Kuba Błaszczykowski: Siedem pechów Kuby
2008-06-06
, aktualizacja: 06.06.2008 11:13
Wszyscy byli pewni, że pech opuścił Kubę i że 8 czerwca stanie w końcu przeciw Niemcom...
ZOBACZ TAKŻE
- Błaszczykowski usprawiedliwia Beenhakkera (22-06-08, 08:08)
- Lato: Beenhakker nie do ruszenia (10-06-08, 10:37)
- Beenhakker: Niektórzy potrzebują rozmów indywidualnych (07-06-08, 18:18)
- Euro bez Kuszczaka (06-06-08, 21:42)
- Mecz Polska-Niemcy: Kto za Błaszczykowskiego? (06-06-08, 17:41)
- Kłopoty kadry Beenhakkera: Najpierw Błaszczykowski, teraz Kuszczak?! (06-06-08, 12:53)
- Trzymaj się Kuba, jesteśmy z Tobą! (06-06-08, 07:40)
- Dramat w kadrze. Jak traciliśmy Błaszczykowskiego (05-06-08, 23:19)
- Leo Beenhakker: Nie mieliśmy czasu czekać na Kubę... (06-06-08, 15:28)
- Piszczek dla Sport.pl: Szybko dojdę do formy! (06-06-08, 11:18)
- Ebi Smolarek: Eusebio z Aleksandrowa (05-06-08, 09:17)
- Jacek Bąk: komar z Kataru (04-06-08, 09:36)
- Mariusz Lewandowski: górnik od czarnej roboty (03-06-08, 10:58)
- Artur Boruc: Boże, błogosław Boruca (02-06-08, 15:48)
- Kuby droga do sławy (27-12-07, 16:35)
- Oceny Polaków za mecz z Niemcami. Od Boruca do Rogera (08-06-08, 22:36)
- Roger Guerreiro: Czuję silne dreszcze (06-06-08, 19:03)
RAPORTY
SERWISY
To był zwykły dziesięciolatek ze śląskiej wsi Truskolasy. Spośród innych wyróżniało go chyba tylko to, że miał wujka znanego piłkarza Jerzego Brzęczka.
- Nic dziwnego, że spędzał na boisku przyszkolnym całe godziny. Czasem od 7 do 22. Jak nie było składu, żeby grać, to walił piłką o ścianę. Zupełnie jak jego wujek kilkanaście lat wcześniej - opowiada Jan Krok, pierwszy trener chłopca.
A potem doszło do tragedii - największej, jaka może przydarzyć się dziecku. W 1995 r. w dramatycznych okolicznościach zginęła matka Kuby. Chłopiec być świadkiem jej śmierci.
- To cały czas w nim siedzi - powiedziała mi niedawno babcia Kuby Felicja Brzęczek. - Czasem mówi mi: "Babciu, nie wiesz, co ja czuję".
Po tragedii Kuba wrócił do szkoły - to obowiązek dla dziecka - ale przestał grać w piłkę. - Przez cały rok nie kopał - mówi z pełnym smutku zrozumieniem Jan Krok, który sam w wypadku samochodowym stracił dwuletnią córkę i czteroletniego syna. Krok kilkanaście lat temu był nauczycielem wf. w podstawówce w Truskolasach i amatorskim trenerem lokalnej drużyny Olimpia.
Gdyby w odpowiednim momencie piłkarskiej opieki nad chłopcem nie roztoczył starszy o 14 lat wuj, z Kubą stałoby się to samo, co z innymi zawodnikami ćwiczącymi na boisku klubu Olimpia. Zamiast w Bundeslidze na Allianz Arena być może grałby w okręgówce w Woźnikach Śląskich z MLKS-em.
- Po roku ktoś go namówił na wyjazd na turniej halowy - opowiada Jerzy Brzęczek. - Został tam wybrany na najlepszego zawodnika. Rozmawialiśmy o tym długo. Mówiłem, że nie wolno mu zmarnować talentu. Powiedziałem mu między innymi: "Zobacz, co może stać się, jak będziesz trenował, skoro bez treningu osiągasz takie sukcesy". Kuba powiedział mi potem, że nigdy o tej rozmowie nie zapomniał.
