Tak było do niedawna, choć zdawać się dziś może, że to zamierzchła epoka. Oto Donald Tusk udziela w "Przekroju" wywiadu Piotrowi Najsztubowi. Szef rządu i poważny dziennikarz - a tu z czterech kolumn tygodnika wylewa się słowna magma, która nawet najbardziej zapalonych obserwatorów polityki nie poderwie na równe nogi. Premier opowiada, jak zmaga się z gorsetem biurokracji, "koncentrując wokół siebie prawdziwych mocarzy, żeby przełamać rutynę i procedury". Dziwi się, że ktoś wytyka mu brak cudów: "Kochani, jak możecie oczekiwać, żeby w ciągu 50 dni zrobić coś, na co czasami 50 lat nie starczyło niektórym". Dowodzi, że polityka i władza nie są po to, by "zbawić świat i ludzi". I, podpuszczany przez Najsztuba, zapuszcza się w świetnie już znany temat "miłości". Jedyny konkret to nieoczekiwane poparcie premiera dla prowokacji jako narzędzia CBA.
Trudno o lepszą ilustrację dla ciekawej analizy Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki w ostatniej "Polityce". Autorzy słusznie zauważają, że nie istnieje lansowany przez publicystów IV RP kontrast: podejmujący decyzje odważny PiS i miękka, niezdecydowana Platforma. Bo PiS, przy całej swojej retorycznej agresji, też uciekał od decyzji. Owszem, rozwiązał WSI i powołał CBA, ale niewiele więcej. Służba zdrowia czekała na uzdrowienie, autostrady - na budowniczych, Euro 2012 - na poważne projekty.
Rząd Tuska też na razie niczym nie zabłysnął. Ale, jak konkludują Janicki i Władyka, tak po prostu być musi: "W dzisiejszych rozwiniętych demokracjach jest coraz mniej miejsca na arbitralne decyzje władzy (...). Od rządów społeczeństwo wymaga przede wszystkim ludzkiej twarzy, dobrego stylu i sprawnego administrowania krajem. (...) Jeśli reformy, to powolne, ostrożne, metodą drobnych kroków. I trochę populizmu, bratania się, gładkiej skóry".
Czy aby na pewno? Jeszcze niedawno polskie społeczeństwo wcale spokoju nie łaknęło tak mocno jak dziś. Dobry styl i sprawne administrowanie nie były wizytówką Jarosława Kaczyńskiego, co nie przeszkadzało mu rządzić i dzielić przez dwa lata, utrzymując wysokie poparcie. Na finiszu przegrał dlatego, że przedobrzył w eskalowaniu konfliktów, zapętlił się w krucjatach, oderwał od zwykłego człowieka, którego wyniósł na piedestał. Nie zauważył, że czas "wzmożenia moralnego" minął i po zdarciu zasłony wyszło na jaw, że "wielkie sukcesy" rządu PiS to tylko nachalna autopromocja nieudolnej, irytującej ekipy.
Donald Tusk powinien przemyśleć tę lekcję. Bo czasy "miłości", które tak dziś upajają wyborców, nie będą trwać wiecznie. Zauroczenie ma to siebie, że jest silne, acz nietrwałe. A czas biegnie. Ten rok jest kluczowy - Platforma ma poparcie społeczne i żadnej kampanii wyborczej przed sobą, nadal utrzymuje się wzrost gospodarczy. Lepszych warunków w tej kadencji już nie będzie. Niestety, premier wciąż sprawia wrażenie, jakby dopiero co wprowadził się do swego gabinetu i sprawdzał, czy fotel jest wystarczająco miękki.
Niech więc Tusk zacznie w końcu rządzić - choćby ostrożnie i metodą drobnych kroków. Wywoła konflikty? To nieuniknione. Od umiejętności ich rozwiązywania zależeć będzie trwałość tej osobliwej "miłości" premiera i wyborców. Jako zdeklarowany monogamista Donald Tusk z pewnością docenia jednak wartość dojrzałych i stabilnych związków.
Źródło: Gazeta Wyborcza