Współczesny populizm ma jeden cel: utrzymanie kontaktu z ludźmi. Dlatego też inicjatywy zmierzające do zwiększenia partycypacji wyborczej mogą całkowicie ignorować istotne znaczenie aktu głosowania. Proste wciśnięcie przycisku wystarczy, żeby zachować pozór partycypacji; a jeśli społeczeństwo nie wykazuje ochoty, żeby pójść do lokalu wyborczego i zagłosować, zmiana sensu głosowania wydaje się małą ceną za utrzymanie wskaźnika frekwencji wyborczej.
Podporządkowanie demokratycznego aktu głosowania celowi, jakim jest utrzymanie kontaktu z ludźmi, ma swoje paralele wżyciu kulturalnym. Wydaje się, że wszystko straciło tu swoje wewnętrzne znaczenie. Wiedzy, edukacji, wyższej edukacji, sztuki i kultury nie promuje się ze względu na nierozłącznie z nimi związane wartości.
Lepszy pub niż galeria
Instrumentalny stosunek do kultury nie jest czymś bezprecedensowym: komercjalizacja produkcji kulturowej zawsze sprzyjała instrumentalnemu podejściu do życia intelektualnego i artystycznego. Zmieniło się jedynie to, że kultury nie promuje się po prostu jako dobra ekonomicznego, lecz gorliwie propaguje jako dźwignię polityki społecznej inkluzji.
Tak jak w przypadku głosowania kulturze przypisuje się wartość, o ile wspiera populistyczny projekt włączania, partycypacji i dostępności. Już nie chodzi o to, czy jakaś instytucja lub wytwór kultury są dobre lub złe, piękne lub brzydkie, inspirujące albo nie, lecz czy są przydatne, dostępne i inkluzywne. Działania, które obiecują kontakt z publicznością, mogą liczyć na wsparcie i uznanie naszych elit kulturalnych bez względu na swoją treść.
W przeszłości tak zwaną kulturę wysoką oskarżano często o to, że została zmonopolizowana przez niewielką grupkę oligarchów i prosty lud nie może się nią cieszyć. Dziś wysuwa się wobec niej zarzut, że jest zbyt wymagająca, żeby być popularna, oraz że jest obca i obojętna wobec życia ludzi.
Intelektualne i artystyczne wyobcowanie było celem kpin populistów przez ostatnich trzysta lat. Dziś owa filisterska krytyka objęła już wszystkie aspekty życia kulturalnego, których nie uznaje się za przydatne dla społeczeństwa. Polityczni stratedzy i politycy oddani imperatywowi inżynierii społecznej czerpią ogromną przyjemność z atakowania największych muzeów i uniwersytetów za zbytnią wyniosłość i elitarność.
Matthew (teraz lord) Evans, który został wyznaczony na przewodniczącego Resource, ciała doradzającego brytyjskiemu rządowi w kwestii muzealnictwa, w mowie inauguracyjnej z 2000 r. stwierdził, że muzea muszą zademonstrować swoją "przydatność dla lokalnych społeczności", umieszczając eksponaty w sklepach i pubach.
W Wielkiej Brytanii nieżyczliwe uwagi o elitach z Oksfordu i Cambridge weszły do stałego repertuaru populizmu politycznego. Tak jakby wystawienie jakiegoś obiektu w pubie mogło być powodem do chwały tylko dlatego, że jest to pub, a nie National Gallery.
Gdy takie wartości jak przydatność czy dostępność zyskują fundamentalne znaczenie, stają się arbitrami w kwestiach edukacji i kultury. To od nich zależy ocena koncepcji socjologicznej, opery czy sztuki Szekspira. A jeśli te okażą się nieprzydatne lub niedostępne, może się zdarzyć, że będą musiały stawić czoło przeróbkom w imię użyteczności dla projektu inżynierii społecznej.
We wrześniu 2003 roku media donosiły, że Classical Theater Lab z Los Angeles rozpoczął cykl przyjaznych dla publiczności wystawień Szekspira. Przedsięwzięcie nosiło tytuł "Kto się boi Williama Szekspira?". Aktorzy objaśniali historię w trakcie przedstawienia i zatrzymywali akcję, żeby odpowiedzieć na pytania z sali.
Za zabiegiem uproszczenia Szekspira przez artystów z Classical Theater Lab nie stoi żadna koncepcja artystyczna domagająca się zasadniczej reinterpretacji dzieł starego mistrza. Jakkolwiek reinterpretacja dzieła związana ze zmianą wrażliwości artystycznej stanowi nieodłączną część procesu ewolucji teatralnej, w tym wypadku jednak nie jest ona wynikiem sądu estetycznego, lecz troski o to, żeby dopasować się do publiczności. Podobnie jak przy e-wyborach w grę wchodzi tutaj raczej pragnienie ustanowienia i rozwinięcia kontaktu z publicznością niż dbałość o jakość tego kontaktu - celem jest uczynienie Szekspira łatwo strawnym.
Pewnych form praktyki kulturalnej nie da się jednak uprościć ani uprzystępnić. Trudno na przykład przekształcić złożoną muzycznie symfonię tak, aby zmieniła się w przyjazną rodzinną rozrywkę. Zamiast więc ją przerabiać zgodnie z populistycznymi potrzebami, trzeba sprawić, aby znikła lub by była traktowana z pogardą.
Niebezpieczne biblioteki i prace domowe
Dobrym tego przykładem jest krytyka pisemnej pracy studenckiej. Zdaniem niektórych orędowników dostępności jest ona formą tak elitarną, że przeciętny student jej nie sprosta. Richard Winter, profesor Anglia Polytechnic University, uważa, że pisanie esejów jest "trudne zwłaszcza dla tych, którzy wracają do nauki po długiej przerwie lub należą do pierwszego pokolenia odbierającego wyższe wykształcenie".
Winter sądzi, że esej "pozbawia głosu studentów, którzy są w stanie wyrazić zrozumiale swoje idee za pośrednictwem innych form i stylów"; poza tym istnieją lepsze sposoby nauki. Winter woli coś, co nazywa tekstowym patchworkiem prac domowych: ciąg krótkich wypracowań pomyślanych tak, żeby studenci czuli się wygodnie i pewnie.
Stanowisko Wintera odzwierciedla powszechniejszą tendencję do podporządkowania edukacji i kultury dyktatowi inkluzji społecznej. To nie impuls do doskonalenia umysłu ożywia tę tendencję, lecz coś zewnętrznego wobec edukacji i kultury, mianowicie polityka włączania. Za wezwaniem do zastąpienia eseju tekstowym patchworkiem prac domowych stoi przekonanie, że między studentem a jego studiami nie powinno znajdować się nic "obcego". W wypowiedzi Wintera nie chodzi o samą formę pracy pisemnej. Żeby jednak wypromować tekst-patchwork, Richard Winter musi podważyć jego wartość.
Przykład ten pokazuje, że zjawisko równania w dół nie jest skutkiem ubocznym kampanii na rzecz poszerzania dostępu do wyższego wykształcenia, lecz nieuchronną konsekwencją przyjęcia perspektywy, w której celem edukacji jest dostęp i włączenie.
Innego przykładu tej endencji dostarcza dyskusja na temat bibliotek publicznych. Brytyjskie ministerstwo kultury, mediów i sportu uważa, że biblioteki mogą odstręczać ludzi, ponieważ za bardzo przypominają... biblioteki. W jednym z raportów ministerstwa przypuszcza się, że bibliotekarze ograniczają dostęp do bibliotek pewnym ludziom lub grupom społecznym z powodu swojej "nieodpowiedniej postawy lub zachowania" oraz ze względu na to, że kierują się "niewłaściwymi zasadami lub regulacjami". Autorzy raportu "Better Public Libraries" (Lepsze biblioteki publiczne) opublikowanego przez Commission for Architecture and the Built Environment (Komisję ds. Architektury i Budownictwa) w sierpniu 2003 roku winą za 17-procentowy spadek odwiedzin w bibliotekach obwiniają "tradycyjne wyobrażenie wypożyczalni". Domagają się, aby biblioteki stały się "salonem miasta":
"Nowe biblioteki powinny stopniowo stawać się miejscem, w którym dużo czasu zechcą spędzać studenci, bezpiecznym schronieniem dla dzieci, wręcz domem poza domem. Muszą znaleźć się w nich kafejki, przestrzeń do wygodnego odpoczynku oraz strefy relaksu, gdzie młodzi ludzie będą mogli obejrzeć MTV, poczytać czasopisma i posłuchać muzyki".
Źródło: Gazeta Wyborcza