Kuba wrócił do piłki. A Jerzy Brzęczek pomógł mu się dostać do Rakowa Częstochowa, swojego pierwszego klubu.
Kiwka na małej sali
Ale prawdą też jest, że Kuba Błaszczykowski nie zamieszałby jak szatan na prawym skrzydle w meczu Polska - Belgia w eliminacjach do mistrzostw Europy, gdyby nie sala gimnastyczna podstawówki w Truskolasach.
Kiedy zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy meczu w Chorzowie Kuba zmieniał Wojciecha Łobodzińskiego, Jerzy Brzęczek, były kapitan reprezentacji Polski grający w niej jako najważniejszy piłkarz, bo rozgrywający, pomyślał: "No, smoku, to twoja szansa".
Błaszczykowski, którego internauci w Niemczech uznali za przyszłe największe objawienie Bundesligi, przyjął trudne podanie od Jacka Bąka, umiejętnie się zastawił, ograł belgijskiego obrońcę, pociągnął prawym skrzydłem, dośrodkował. Po tej akcji - późniejszym strzale Krzynówka i dobitce Smolarka - padł drugi gol dla Polski.
50 tysięcy Polaków na stadionie i około 10 milionów przed telewizorami zobaczyło, jak na dwudziestu metrach Błaszczykowski zostawił za sobą jednych przeciwników, odryblował innych i stworzył zagrożenie pod bramką rywali.
Jan Krok, trener Olimpii, podejrzewa, być może słusznie, że umiejętność Kuby wzięła się z gry w szkolnej sali z klepkami, podobnej do tysięcy sal w szkołach całej Polski. Sali za krótkiej na piłkę ręczną, za krótkiej na piłkę nożną, ale w sam raz, aby nauczyć się dryblingu, dopieścić przyspieszenie na kilku metrach. - Dzieliłem chłopaków na drużyny i już. Trzeba było grać dołem, przebijać się na wąskiej przestrzeni między kilkoma dzieciakami. I tak przez całą zimę - wspominał Krok, historyk nowożytny z wykształcenia, obecnie pracujący fizycznie w hangarach betoniarni Betoneksu, 300 metrów od stadioniku Olimpii i 800 metrów od szkoły.
- Kiwka, kiwka, tak było cały czas. Ale teraz Kuba się zmienił. Musiał w końcu nauczyć się oddawać piłkę. Zawsze były z tym problemy. Kłóciliśmy się o to cały czas - mówi Łukasz Krawczyk, też specjalista od gry na małej przestrzeni, syn prezesa Olimpii i nieprzypadkowo jedynego sponsora klubu, czyli betoniarni Betonex.
Łukasz Krawczyk, brat Kuby Dawid i inni byli starsi i o niebo wyżsi, co stwarzało problemy, zwłaszcza gdy mały nie oddawał piłki partnerom, tylko sam chciał wygrać mecz. - Babcia, ja nigdy nie dorosnę do framugi - mówił Kuba pani Felicji. W ósmej klasie szkoły podstawowej miał 152 cm wzrostu, co - jak sam zauważył - miało związek ze śmiercią mamy.
Dwaj idole w Truskolasach
Jerzy Brzęczek jest w Truskolasach idolem, ale nie tylko tam. Niemal w każdej drużynie, w której występował, był kapitanem. Był również kapitanem drużyny olimpijskiej, która zdobyła srebro w Barcelonie, co odbiło się wielkim echem w Truskolasach, bo - jak wspomina Jan Krok - na treningi Olimpii zaczęły przybiegać tłumy okolicznych dzieciaków.
Zdarza się, że kiedy Brzęczek przyjeżdża w odwiedziny do mamy, to wynajmuje salę w szkole i organizuje mecz. Teraz i Kuba robi wielkie wrażenie swoimi przyjazdami, a wpada dość często - nawet o 2 w nocy z niedzieli na poniedziałek po meczu z Belgią w Chorzowie, byle zajrzeć do rodziny. A już w południe brat Dawid odwozi go na samolot do Dortmundu.
Miesiąc wcześniej podczas meczu Olimpii z MLKS-em w Woźnikach Śląskich nawet kibice Woźników, od dawna w konflikcie z kibicami Olimpii, zrobili sobie z Kubą mnóstwo zdjęć, których nikomu nie odmawiał, i pożegnali go owacją.
