Przypomnijmy minister Radosław Sikorski został wezwany w poniedziałek "w trybie pilnym" do Warszawy na konsultacje z prezydentem przez prezydencką minister Annę Fotygę. Sikorski uczestniczył w Brukseli w roboczym unijnym spotkaniu szefów MSZ, umowie stowarzyszeniowej Serbii z UE.
Sikorski opuścił spotkanie i z przesiadką w Hamburgu doleciał wieczorem do Warszawy. Rozmowa miała mieć związek z "niespodziewaną wizytą" szefa MSZ na Ukrainie, ale ku jego zdumieniu dotyczyła głównie tarczy antyrakietowej i nominacji ambasadorskich.
Część komentatorów potraktowała wczoraj to zdarzenie jako kolejną medialną rozgrywkę między prezydentem a rządem. Posłanka PiS Elżbieta Jakubiak oskarżała Sikorskiego, że robi "teatr". Politycy z kręgów rządowych nieoficjalnie twierdzili, że prezydenccy ministrowie byli przekonani, że Sikorski nie przyjedzie i wtedy można byłoby mu wytknąć "brak szacunku dla głowy państwa".
Wczorajsze tłumaczenia obu stron do sprawy wniosły niewiele.
Przebywający w Kijowie Sikorski powiedział dziennikarzom, że ma wrażanie, iż prezydent znowu został wprowadzony w błąd przez swoich urzędników. - Pan prezydent sądził, że prosto z Kijowa lecę do Stanów Zjednoczonych, co nigdy nie było moim planem i co zostało przekazane przez mój sekretariat odpowiednim służbom prezydenta - powiedział. Zaznaczył jednak, że rozmowa z prezydentem była lepsza niż poprzednie.
Natychmiast zareagowała Kancelaria Prezydenta, że o żadnej pomyłce nie może być mowy. Pracownicy kancelarii znali plany Sikorskiego: że we wtorek miał jechać do Kijowa prosto z Brukseli, do kraju wrócić 29 stycznia, a już następnego dnia 30 stycznia lecieć do USA i Kanady. "Biorąc pod uwagę kalendarz Prezydenta RP oraz kalendarz ministra spraw zagranicznych poniedziałkowy termin konsultacji był jedynym możliwym terminem".
Co z zerwaniem wizyty w Brukseli? Zdaniem kancelarii prezydent nie precyzował godziny spotkania, dlatego "przerwanie wizyty w Brukseli było wyłączą inicjatywą ministra".
Źródło: Gazeta Wyborcza