Najpierw zrzucili z głów czerwone czapki z białymi pomponami. Kierownicy Tesco w Tychach rozdawali je pracownikom na Mikołajki. Ludzie pocili się i czuli jak pajace. Ale nie było dyskusji, miały być na głowach i już, do Bożego Narodzenia.
Dwa lata temu postawili się dyrekcji i czapek mikołajowych już nie ma.
Pracownicy, którzy kończą po 23.15, dostają też od firmy taksówki. O tej godzinie spod marketu odchodzi ostatni autobus do centrum miasta i bez taksówki nikt by się nie zgodził zostać dłużej w pracy.
W zeszłym roku na stołówce ktoś rzucił hasło: "Wstępujemy do związków". Wybrali Sierpień '80. Z 380 pracowników zapisało się 130, sami "dołowi". Tak mówią o sobie fizyczni pracownicy Tesco w Tychach. "Dołowi", bo dniówkę zaczynają od zameldowania się w biurze na piętrze i zejścia na dół na halę. "Dołowi", bo tak na Śląsku nazywa się górników, którzy wykonują najcięższe prace pod ziemią.
Na przewodniczącą ludzie wybrali Elżbietę Fornalczyk, kasjerkę, bo jest najbardziej operatywna.
W czerwcu zrobili pierwszy strajk - włoski - który polega na tym, żeby obsługiwać klienta jak najdłużej. Na kasach wbijali kody towarów ręcznie, zamiast używać skanera.
W październiku wysłali do zarządu Tesco pierwsze pismo z żądaniem podwyżki o 700 zł dla każdego oraz ujawnienia kondycji finansowej spółki w Polsce.
Żądania nie zostały spełnione, nie pomogły spotkania z szefową kadr na kraj ani groźba strajku. Związkowcy oceniają, że wszystko robią zgodnie z prawem pracy, że dzisiejszy strajk jest legalny.
Równo o 15.00, gdy w sklepie zaczyna się największy ruch, staną kasy. Na początek na dwie godziny.
Można iść na siku, ale nie stać na kino
Tomasz Tosza kilka lat temu w "Gazecie" pisał, jak wielkopowierzchniowe sklepy wyzyskują pracowników. Spotykali się z nim potajemnie, nie podawali nazwisk.
Jak się wtedy pracowało w hipermarkecie? Prawie sześć godzin przy kasie i nie można odejść. Siku? Do pampersa! Wolna niedziela? Zapomnij! Pół tony na palecie? Ciągnij! Za jakieś 500-800 zł na miesiąc.
Michał, kierownik działu w jednym z wielkich sklepów, opowiedział - oczywiście anonimowo - dlaczego sklep słabo płaci. - A po co płacić więcej, skoro są tysiące chętnych do roboty?
Teraz jest inaczej. Sklepy ogłaszają: "Przyjmiemy do pracy", ale odzew jest mizerny. Gdy zechce się siku, kasjer może iść do toalety jak człowiek. Tylko płace wciąż marne.
Kobiety z Tesco na przerwach obiadowych opowiadają sobie o tym, co jest na półkach:
- Jak mi się ten płaszcz podoba! Prosty, długi, ze stójką. Kolor? Taka kawa z mlekiem. Chodzę, oglądam, wiadomo, nigdy nie kupię. Kosztuje 800 zł, tyle co moja miesięczna pensja.
- Każda patrzy, czy nabiału nie przecenili albo wędlin. Przecenami z naszego Tesco się żywimy.
- Pensja starcza mi akurat na czynsz. No, zostaje 40 zł, bo czynsz wynosi 520. Z czego żyję? Męża mam, jest górnikiem.
Jedna widziała fajną torebkę, druga bluzkę. Albo że w kinie leci fajna komedia. To są ich marzenia: wyjść z mężem do kina, pojechać na wczasy, wnuczce coś kupić takiego, co w telewizji reklamują.
Od trzech lat bezrobocie na Śląsku systematycznie spada. W maju w wojewódzkim urzędzie pracy zarejestrowanych było 199 tys. osób (rok wcześniej 268 tys.). W Katowicach stopa bezrobocia wynosi tylko 5 proc., w Bielsku-Białej - sześć, tyle samo w Tychach, gdzie jest specjalna strefa ekonomiczna i fabryki biją się o pracowników.
Źródło: Gazeta Wyborcza