Czy prezydent chciał przeczołgać dawnego polityka PiS, pokazać, że nie zapomniał mu zdrady barw partyjnych ani uszczypliwości pod adresem swoim i brata? Chciał pokazać, kto tu rządzi? Tak jak na niedawnej Radzie Gabinetowej, gdy próbował kierować rządem ponad głową premiera. Być może Lech Kaczyński chciał przykryć pokerową zagrywką kompromitację urzędników swojej kancelarii po katastrofie samolotu CASA. A może był to sygnał dla Kijowa, że w sprawach Ukrainy to prezydent jest najważniejszą osobą w Polsce, a nie premier czy szef MSZ.
Pewnie można wysnuć jeszcze z tuzin przypuszczeń, skąd tak gwałtowne zachowanie Lecha Kaczyńskiego. Tylko po co? Czy to normalne, by decyzje głowy państwa odczytywać za pomocą psychoanalizy i domysłów? I zastanawiać się, czym prezydent zaszokuje nas jutro? Kogo wezwie na dywanik? Na kogo się obrazi?
Po wyborczej porażce PiS Lech Kaczyński pogubił się w roli prezydenta. Swoją kancelarię przekształcił w przechowalnię dla polityków z kręgu brata. Jako głowa państwa stoi po stronie opozycji i gra na jej korzyść. Jego prezydentura ma coraz mniej wspólnego ze służbą dla kraju. Staje się służbą jednej partii, jednej wizji świata.
Prezydentura Kaczyńskiego staje się niezrozumiała nawet dla ludzi, którzy głosowali na niego niespełna dwa i pół roku temu.
Lech Kaczyński poniesie za to najpewniej srogą polityczną karę w przyszłych wyborach prezydenckich. Tak jak jego brat zapłacił utratą władzy po dwóch latach rządów. Ale piszę te słowa bez satysfakcji. Bo za działania prezydenta płaci również Polska.
Źródło: Gazeta Wyborcza