- Nic dziwnego, że spędzał na boisku przyszkolnym całe godziny. Czasem od 7 do 22. Jak nie było składu, żeby grać, to walił piłką o ścianę. Zupełnie jak jego wujek kilkanaście lat wcześniej - opowiada Jan Krok, pierwszy trener chłopca.
A potem doszło do tragedii - największej, jaka może przydarzyć się dziecku. W 1995 r. w dramatycznych okolicznościach zginęła matka Kuby. Chłopiec być świadkiem jej śmierci.
- To cały czas w nim siedzi - powiedziała mi niedawno babcia Kuby Felicja Brzęczek. - Czasem mówi mi: "Babciu, nie wiesz, co ja czuję".
Po tragedii Kuba wrócił do szkoły - to obowiązek dla dziecka - ale przestał grać w piłkę. - Przez cały rok nie kopał - mówi z pełnym smutku zrozumieniem Jan Krok, który sam w wypadku samochodowym stracił dwuletnią córkę i czteroletniego syna. Krok kilkanaście lat temu był nauczycielem wf. w podstawówce w Truskolasach i amatorskim trenerem lokalnej drużyny Olimpia.
Gdyby w odpowiednim momencie piłkarskiej opieki nad chłopcem nie roztoczył starszy o 14 lat wuj, z Kubą stałoby się to samo, co z innymi zawodnikami ćwiczącymi na boisku klubu Olimpia. Zamiast w Bundeslidze na Allianz Arena być może grałby w okręgówce w Woźnikach Śląskich z MLKS-em.
- Po roku ktoś go namówił na wyjazd na turniej halowy - opowiada Jerzy Brzęczek. - Został tam wybrany na najlepszego zawodnika. Rozmawialiśmy o tym długo. Mówiłem, że nie wolno mu zmarnować talentu. Powiedziałem mu między innymi: "Zobacz, co może stać się, jak będziesz trenował, skoro bez treningu osiągasz takie sukcesy". Kuba powiedział mi potem, że nigdy o tej rozmowie nie zapomniał.
Kuba wrócił do piłki. A Jerzy Brzęczek pomógł mu się dostać do Rakowa Częstochowa, swojego pierwszego klubu.
Kiwka na małej sali
Ale prawdą też jest, że Kuba Błaszczykowski nie zamieszałby jak szatan na prawym skrzydle w meczu Polska - Belgia w eliminacjach do mistrzostw Europy, gdyby nie sala gimnastyczna podstawówki w Truskolasach.
Kiedy zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy meczu w Chorzowie Kuba zmieniał Wojciecha Łobodzińskiego, Jerzy Brzęczek, były kapitan reprezentacji Polski grający w niej jako najważniejszy piłkarz, bo rozgrywający, pomyślał: "No, smoku, to twoja szansa".
Błaszczykowski, którego internauci w Niemczech uznali za przyszłe największe objawienie Bundesligi, przyjął trudne podanie od Jacka Bąka, umiejętnie się zastawił, ograł belgijskiego obrońcę, pociągnął prawym skrzydłem, dośrodkował. Po tej akcji - późniejszym strzale Krzynówka i dobitce Smolarka - padł drugi gol dla Polski.
50 tysięcy Polaków na stadionie i około 10 milionów przed telewizorami zobaczyło, jak na dwudziestu metrach Błaszczykowski zostawił za sobą jednych przeciwników, odryblował innych i stworzył zagrożenie pod bramką rywali.
Jan Krok, trener Olimpii, podejrzewa, być może słusznie, że umiejętność Kuby wzięła się z gry w szkolnej sali z klepkami, podobnej do tysięcy sal w szkołach całej Polski. Sali za krótkiej na piłkę ręczną, za krótkiej na piłkę nożną, ale w sam raz, aby nauczyć się dryblingu, dopieścić przyspieszenie na kilku metrach. - Dzieliłem chłopaków na drużyny i już. Trzeba było grać dołem, przebijać się na wąskiej przestrzeni między kilkoma dzieciakami. I tak przez całą zimę - wspominał Krok, historyk nowożytny z wykształcenia, obecnie pracujący fizycznie w hangarach betoniarni Betoneksu, 300 metrów od stadioniku Olimpii i 800 metrów od szkoły.
