Dwa lata temu Dukaj w głośnym eseju "Lament miłośnika cegieł" na łamach "Gazety" wprost zadeklarował się jako zwolennik tradycyjnej, dziewiętnastowiecznej prozy, "rozlanej szeroko na setkach stron, z epickim oddechem, wciągającej tak, że człowiek zupełnie się w lekturze zatraca i wraca do niej wieczór za wieczorem, zapadając w fikcyjny świat".
Idąc na przekór modom i rynkowym tendencjom, Dukaj rzeczywiście takie książki regularnie serwuje czytelnikom - "Lód" ma ponad tysiąc stron, przy czym wszystkich absolwentów "kursów szybkiego czytania" muszę uprzedzić, że Dukaj to nie Stephen King, szybkie czytanie w roztargnieniu tu po prostu nie jest dostępną opcją.
Nie dość na tym, że szkoda Dukaja czytać po łebkach, bo co zdanie tutaj to aforyzm, to jeszcze akcja jego powieści jest wyjątkowo gęsta - trudno zliczyć wszystkie trupy, wszystkie śmiertelnie pojedynki czy choćby wszystkie ciężkie obrażenia, jakie bohater odnosi, walcząc z licznymi przeciwnikami lub po prostu siłami natury.
Wartka akcja "Lodu" może nawet zaskoczyć miłośników Dukaja - jego książki dotąd budziły szacunek intelektualnym rozmachem i świeżością pomysłów (zadającą kłam teoretykom mówiącym, że w fantastyce nie da się już wymyślić nic naprawdę nowego), ale rzadko kiedy czytało się je z wypiekami na twarzy. "Lód" to tymczasem fabuła sensacyjna par excellence.
Czas już najwyższy napisać coś o tej fabule - chociaż pamiętam, że w tym samym eseju Dukaj sarkał też na powieści, które da się streścić "w trzech zdaniach". "Lodu" faktycznie tak się streścić nie da.
Zamiast streszczać, opiszmy. Akcja "Lodu" dzieje się w roku 1924 w alternatywnej rzeczywistości różniącej się od naszej tym, co rozbiło się w roku 1908 w rejonie syberyjskiej rzeki Podkamienna Tunguzka. W naszym świecie spadło tam nie bardzo wiadomo co (asteroida? jądro komety?), w każdym razie to coś narobiło dużo huku i sprawiło, że daleko poza Syberią jeszcze tygodniami doświadczano zjawiska białych nocy.
W świecie Dukaja meteorytem tunguskim na naszą planetę przybył właśnie tytułowy "Lód". Co to dokładnie znaczy? To główny bohater powieści usiłuje zrozumieć przez kilkaset stron. Reszta ludzkości roku 1924 wie zaś tyle, że w samym miejscu katastrofy tunguskiej panuje teraz tzw. zero bezwzględne - minus 273 stopnie Celsjusza, temperatura, poniżej której zabrania zejść fizyka.
Co więcej, fale mrozu promieniującego z miejsca uderzenia stopniowo opanowują całe imperium rosyjskie, docierając już nawet do Warszawy. Okazuje się przy tym, że w pobliżu zera absolutnego zachodzą reakcje chemiczne prowadzące do powstawania nowego typu minerałów, których wydobycie przynosi krociowe zyski.
Dukajowy "lód" w przenośni i dosłownie zamraża więc imperium Romanowów - strumień pieniędzy płynący z przemysłu wydobywczego przywraca chwiejącej się carskiej Rosji status mocarstwa. W świecie tej powieści nie było nigdy pierwszej wojny światowej, a więc także rewolucji październikowej, nie ma też mowy o niepodległej Polsce.
Bohaterem powieści tymczasem jest właśnie Polak - Dukaj lubi swoje niezwykłe światy pokazywać nam oczami rodaka, słusznie zapewne zakładając, że swojskość bohatera pomoże jakoś się w tym świecie odnaleźć. Tym razem jednak role się odwracają: to raczej bohater książki zmusza nas do spojrzenia swoimi oczami na polską codzienność - za Benedyktem Gierosławskim, protagonistą "Lodu", zaczynamy się zastanawiać, czy Polska jako taka w ogóle jest konieczna.
