen.

Ale żyli w Polsce. Byli zbuntowanymi wobec PRL opozycjonistami. Jak to mówi Wildstein, "byliśmy ironicznie nastawieni wobec rzeczywistości". To wystarczyło. Pyjas zginął w nocy z 6 na 7 maja 1977 r., a władza ogłosiła, że to nieszczęśliwy wypadek. Choć wyglądało na morderstwo. W każdym razie do dziś nikt nie został skazany za śmierć Pyjasa. Tajemniczych śmierci było w tej sprawie więcej. Student Stanisław Pietraszko, który zgłosił się na MO, aby zeznawać w sprawie śmierci Pyjasa, utopił się niedługo po tym. Choć jak mówi w filmie Liliana Sonik, przyjaciółka trzech kumpli, miał wodowstręt. Zginął też bokser podejrzewany o zabicie Pyjasa na zlecenie.

Śmierć Pyjasa oszołomiła grupę przyjaciół. Nie wierzyli, że to on leży w prosektorium. Nie uwierzyli w oficjalną wersję, że po pijaku spadł ze schodów w kamienicy na ul. Szewskiej w Krakowie. - Bronek "przepłacił" kogoś w prosektorium - opowiada Sonik. I zobaczył Staszka. Wildstein mówi, że dziura w głowie nie mogła się zrobić od upadku ze schodów. Raczej od kastetu albo od broni, jak podejrzewa rodzina Pyjasa.

Nie wiemy, czy Wildstein przepłacał stróża w prosektorium sam, czy też, jak sugeruje ktoś przed kamerą, poszedł tam z trzecim kumplem Lesławem Maleszką. Być może Maleszka brał udział w tej specyficznej ostatniej posłudze wobec zmarłego przyjaciela. Na którego donosił, jak dokumentuje film.

Autorki filmu Ewa Stankiewicz i Anna Ferens nie rzucają ogólnych oskarżeń. Każde słowo dokumentujące historię zdrady i śmierci wspierają dowodami. Same prawie nie okazują obrzydzenia moralnego. Pytają. Czasem niby naiwnie, ale zawsze potrzebnie. Jeden z esbeków wyjaśnia swoją rolę w służbie: "miałem otoczyć patronatem bezpiekowskim kulturę studencką". "Miałem wiedzieć, czy na danym obiekcie coś się nie dzieje". Czy krążą wydawnictwa niezależne. Dziennikarki dopytują, dlaczego właściwie student czytający Sołżenicyna zagrażał socjalizmowi?

Tak z okruchów rysują obraz życia w opozycji w Polsce drugiej połowy lat 70., czyli w liberalnej podobno epoce Gierka. Opozycji, nie całej Polski. Cała Polska żyje czym innym.

Życie opozycji i życie reszty, nawet studentów w tym samym Krakowie, biegnie równolegle. Ówczesna studencka miss Krakowa mówi w filmie, że studenci żyli nauką, życiem osobistym. Nie polityką. Coś tam było, powiada w maju 1977. Coś sobie przypomina, ale nie zmasakrowanego Pyjasa.

Dziennikarki nie dają się spławić rozmówcom. Znają akta sprawy. Wiedzą, lepiej od prof. Zdzisława Marka, osławionego w PRL biegłego medycyny sądowej, biegłego też w sprawie Pyjasa, że w kamienicy, w której znaleziono ciało, były dwa piętra piwnic.

Docierają bowiem do właścicielki cukierni w tejże kamienicy. Sposób udokumentowania sprawy jest imponujący. Rozmawiają (na ogół chyba przy użyciu ukrytej kamery i mikrofonu) z wieloma esbekami rozpracowującymi krakowskich opozycyjnych studentów. Jeden tylko nie chce mówić i ogania się przed dziennikarkami.

Znajdują członka rodziny Pyjasa, który na niego donosił. Znajdują brata Maleszki, który opowiada, że Maleszka nie brał bezpośrednio do ręki pieniędzy za donoszenie na Pyjasa, Wildsteina i pozostałych przyjaciół. Dostawał je na konto. No, a jak już wpłynęły na konto, to jak je zwrócić? - zastanawiał się retorycznie brat Maleszki. Docierają nawet do trzech przechodniów, świadków ostatnich chwil życia Pyjasa.

