http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polska - Ukraina. Nie ma jednej pamięci

Marcin Wojciechowski, Gazeta Wyborcza
2008-04-23, ostatnia aktualizacja 2008-04-22 11:06

Prezydent Lech Kaczyński robi dużo, by podkreślić swoje zaangażowanie na rzecz Ukrainy i dalszego pojednania między naszymi krajami. Ale planowane przez IPN obchody rocznicy rzezi wołyńskiej tę misję mogą mu uniemożliwić

Z żadnym krajem Polska nie ma tak intensywnych kontaktów jak z Ukrainą. Prezydentów Juszczenkę i Kaczyńskiego połączyła szczera sympatia, podobne - przyznajmy - dość konserwatywne i w gruncie rzeczy anachroniczne poglądy, wizja świata i historii.

Juszczenko chce przywrócić Ukrainie jej pamięć historyczną, ugruntować albo raczej zbudować poczucie tożsamości narodowej jej obywateli, wyemancypować Ukraińców z narzucanej im przez wieki roli młodszego brata Moskwy oraz powiązać siecią trwałych związków instytucjonalnych z Zachodem.

Kaczyński jest gotów w tym pomóc, rozumiejąc, że od trwałego przywiązania Ukrainy do Zachodu zależy w dłuższej perspektywie bezpieczeństwo Polski, która przestanie być wreszcie buforem między Zachodem i Rosją. To wizja Jerzego Giedroycia, innych publicystów "Kultury" paryskiej, ale także prof. Zbigniewa Brzezińskiego, powtarzającego często w swych wystąpieniach: "Bez niepodległej Ukrainy, nie ma niepodległej Polski".

Polski Związek Wypędzonych

W sensie geopolitycznym wydaje się to łatwe do zaakceptowania i jest akceptowane od lat przez całą polską klasę polityczną. Znacznie gorzej jest jednak z otwarciem się na Ukrainę na poziomie zwykłych ludzi. Choć od 1989 r. nastąpił ogromny postęp, to są wciąż środowiska nieufnie i niechętnie patrzące na Ukrainę, przede wszystkim z powodu trudnej historii między naszymi narodami.

Wystarczy przypomnieć warszawskich radnych PiS. Gdy w maju 2006 r. prezydent Lech Kaczyński brał udział z Wiktorem Juszczenką w podniosłej uroczystości pojednania w Pawłokomie pod Rzeszowem, gdzie oddział podziemia poakowskiego wymordował w 1945 r. kilkuset ukraińskich mieszkańców wsi, grupa warszawskich radnych PiS próbowała rozkręcić za miejskie pieniądze Instytut Kresowy oraz zainicjowała budowę pomnika Polaków zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w czasie tzw. rzezi wołyńskich w 1943 r.

Oba te projekty - choć stawiające sobie szlachetne cele - były w istocie wymierzone w sam środek realizowanej od kilkunastu lat polityki pojednania polsko-ukraińskiego.

Instytut Kresowy prowadziłby de facto działalność zbliżoną do niemieckiego Związku Wypędzonych Eriki Steinbach, który tak bardzo nie podoba się PiS i polskiej prawicy. Prędzej czy później doprowadziłoby to do nieuchronnych zgrzytów w stosunkach nie tylko z Ukrainą, ale także Litwą i Białorusią.

Zaś pomnik miał przedstawiać Ukraińców jako żądne polskiej krwi bestie, nazywać ich ludobójcami, w dodatku jego projekt opierał się na zdjęciu dzieci przywiązanych do drzewa drutem kolczastym, które - co zostało dowiedzione przez historyków - nie ma nic wspólnego z wydarzeniami na Wołyniu i przedstawia makabryczne morderstwo dzieci dokonane przez niezrównoważoną psychicznie matkę wiele lat przed wojną, niemające nic wspólnego z ukraińskością.

Obie inicjatywy - pomnika oraz Instytutu Kresowego - ostatecznie upadły, ale w towarzyszącej temu debacie ich zwolennicy używali argumentów antyukraińskich, np., że nad Dnieprem odradza się nacjonalizm, że gloryfikuje się przywódców UPA odpowiedzialnych za mordy na Polakach.

Argumenty mające niewiele wspólnego z prawdą padały najczęściej ze strony działaczy kresowych, tzw. środowisk patriotycznych oraz wspierających ich lokalnych działaczy PiS, których polemistami byli radni PO i LiD.

Władze krajowe PiS utemperowały najbardziej krewkich swoich działaczy, dopiero gdy zaczęli publicznie podważać politykę prezydenta Kaczyńskiego wobec Ukrainy, np. krytykować go za udział w uroczystościach w Pawłokomie.

Rachunek wołyńskich ofiar

W tym roku relacje polsko-ukraińskie czeka kolejna ciężka próba - 65. rocznica rozpoczęcia pacyfikacji polskich wsi przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w Galicji wschodniej. Doszło tam do tragedii, którą dzisiejszymi terminami można by określić mianem gigantycznej czystki etnicznej. Polscy badacze są zgodni, że akcja antypolska na Wołyniu była zaplanowana przez najbardziej radykalny odłam Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów podporządkowany Stepanowi Banderze (tzw. OUN-B), pod którego auspicjami powstała Ukraińska Armia Powstańcza (UPA).

Celem części jej dowódców było oczyszczenie Wołynia z Polaków, by stworzyć tam teren pod budowę jednolitego etnicznie państwa ukraińskiego.

Szacuje się, że w akcjach UPA na Wołyniu i w Galicji wschodniej zginęło ok. 100 tys. Polaków. Straty ukraińskie w akcjach odwetowych oddziałów AK oraz tworzonej spontanicznie przez Polaków samoobrony były trzykrotnie mniejsze.

Wołyń jest ostatnią niezagojoną raną w stosunkach Polski z Ukrainy. Zorganizowana pięć lat temu, w 60. rocznicę rzezi, uroczystość pojednania w Pawliwce (d. Porycku) z udziałem prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego i Leonida Kuczmy pozostawiła niedosyt.

Kuczma, który był wtedy skrajnie niepopularny na Ukrainie, zmagał się z kryzysem wewnętrznym, rosnącą w siłę opozycją i coraz bardziej dryfował w stronę Rosji, nie nazwał tego, co się stało w 1943 r., po imieniu.

W tym roku jest szansa naprawić ten błąd. Ale strona kresowa wspierana przez IPN robi wszystko, by uroczystości rocznicowe podzieliły, a nie połączyły Polaków i Ukraińców.

  • 102 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':