- Kiwka, kiwka, tak było cały czas. Ale teraz Kuba się zmienił. Musiał w końcu nauczyć się oddawać piłkę. Zawsze były z tym problemy. Kłóciliśmy się o to cały czas - mówi Łukasz Krawczyk, też specjalista od gry na małej przestrzeni, syn prezesa Olimpii i nieprzypadkowo jedynego sponsora klubu, czyli betoniarni Betonex.
Łukasz Krawczyk, brat Kuby Dawid i inni byli starsi i o niebo wyżsi, co stwarzało problemy, zwłaszcza gdy mały nie oddawał piłki partnerom, tylko sam chciał wygrać mecz. - Babcia, ja nigdy nie dorosnę do framugi - mówił Kuba pani Felicji. W ósmej klasie szkoły podstawowej miał 152 cm wzrostu, co - jak sam zauważył - miało związek ze śmiercią mamy.
Dwaj idole w Truskolasach
Jerzy Brzęczek jest w Truskolasach idolem, ale nie tylko tam. Niemal w każdej drużynie, w której występował, był kapitanem. Był również kapitanem drużyny olimpijskiej, która zdobyła srebro w Barcelonie, co odbiło się wielkim echem w Truskolasach, bo - jak wspomina Jan Krok - na treningi Olimpii zaczęły przybiegać tłumy okolicznych dzieciaków.
Zdarza się, że kiedy Brzęczek przyjeżdża w odwiedziny do mamy, to wynajmuje salę w szkole i organizuje mecz. Teraz i Kuba robi wielkie wrażenie swoimi przyjazdami, a wpada dość często - nawet o 2 w nocy z niedzieli na poniedziałek po meczu z Belgią w Chorzowie, byle zajrzeć do rodziny. A już w południe brat Dawid odwozi go na samolot do Dortmundu.
Miesiąc wcześniej podczas meczu Olimpii z MLKS-em w Woźnikach Śląskich nawet kibice Woźników, od dawna w konflikcie z kibicami Olimpii, zrobili sobie z Kubą mnóstwo zdjęć, których nikomu nie odmawiał, i pożegnali go owacją.
Ile Wisła zarobiła?
Jerzy Brzęczek - już jako rodzinny, nieformalny menedżer - pomógł Kubie w przejściu do Górnika Zabrze w 2002 r., ale nastolatek nie zagrał ani jednego meczu w ekstraklasie, rozczarował się do życia w internacie i postanowił wrócić do Częstochowy.
Ale co ważniejsze - dzięki przyjaźni z olimpijczykiem z Barcelony Grzegorzem Mielcarskim, podówczas dyrektorem sportowym Wisły Kraków - trzy lata później Brzęczek pomógł siostrzeńcowi znaleźć miejsce w drużynie mistrza Polski, która wywalczyła wówczas trzeci tytuł z rzędu.
- Jak wszedłem do szatni i zobaczyłem dziesięciu reprezentantów Polski, to nie wiedziałem, co ze sobą zrobić - wspominał Błaszczykowski w jednym z wywiadów.
- Mówiono wtedy, że Kuba idzie do Wisły tylko dzięki wujkowi, czyli mnie. Ale transfer doszedł do skutku dzięki odwadze trenera Liczki, który zauważył, że tu nie chodzi o poplecznictwo, tylko o wielki talent - mówi Brzęczek.
Ale na początku kibice patrzyli na młokosa nieufnie, miał im bowiem zastąpić na prawym skrzydle rewelacyjnego Nigeryjczyka Kalu Uche, z którym Wisła gromiła tak renomowane europejskie kluby jak AC Parma czy Schalke Gelsenkirchen.
Błyskawicznie jednak stał się ulubieńcem kibiców "Białej Gwiazdy". Od początku zachwycał stylem gry. Polscy piłkarze, niestety, dawno zatracili umiejętność dryblingu i wygrywania pojedynków jeden na jeden. A Kuba nie tylko nie bał się ich, ale ogrywał rywali niemiłosiernie. Był też szybki jak wiatr. Mało kto potrafił go dogonić.
