Stanowcza reakcja biskupów polskich w kwestii zapłodnienia in vitro może zaskakiwać, skoro w naszym kraju ta metoda jest dozwolona i praktykowana od lat. Czyżby biskupi nie wiedzieli o tym i dopiero zapowiedź finansowania leczenia niepłodności obudziła ich czujność? To nieprawdopodobne. Trzeba szukać innego wyjaśnienia.
Sprawa stanęła wyraźnie przed oczami biskupów, kiedy stała się kwestią publiczną - obecną w mediach. Może więc sam fakt pojawienia się problemu w przestrzeni publicznej jest źródłem niepokoju. Reakcję sprowokowała przecież swoboda deklaracji przedstawicieli rządu w kwestii terapii in vitro.
Jako tło sporu zaczyna się jawić kwestia: czyj głos w kraju ma być głosem determinującym bieg spraw. Przy czym o słowa tu raczej idzie niż o czyny. Podobnie było w sporze o aborcję, gdzie deklaracje, prawne regulacje, bez względu na ich faktyczną skuteczność, były bardziej przedmiotem zabiegów aniżeli efektywna polityka zmniejszenia liczby aborcji w Polsce. Teraz znów mamy walkę na słowa, deklaracje obrony życia. Nie do końca wiarygodne, skoro składane poniewczasie.
Istotny spór bowiem toczy się o dominację symboliczną. Celem jest ustanawianie i podtrzymywanie dyskursu nadrzędnego, swego rodzaju metajęzyka, wobec którego zależne mają być inne partykularne sposoby widzenia rzeczy. Biskupi podjęli się artykulacji tego języka i podtrzymywania go w naszym kraju.
Któż może się przeciwstawić głosowi obrońcy moralności? Kto choćby wątpliwość wyrazi - współuczestnikiem zła się staje. Kościół powołany jest (tak myśli duchowny) do ochrony wyższych wartości, choćby przeciw zepsutemu narodowi. Kto dał jednak wyższy moralny status księdzu? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
A przecież, by możliwa była debata, otwarta rozmowa w kwestiach etycznych, potrzeba równości partnerów. Warto, by duchowni nie zapominali, że ich głos jest tylko jednym z równouprawnionych stanowisk w demokratycznym społeczeństwie, że nie mogą czynić siebie ostatecznymi arbitrami moralności. To trudna lekcja, chyba dziś najtrudniejsza dla katolicyzmu. Nie tylko w naszym kraju. Lekcja niezbędna, w przeciwnym razie grozi nam, podobnie jak w kwestii aborcji, głęboki społeczny podział, kopanie przepaści między zwolennikami cywilizacji życia a domniemanymi reprezentantami cywilizacji śmierci.
Kto jednak sieje podział i wrogość, zbiera żniwo podziału i wrogości. Warto o tym pamiętać choćby dlatego, że fortuna kołem się toczy.
filozof i teolog, wykładowca w Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. W latach 1986-2006 był dominikaninem