Czy niepodległość w roku 1918 odzyskaliśmy dzięki - jak to lubimy sobie opowiadać w naszej narodowej mitologii - duchowej wartości naszej kultury, a może dzięki wyjątkowo zręcznej polityce Dmowskiego i Piłsudskiego, czy też po prostu był to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, coś w rodzaju niespodziewanej pomyłki dziejowego bankomatu, który pomylił się na naszą korzyść i wypluł stos banknotów niemających pokrycia na koncie.
W świecie "Lodu" do tej pomyłki nie doszło. Powieściowi Polacy robią wrażenie pogodzonych z brakiem szans na odzyskanie niepodległości, Syberię za to po stuleciu zsyłek na białe niedźwiedzie znają jak własne podwórko, więc doskonale odnajdują się w roli pionierów błyskawicznie rozkwitającego przemysłu bazującego na wydobyciu i obróbce nowych minerałów.
O niepodległości wciąż jeszcze marzy Piłsudski, od czasu do czasu wysadzający w powietrze syberyjską infrastrukturę i marzący o wzięciu rosyjskiego imperium w dwa ognie w sojuszu z Japonią. Większość Polaków - nie mówiąc już o Rosjanach - ma go za nieodpowiedzialnego terrorystę, ale być może "towarzysz Wiktor" wie o tunguskiej zagadce coś, czego nie wiedzą inni?
Carskie władze najwyraźniej muszą rozważać taką opcję, skoro postanawiają wysłać na Syberię głównego bohatera - syna zesłańca, który zniknął gdzieś w lodowych bezkresach. Na jego temat krążą najbardziej fantastyczne plotki, według niektórych z nich nawiązał nawet jakąś łączność z tym, co eksplodowało nad Podkamienną Tunguzką.
Benedykt Gierosławski - wieczny student, wykolejony, zapijaczony, uzależniony od hazardu i zadłużony u wszystkich warszawskich lichwiarzy - zostaje więc przez carskich czynowników ogolony, elegancko ubrany i zapakowany do ekspresu transsyberyjskiego z misją, której sam do końca nie pojmuje. Rzecz jasna, różnym wpływowym instytucjom zależy na tym, aby nie dojechał (lub właśnie dojechał), bo od jego misji zależą interesy rozmaitych prywatnych korporacji, służb specjalnych, wywiadów wojskowych, sekt religijnych i ugrupowań terrorystycznych.
Choćby słowo streszczenia fabuły ponadto byłoby już zbrodnią zdradzającą czytelnikom kolejne sensacyjne zwroty akcji - powiedzmy w każdym razie, że wyobraźnia Jacka Dukaja podsuwa nam komentarze, którymi zmieniony bieg historii opatrzyli Mikołaj Bierdiajew, Lew Trocki, Grigorij Rasputin, Tadeusz Kotarbiński, Nikola Tesla, Wacław Sieroszewski i wspomniany już Józef Piłsudski. Nie zdradzę natomiast, kogo z tej listy Gierosławski spotka osobiście.
Bardziej niż jakakolwiek dotąd książka Dukaja ta igra ze współczesnymi polskimi pytaniami. Czy przypadkiem rok 1989 nie był taką samą niespodziewaną pomyłką historii na naszą korzyść? Czy chociaż tym razem nie zmarnujemy wygranej?
Ile prawdy jest w mitach "Polaka wiecznego konspiratora" czy "polnische Wirtschaft"? Dukaj przypomina udział Polaków w gospodarczym podboju Syberii przed rokiem 1908 - fakt, który wyparliśmy z narodowej świadomości, bo zbitka "Polak na Syberii" automatycznie musi nam się kojarzyć z zakutym w kajdany zesłańcem, a nie z biznesmenem przypalającym cygaro banknotem, choć to drugie jest równie prawdziwe. Co więcej, jak opisywał to Sieroszewski, który swoje zesłanie potraktował jak wyprawę badawczą, ten pierwszy po odbyciu wyroku często stawał się tym drugim.
Pytania, jakie dotąd stawiał Dukaj w swoich powieściach, miewały grzech akademickiej abstrakcyjności - na przykład: "Jak wyglądałby pojazd kosmiczny, gdyby prawdziwe były wyobrażenia starożytnych Greków o fizyce?" ("Inne pieśni"). Tym razem mamy tu jednak fascynujące pytania bezpośrednio dotyczące polskiej codzienności - a przy tym można się głowić nad nimi, śledząc sensacyjną akcję godną Ludluma.
Źródło: Gazeta Wyborcza