Przejmująco wychodzi zderzenie zdrady Maleszki z tym, jak opisują Maleszkę jego dawni przyjaciele. Właściwie czule pokazują go jako abnegata, zanurzonego w książkach gadułę. Nosił kalosze zamiast butów. - Miał w sobie naiwność, czystość - wspomina Andrzej Mietkowski, wtedy student. I dziwi się, że wtedy nie zastanowił się, skąd Maleszka brał pieniądze na kupowanie książek. Śmiał się zaraźliwie - mówi Liliana Sonik. I podsumowuje: bardzo żeśmy się przyjaźnili. Na zmianę chodziliśmy w swoich swetrach.

Bronisław Wildstein z żoną w latach 80. biedowali w Paryżu. Zaprosili Maleszkę. Wyglądał na zabiedzonego, niedbającego o siebie opozycjonistę. Uskładali więc pieniądze na luksus - mikrofalówkę. I wyprawili go z tą mikrofalówką do kraju. - To normalne, jak się człowiek przyjaźni - napomyka Wildstein.

Nie wiedzieli, że Maleszka układał sobie już w głowie donosy na nich, jakie wyskrobie po powrocie. Bo SB mu przed paryską wyprawą spisała listę zadań. Właściwie trudno powiedzieć o donosach Maleszki, że on je "wyskrobywał", z mozołem klecił, że wydłubywał informacje z zakamarków pamięci. Nie, Maleszkę jego prowadzący esbek, a także akta, które przestudiowały dziennikarki, pokazują jako samorzutny diament donosów. Miał zmysł obserwacyjny i umiał to przelać na papier - powiada esbek. Chwali jego umiejętności psychologicznego i charakterologicznego rozpracowywania przyjaciół. Dogłębną wiedzę o obiektach rozpracowywanych przez SB.

Chwali umiejętności w zachęcaniu ludzi do działań opozycyjnych i następnie bezwzględne piętnowanie ich w raportach do SB. - Gdy był pan z Bronkiem, to on był pana przyjacielem, a gdy rozmawiał pan z esbekiem, to Bronek stawał się dla pana figurantem? - dopytują dziennikarki. - Jest coś na rzeczy - odpowiada Maleszka.

Informacje od niego były dla SB bezcenne. Wykorzystywała je np. do pisania anonimów, które miały zdyskredytować Pyjasa w oczach przyjaciół. Wildstein w filmie występuje jako człowiek głęboko zraniony zdradą i niewyjaśnioną do dziś śmiercią przyjaciela. Opanowany i konkretny. Powiada dziennikarkom, że informacje z donosów Maleszki były prawdziwe. Że dotyczyły spraw osobistych, także kobiet. - Zaglądali do łóżek - precyzuje.

Maleszka donosił przed śmiercią Pyjasa. Ta śmierć go nie zatrzymała. Donosił dalej. Autorki filmu sugerują, że może wiedzieć o ostatnich chwilach przyjaciela coś więcej.

Powstaje pytanie: jak to możliwe? Dlaczego Maleszka tak postępował? Dlaczego tak grał ludźmi, ich uczuciami? Czy tylko za pieniądze? Esbek twierdzi, że "jednorazowo", cokolwiek by to miało znaczyć, brał 3 tys. zł. Maleszka twierdzi, że mniej, od 100 do 300 zł.

Twierdzi, że po pierwszym aresztowaniu się bał. Bał, że go wyrzucą ze studiów. I tak jakoś się zaczęła kariera Maleszki jako najlepszego TW krakowskiej SB. Jak to możliwe? Dlaczego Maleszka donosił? Autorki uporczywie pytają go o to. Czuć, że to nie jest tylko zawodowa, dziennikarska potrzeba domknięcia tematu. Że dla dziennikarek jest dysonans między obrazem Maleszki czystego i naiwnego, jak go widzą przyjaciele, a obrazem doskonałego i bezwzględnego agenta, jaki rysują esbecy i akta esbeckie. I że próbują to zrozumieć, tak dla siebie. Ja, autorka tej recenzji, nie potrafię zrozumieć, dlaczego Maleszka donosił i jak przez lata mógł wytrzymać sam ze sobą po tym, co zrobił.