Kibice Wisły krótko cieszyli się Kubą. 22-latek natychmiast zwrócił na siebie uwagę łowców talentów z zachodniej Europy, czyli tzw. skautów. Latem 2007 najwięcej zdecydowała się zapłacić Borussia Dortmund, w latach 90. najlepszy klub ligi niemieckiej i triumfator prestiżowej Ligi Mistrzów. Tęskniąca za dawną wielkością Borussia zapłaciła 3,3 mln euro (ponad 130 razy więcej, niż dostał za Kubę półtora roku wcześniej trzecioligowy KS Częstochowa).
Podczas prezentacji Polaka na słynnym Westfalenstadion (gdzie przed rokiem Polska przegrała z Niemcami na mundialu) dyrektor sportowy Borussii Michael Zorc stwierdził, że to najlepiej wydane przez niego pieniądze w karierze.
- Jestem dumny, że udało mi się go wypatrzyć. Kuba ma potencjał, żeby stać się gwiazdą Bundesligi. Najbardziej podoba mi się to, że naciera z piłką na rywala niczym Alberto Tomba na slalomowe tyczki. Może okazać się najlepszym cudzoziemcem w historii naszego klubu - mówił.
To była wielka nobilitacja. Bo przecież w Borussii grały przed laty tak wielkie, jak Portugalczyk Paolo Sousa, Czesi Jan Koller i Tomas Rosicky czy Brazylijczycy Julio Cesar i Marcio Amoroso. Za tego ostatniego klub zapłacił aż 25 mln euro.
Kuba jak Kaka
Nim Kuba zacząć spełniać pokładane w nim nadzieje, pierwszy i jedyny raz w karierze odpuścił. Niemcy przekonali go, że jego nazwisko jest nad Renem niewymawialne. A przecież ma padać z ust komentatorów i dzieciaków zamawiających koszulki i gadżety ulubionego gwiazdora. Błaszczykowski zgodził się, by na plecach jego koszulki widniało nie nazwisko, ale pseudonim "Kuba". - Zupełnie jak Kaka - komentowały niemieckie brukowce. Brazylijczyk Kaka, a naprawdę Ricardo Izecson dos Santos Leite, to najlepszy piłkarz świata 2007 roku. A podobne skróty długich nazwisk to przywilej wyłącznie Brazylijczyków (Ronaldo, Cafu, Ronaldinho - to wszystko pseudonimy).
Choć nie znał języka niemieckiego, początki w klubie miał znakomite. W debiucie w meczu towarzyskim przeciwko słynnemu włoskiemu klubowi AS Roma strzelił gola, podawał przy kolejnej bramce i został wybrany na najlepszego piłkarza meczu.
Czytelnicy wpływowego piłkarskiego tygodnika "Kicker" uznali w sondzie, że Polak to drugi najlepszy transfer lata i będzie największym objawieniem ligi w nadchodzącym sezonie zaraz za wicemistrzem świata Francuzem Franckiem Riberym z Bayernu Monachium. Na koniec sezonu Francuz potwierdził te oczekiwania. Kuba, niestety, znalazł się daleko w rankingach.
Nim sezon zaczął się na dobre, przerwała mu go kontuzja mięśnia uda, uraz, którego leczenie jest przykre i przewlekłe. Przede wszystkim nie wolno przyspieszać powrotu na boisko. Ale bez Kuby klub spisywał się słabo, władzom zależało tak bardzo na jego powrocie, że nie czekały do końca rehabilitacji. Podczas jednego z pierwszych treningów kontuzja natychmiast się odnowiła. Znów musiał pauzować. I znów kazano mu wrócić do gry przedwcześnie.
Wyszedł w pierwszym składzie przeciwko wicemistrzowi Niemiec Werderowi Brema. Nie dotrwał nawet do końca pierwszej połowy. Biegnąc, nagle złapał się za udo i padł na murawę.
Wściekły na niemieckich lekarzy za wydanie zgody na grę zabiegom rehabilitacyjnym poddał się w klinice w Austrii, a konsultował się u wybitnego specjalisty Jerzego Wielkoszyńskiego w Piekarach Śląskich.
Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Kuba wystąpił w przegranym finale Pucharu Niemiec z Bayernem Monachium na Stadionie Olimpijskim w Berlinie. Na obóz reprezentacji Polski do Donauenschingen jechał jako pewniak. Ale na jednym z pierwszych treningów feralny mięsień znów dał znać o sobie. Zamiast trenować z drużyną, Kuba mozolnie wracał do formy z boku boiska pod okiem holenderskiego fizjologa Mike'a Lindemanna. Z dziennikarzami rozmawiać nie chciał. - Po prostu mam dosyć pytań, jak się czuję, słyszę je sto razy dziennie. Proszę, zobaczcie - pokazywał nam swój telefon komórkowy - 36 SMS-ów, wszystkie z pytaniem o to samo - narzekał.
"Przy niektórych sytuacjach na treningu odpuszczam, żeby nie zrobić sobie krzywdy. W głowie została pewna blokada, bo w ostatnim półroczu trzy razy doznawałem tej samej kontuzji, ale jeśli trener na mnie postawi, jestem gotów do gry" - mówił wczoraj dziennikarzom "Gazety"
Jerzy Brzęczek - już jako rodzinny, nieformalny menedżer - pomógł Kubie w przejściu do Górnika Zabrze w 2002 r., ale nastolatek nie zagrał ani jednego meczu w ekstraklasie, rozczarował się do życia w internacie i postanowił wrócić do Częstochowy.
Ale co ważniejsze - dzięki przyjaźni z olimpijczykiem z Barcelony Grzegorzem Mielcarskim, podówczas dyrektorem sportowym Wisły Kraków - trzy lata później Brzęczek pomógł siostrzeńcowi znaleźć miejsce w drużynie mistrza Polski, która wywalczyła wówczas trzeci tytuł z rzędu.
- Jak wszedłem do szatni i zobaczyłem dziesięciu reprezentantów Polski, to nie wiedziałem, co ze sobą zrobić - wspominał Błaszczykowski w jednym z wywiadów.
- Mówiono wtedy, że Kuba idzie do Wisły tylko dzięki wujkowi, czyli mnie. Ale transfer doszedł do skutku dzięki odwadze trenera Liczki, który zauważył, że tu nie chodzi o poplecznictwo, tylko o wielki talent - mówi Brzęczek.
Ale na początku kibice patrzyli na młokosa nieufnie, miał im bowiem zastąpić na prawym skrzydle rewelacyjnego Nigeryjczyka Kalu Uche, z którym Wisła gromiła tak renomowane europejskie kluby jak AC Parma czy Schalke Gelsenkirchen.
Błyskawicznie jednak stał się ulubieńcem kibiców "Białej Gwiazdy". Od początku zachwycał stylem gry. Polscy piłkarze, niestety, dawno zatracili umiejętność dryblingu i wygrywania pojedynków jeden na jeden. A Kuba nie tylko nie bał się ich, ale ogrywał rywali niemiłosiernie. Był też szybki jak wiatr. Mało kto potrafił go dogonić.
Kibice Wisły krótko cieszyli się Kubą. 22-latek natychmiast zwrócił na siebie uwagę łowców talentów z zachodniej Europy, czyli tzw. skautów. Latem 2007 najwięcej zdecydowała się zapłacić Borussia Dortmund, w latach 90. najlepszy klub ligi niemieckiej i triumfator prestiżowej Ligi Mistrzów. Tęskniąca za dawną wielkością Borussia zapłaciła 3,3 mln euro (ponad 130 razy więcej, niż dostał za Kubę półtora roku wcześniej trzecioligowy KS Częstochowa).
Podczas prezentacji Polaka na słynnym Westfalenstadion (gdzie przed rokiem Polska przegrała z Niemcami na mundialu) dyrektor sportowy Borussii Michael Zorc stwierdził, że to najlepiej wydane przez niego pieniądze w karierze.
- Jestem dumny, że udało mi się go wypatrzyć. Kuba ma potencjał, żeby stać się gwiazdą Bundesligi. Najbardziej podoba mi się to, że naciera z piłką na rywala niczym Alberto Tomba na slalomowe tyczki. Może okazać się najlepszym cudzoziemcem w historii naszego klubu - mówił.
To była wielka nobilitacja. Bo przecież w Borussii grały przed laty tak wielkie, jak Portugalczyk Paolo Sousa, Czesi Jan Koller i Tomas Rosicky czy Brazylijczycy Julio Cesar i Marcio Amoroso. Za tego ostatniego klub zapłacił aż 25 mln euro.
Kuba jak Kaka
Nim Kuba zacząć spełniać pokładane w nim nadzieje, pierwszy i jedyny raz w karierze odpuścił. Niemcy przekonali go, że jego nazwisko jest nad Renem niewymawialne. A przecież ma padać z ust komentatorów i dzieciaków zamawiających koszulki i gadżety ulubionego gwiazdora. Błaszczykowski zgodził się, by na plecach jego koszulki widniało nie nazwisko, ale pseudonim "Kuba". - Zupełnie jak Kaka - komentowały niemieckie brukowce. Brazylijczyk Kaka, a naprawdę Ricardo Izecson dos Santos Leite, to najlepszy piłkarz świata 2007 roku. A podobne skróty długich nazwisk to przywilej wyłącznie Brazylijczyków (Ronaldo, Cafu, Ronaldinho - to wszystko pseudonimy).
Choć nie znał języka niemieckiego, początki w klubie miał znakomite. W debiucie w meczu towarzyskim przeciwko słynnemu włoskiemu klubowi AS Roma strzelił gola, podawał przy kolejnej bramce i został wybrany na najlepszego piłkarza meczu.
Czytelnicy wpływowego piłkarskiego tygodnika "Kicker" uznali w sondzie, że Polak to drugi najlepszy transfer lata i będzie największym objawieniem ligi w nadchodzącym sezonie zaraz za wicemistrzem świata Francuzem Franckiem Riberym z Bayernu Monachium. Na koniec sezonu Francuz potwierdził te oczekiwania. Kuba, niestety, znalazł się daleko w rankingach.
Nim sezon zaczął się na dobre, przerwała mu go kontuzja mięśnia uda, uraz, którego leczenie jest przykre i przewlekłe. Przede wszystkim nie wolno przyspieszać powrotu na boisko. Ale bez Kuby klub spisywał się słabo, władzom zależało tak bardzo na jego powrocie, że nie czekały do końca rehabilitacji. Podczas jednego z pierwszych treningów kontuzja natychmiast się odnowiła. Znów musiał pauzować. I znów kazano mu wrócić do gry przedwcześnie.
Wyszedł w pierwszym składzie przeciwko wicemistrzowi Niemiec Werderowi Brema. Nie dotrwał nawet do końca pierwszej połowy. Biegnąc, nagle złapał się za udo i padł na murawę.
Wściekły na niemieckich lekarzy za wydanie zgody na grę zabiegom rehabilitacyjnym poddał się w klinice w Austrii, a konsultował się u wybitnego specjalisty Jerzego Wielkoszyńskiego w Piekarach Śląskich.
Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Kuba wystąpił w przegranym finale Pucharu Niemiec z Bayernem Monachium na Stadionie Olimpijskim w Berlinie. Na obóz reprezentacji Polski do Donauenschingen jechał jako pewniak. Ale na jednym z pierwszych treningów feralny mięsień znów dał znać o sobie. Zamiast trenować z drużyną, Kuba mozolnie wracał do formy z boku boiska pod okiem holenderskiego fizjologa Mike'a Lindemanna. Z dziennikarzami rozmawiać nie chciał. - Po prostu mam dosyć pytań, jak się czuję, słyszę je sto razy dziennie. Proszę, zobaczcie - pokazywał nam swój telefon komórkowy - 36 SMS-ów, wszystkie z pytaniem o to samo - narzekał.
"Przy niektórych sytuacjach na treningu odpuszczam, żeby nie zrobić sobie krzywdy. W głowie została pewna blokada, bo w ostatnim półroczu trzy razy doznawałem tej samej kontuzji, ale jeśli trener na mnie postawi, jestem gotów do gry" - mówił wczoraj dziennikarzom "Gazety"
Wykrakał. Wczoraj okazało się, że jego mięsień dwugłowy znów nie wytrzymał. Wieczorem zapadła decyzja - Kuba nie zagra na Euro.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX












odtwórz