Pielęgniarki domagały się wtedy podwyżek i chciały rozmawiać o tym z premierem Kaczyńskim. On z nimi rozmawiać nie chciał, więc okupowały pokój w jego kancelarii. Trwało to osiem dni. W tym czasie siostry miały trudności z dodzwonieniem się do kogokolwiek, odcięte od świata nie wiedziały, co się dzieje w białym miasteczku - czyli namiotach rozłożonych wzdłuż Alej Ujazdowskich naprzeciwko kancelarii premiera.
Były podejrzenia, że telefony pielęgniarek w budynku mogą być zagłuszane. Wczoraj szef BOR gen. Marian Janicki ujawnił w Radiu ZET, że to BOR zagłuszał pielęgniarki.
- Biuro dostało takie polecenie od szefostwa MSWiA - mówi "Gazecie" gen. Janicki. - Nie ma na to żadnych dokumentów, polecenie było ustne, ale o sprawie opowiedzieli mi moi współpracownicy.
Wyglądało to tak, że BOR przywiózł do kancelarii premiera specjalne urządzenie. - Gdy zostało włączone, telefony komórkowe zostały wyłączone - relacjonuje szef BOR.
Szefem MSWiA był wówczas Janusz Kaczmarek. Kaczmarek w książce "Cena władzy" opowiada, jak wicepremier Przemysław Gosiewski i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro rozmawiali o problemie pielęgniarek. Ziobro miał stwierdzić - według Kaczmarka - że "dobrze by było, gdyby pielęgniarki, które są w kancelarii premiera, nie komunikowały się z osobami na zewnątrz, że może należałoby te rozmowy zagłuszać. Niedługo później takie zagłuszanie zaczęło być stosowane".
Źródło: Gazeta Wyborcza