Jest w filmie scena nakręcona zapewne z ukrytej kamery w mieszkaniu Maleszki. Dziennikarka mówi Maleszce, że donosił na Adama Zagajewskiego. Maleszka przyznaje. I dodaje, że to najwybitniejszy polski poeta. - To dlaczego pan na niego donosił? - pyta Maleszkę. - To doskonałe pytanie - pada odpowiedź, po raz kolejny taka sama. - Jeszcze raz pan tak odpowie, to... - tu dziennikarka zawiesza głos. - Jak jeszcze raz pani mnie spyta, dlaczego donosiłem, to odpowiem tak samo: to doskonałe pytanie - odparł Maleszka. Sprawia wrażenie człowieka, w którym inni próbują obudzić sumienie, a on nie wie, za co się właściwie go czepiają.

I ostatecznie widz zostaje z nieudokumentowanym i za daleko idącym przypuszczeniem dziennikarek, że Maleszka chciał, aby ten świetny poeta przestał pisać, żeby go "kropnęli tak jak Pyjasa".

Swoją drogą przyjaciele Jacka Kuronia, człowieka nieskończonej dobroci i wyrozumiałości, opowiadali anegdotę o nim i o Maleszce. Już kiedy się okazało, że Maleszka współpracował, Kuroń spotykał się z nim, po tych spotkaniach mawiał: "Pracujemy z Leszkiem nad obudzeniem w nim poczucia winy". Jacka Kuronia nie ma, a w Maleszce, sądząc po filmie, niewiele się zmieniło. To samo podkreślanie swego znaczenia, wielkiej sprawczej roli. Dowartościowywanie się czymkolwiek. W trakcie pobytu autorek filmu w mieszkaniu Maleszki dzwoni telefon. Z redakcji "Gazety", dla której Maleszka redagował teksty.

Maleszka rozmawiając przez telefon inscenizuje przedstawienie podkreślające, jak wielki ma wpływ na "Gazetę". Ile tam znaczy. Jak zarządza i decyduje o wymowie tekstów. Rozsądza tytuły i leady. Pycha, pycha, brak pokory wobec swoich "dokonań". Brak akceptacji dla tego, że ostracyzm mu się należy. Chęć pokazania dziennikarkom, że on, Maleszka, jest Kimś.

Wygląda na to, że Maleszka czynną miał w mózgu tylko tę część, która odpowiada za wiedzę i sprawne posługiwanie się informacją. Natomiast coś, co człowiekowi dzwoni w głowie, kiedy robi świństwo albo nawet tylko może je zrobić, u Maleszki się nie uaktywniło. Przynajmniej sądząc po filmie i tekście "Byłem Ketmanem" opublikowanym przez Maleszkę w "Gazecie" z 13 listopada 2001 r. Tekście, po którym ówcześni naczelni "Gazety" zakazali Maleszce publikowania w "Gazecie". Pisali wtedy: "O winie takich osób pamiętamy i będziemy pamiętać; o tym trzeba wiedzieć, to budzi moralne obrzydzenie".

Wygląda na to, że autorki filmu miały materiału na więcej niż jeden odcinek, ale za mało na dwa odcinki. Powstały jednak dwie części. W tej drugiej rysuje się obraz Polski rządzonej przez ubeków, którzy mają lepiej niż zwykli ludzie. To jest Polska z publicystyki IV RP.

Co więc trzeba było zrobić? Polska nie ma przecież do dyspozycji łagrów Syberii. Nie miała nawet polityków chętnych, by tam kogokolwiek zsyłać.

Mimo wszystko: piękny film o niszczeniu i zdradzie.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne