Marcin Wojciechowski: Amerykański sąd najwyższy ostatecznie pozbawił obywatelstwa Iwana Demianiuka oskarżanego o udział w Holocauście jako strażnik obozów zagłady i obozów koncentracyjnych na terenie Polski i Niemiec. Ale od 30 lat sądy w USA i Izraelu nie mogą udowodnić Demianiukowi udziału w ludobójstwie. Co wiemy o jego wojennych losach?
Dariusz Libionka: Demianiuk trafił do niemieckiej niewoli jako żołnierz Armii Czerwonej. Od października 1941 r. Niemcy zaczęli tworzyć specjalne oddziały z myślą o przygotowywanej eksterminacji Żydów, której w Generalnej Guberni nadano później kryptonim "Akcja Reinhard". Na bazę szkoleniową Oddziałów Wartowniczych Dowódcy SS i Policji w Dystrykcie Lubelskim (taka nazwa obowiązywała od marca 1942 r.) wybrano podlubelskie Trawniki. Dlatego często ten oddział określany jest jako "ludzie z Trawnik". Miejscowa ludność nazywała ich "czarnymi" - od koloru mundurów. Nazwy te przewijają się w przypadku "akcji likwidacyjnych" gett w Lublinie, Warszawie, Białymstoku, Częstochowie i dziesiątkach mniejszych miejscowości, a wreszcie podczas powstania w warszawskim getcie. Strażnicy z Trawnik służyli we wszystkich obozach zagłady na terenie GG (w Bełżcu, Sobiborze i Treblince) oraz obozach pracy dla Żydów. Czasem używano ich także do wsparcia formacji policyjnych. Ich główną rolą było jednak otaczanie gett, asysta przy deportacjach, eskorta transportów oraz eksterminacja - bądź w ramach "akcji likwidacyjnych" w gettach, bądź już w obozach zagłady. Dali się zapamiętać jako wyjątkowo brutalna formacja.
Kto służył w tych oddziałach?
- Jeńcy Armii Czerwonej niebędący Rosjanami. Głównie Ukraińcy, Łotysze, Litwini, inne narodowości ZSRR oraz volksdeutsche. Pod koniec wojny próbowano robić nabór wśród ukraińskiej ludności mieszkającej na Lubelszczyźnie. Nie przynosiło to jednak spektakularnych efektów.
Największą grupę stanowili jeńcy sowieccy. Kuszono ich lepszymi warunkami życia, wyzyskiwano nienawiść do komunizmu i Żydów. Sytuacja w obozach dla jeńców Armii Czerwonej była tragiczna. Masowo umierali z powodu chorób, głodu, brutalnego traktowania. Ochotników do oddziału w Trawnikach na początku nie informowano, jaką będą pełnić funkcję. Kuszono obietnicami, że będą strażnikami albo policjantami. Dość szybko jednak orientowali się, do czego przeznaczone są formowane z nich jednostki. Miały miejsce niesubordynacja i liczne dezercje, również w szeregach załóg obozów zagłady. Oficerami i dowódcami byli Niemcy, obcokrajowcy mogli dosłużyć się najwyżej stopnia podoficera. Sami Niemcy skarżyli się w swoich raportach, że słabo sobie radzą z dyscypliną w podległych im formacjach pomocniczych.
Co wiemy o służbie Demianiuka w oddziale z Trawnik?
- Nie znamy szczegółowych okoliczności, w jakich trafił do oddziału. Prawdopodobnie do niewoli niemieckiej wzięto go wiosną 1942 r. Nie wiemy, kiedy przeszedł przeszkolenie w Trawnikach. Z jego zachowanej karty oddziałowej wiemy, że zakończył wojnę w niemieckim obozie we Flossenbürgu (skierowano go tutaj 1 października 1943). Wiemy także, że od 2 września 1942 r. był zatrudniony w należącym do SS majątku rolnym Okszów pod Chełmem. Wiadomo, że później, 27 marca 1943 r., trafił jako strażnik do Sobiboru. Znamy numer jego karty identyfikacyjnej (1393), który był kiedyś kwestionowany przez samego Demianiuka i jego licznych obrońców jako fałszywka sowieckich służb specjalnych, ale jak się okazało, niesłusznie - występuje on w kilku znajdujących się w różnych archiwach dokumentach. Np. w raporcie znajdującym się w archiwum w Wilnie, z którego wynika, że w styczniu 1943 r. Demianiuk był strażnikiem obozu koncentracyjnego na Majdanku. Pomiędzy tymi wzmiankami jest jednak sporo luk i białych plam, które wykorzystują obrońcy Demianiuka. Z całą pewnością był on strażnikiem na Majdanku i w Sobiborze. Ale nie wiemy, co konkretnie robił. Nie ma świadków ani dokumentów.
Czy nie możemy nawet domniemywać, co może mieć na sumieniu Demianiuk?
- Wiemy, że od końca marca 1943 r. służył w obozie zagłady w Sobiborze. Ale o dziwo, jego nazwisko czy twarz nie zostały zapamiętana przez byłych więźniów. A przeżyła ich spora grupa, bo w Sobiborze doszło do powstania i udanej ucieczki, którą przeżyło kilkadziesiąt osób. Może to świadczyć na korzyść Demianiuka, że nie był aktywnym katem. Z kolei gdy w latach 70. sprawa Demianiuka stała się po raz pierwszy głośna w USA, rozpoznano go jako kata Treblinki o pseudonimie "Iwan Groźny". Ale nie ma dokumentów potwierdzających obecność Demianiuka w Treblince. Istnieją natomiast poważne przesłanki, że za tym pseudonimem krył się ktoś inny. Dlatego sąd najwyższy Izraela ostatecznie uniewinnił go z zarzutu ludobójstwa w 1993 r. W archiwach sowieckich znaleziono zeznanie z 1949 r. kolegi Demianiuka, który był z nim w Trawnikach i potem w Sobiborze. Mówi on, że Demianiuk bardzo dobrze wywiązywał się z powierzonych mu obowiązków. I że brał udział w akcjach likwidacyjnych wokół obozu - konwojowaniu Żydów, wyłapywaniu ich podczas likwidacji okolicznych gett. Ale jest to w zasadzie jedyne świadectwo dotyczące bezpośrednio czynów Demianiuka. Jego nazwisko nie pada w czasie procesu innych strażników z Trawnik, który odbył się w ZSRR w latach 60., choć skazano na karę śmierci kilkunastu innych strażników z Sobiboru. Zastanawiające jest to, że Demianiuk nie próbował porzucić służby jak wielu jego kolegów decydujących się na dezercję. On trwał, co przemawia na jego niekorzyść.
Czy sam fakt służby w tym oddziale nie wystarczy, by uznać Demianiuka za zbrodniarza wojennego?
- W ZSRR pewnie takie zastosowano by kryterium. Ale w Europie Zachodniej już nie. W latach 70. w Hamburgu wszczęto śledztwo w sprawie niemieckiego komendanta Obozu Szkoleniowego w Trawnikach, SS-Hauptsturmführera Karla Streibla. Trwało 3,5 roku. Streibel został ostatecznie uniewinniony, bo nie udowodniono mu bezpośredniego udziału w ludobójstwie. To smutny paradoks, bo nie ma żadnej wątpliwości, że oddziały szkolone w Trawnikach brały bezpośredni udział w wymordowaniu 1,5 mln Żydów z Generalnym Gubernatorstwie. Więcej, formacja ta została specjalnie stworzona do czynnego uczestnictwa tej akcji. Ale niemieckiemu sądowi nie wystarczyło to do skazania Streibla. Generalnie wyroki dla członków tego typu formacji wydawane w Niemczech były znacznie łagodniejsze niż w ZSRR, czy Polsce.
Czy jest szansa na to, że w archiwach są dokumenty wnoszące coś nowego do sprawy Demianiuka?
- W Polsce już chyba nie. W latach 60. w sprawie strażników z Trawnik prowadzono dochodzenie w Lublinie, ale nazwisko Demianiuka nie wypłynęło. Udowodnienie, że to on był "Iwanem Groźnym" obsługującym komorę gazową w Treblince, wydaje się dziś mało prawdopodobne. Ale mogą wyjść na jaw dokumenty mówiące więcej o wojennej działalności Demianiuka w Sobiborze lub na Majdanku. Wątpię jednak, by stało się to za jego życia. On ma już 88 lat.
Czy w archiwach b. ZSRR mogą znajdować się jakieś niespodzianki w tej sprawie?
- Raczej nie, ale wciąż trzeba prowadzić poszukiwania. Ta część archiwów jest już dostępna dla historyków i była badana np. przez amerykańskiego historyka Petera Blacka z waszyngtońskiego Muzeum Holocaustu. Sprawa Demianiuka wyszła na jaw już w latach 70. Gdyby sowieci mieli na jego temat coś ciekawego, przecież by to ogłosili. Byłoby im na rękę udowodnienie, że USA przyznało obywatelstwo b. zbrodniarzowi hitlerowskiemu.
Wcześniej, mimo że znana była rola oddziałów z Trawnik w prześladowaniach Żydów w GG, nie prowadzono bardziej gruntownych badań na ten temat. Sytuację zmienił dopiero proces Demianiuka - wówczas zainteresowanie tą formacją ze strony historyków wzrosło. W 1993 r. ukazała się jedyna polska praca na ten temat autorstwa Marii Wardzyńskiej. Obawiam się, że sprawę Demianiuka pomoże nam wyjaśnić jedynie szczęśliwy traf, ale wcale nie musi nastąpić to szybko.
*Dr Dariusz Libionka pracuje w Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN oraz w Państwowym Muzeum na Majdanku. Jest naczelnym redaktorem rocznika "Zagłada Żydów. Studia"