Błąd B. Sawickiej, wina człowieka najpewniej, na razie nie osądzona, ale hipotetycznie prawie pewna, ubolewania godna sprawa i małość karłów grających rolę pseudo-Dostojewskiego. Dostojewskiego dla ubogich, w inscenizacji nieszczęścia ludzkiego, bo popełnienie przestępstwa jest również nieszczęściem dla tego, który je popełnia. Osądzanie tego typu czynów nie powinno się odbywać w atmosferze walki partyjnej, pod hasłem odnowy moralnej, chyba, że ktoś ma mentalność karła moralnego. Ja w swoim czasie powiedziałem o dewiantach i obraziło się kilka osób, nożyce się odezwały. Ktoś, kto tę sprawę zainscenizował - podobno pan premier o niczym nie wiedział. No jak nie wiedział, to nie jest winien. Okazuje się, premier rządu nie wie, co robi pan Kamiński. No jeżeli nie wie, to co ja mogę o tym powiedzieć? Czy ja mam robić porządki w PiS-ie? Pewne przejawy i zachowania, nie w tej jednej sprawie, wskazują na kalectwo moralne, na dewiację moralną, tym boleśniejszą, że ja należałem do ludzi, którzy uważali, że zarówno PiS, jak i PO w 2005 r. to są partie, które niosą gwarancje moralności chrześcijańskiej w katolickim państwie. W sprawie posłanki Sawickiej naruszono standardy moralne, standardy dobrych obyczajów, posłużono się błędem, winą, czy grzechem kobiety dla robienia show na poziomie, jaki reprezentował ten rząd w okresie koalicji - to pewna spuścizna po moralnej nizinie Samoobrony. O Kamińskim nie myślę nic złego, pamiętam go z okresu rządów Jerzego Buzka jako poważnego, zaangażowanego człowieka prawicy. Jednocześnie Kamiński zachowuje się w sposób partyjny, a są pewne funkcje w państwie - służby specjalne, również policja, sądownictwo, prokuratura, które muszą być poza wszelkimi podejrzeniami jakiejkolwiek partyjności. (...) W charakterze prezesa walczącej partii Jarosław Kaczyński jest antypatyczny, zakompleksiony. obciążony arogancją, bardzo inteligentny, bardzo zdolny, myślę, że zdolny do bardzo wielu rzeczy. (PAP, 17.10.2007)
W 2005 r. popełniłem błąd nie opowiadając się zdecydowanie za którąś z dwóch największych partii: PiS bądź PO, uważając, że nie ma znaczenia, na którą z nich odda się głos. W wyborach ważny jest każdy oddany głos i obecność i udział każdego z nas w tym, co się w tym kraju dzieje. Bo na miejsce tych, którzy nie pójdą, pójdą ci dobrze zorganizowani, niektórzy z krzyżem na piersi, a niektórzy krzycząc „Polska”, a inni nic nie krzycząc, tylko pomaszerują i będą wybierać coś, co nas nadal będzie trzymać w dystansie od wspólnoty prawdziwej i pogłębionej z wielką rodziną narodów Europy, do której weszliśmy z takimi trudnościami, tak stosunkowo szybko. (PAP, 10.10.2007)
W obecnej sytuacji w Polsce jedynym wyborem, który służy Polsce, jest oddanie głosu na Platformę Obywatelską. Kto zdecyduje inaczej, decyduje na własną odpowiedzialność. Ale niech potem nie narzekają. A boję się, że bardzo szybko będą narzekać. Kiedy przeczytałem w poniedziałek w dzienniku „Fakt” zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego jak on widzi rządzenie, ciarki mi przeszły po kręgosłupie. I powiedziałem: nie, ja zrobię wszystko co w mojej mocy, aby umrzeć w kraju stabilnym, demokratycznym, w państwie prawa, w państwie samorządnym, gdzie ludzie w powiecie, gminie, mieście, mają coś do powiedzenia. Gdzie ludzie w sądach są niezawiśli, gdzie prokurator się nie boi. Gdzie wojewoda nie jest tylko wykonawcą, ale także odpowiedzialnym działaczem społecznym, choć urzędnikiem państwowym. Gdzie sejmiki, rady miejskie odgrywają rzeczywistą rolę w kształtowaniu przyszłości. Wczoraj Jarosław Kaczyński oświadczył, że PiS powinno rządzić samodzielnie. Nie jest to formuła szalenie oryginalna - jeden wódz, jedna partia, jedne szeregi, jedna centrala, bez żadnych samorządów i kasy chorych ( ) silna władza. Siła? To przerabiano w Europie. Zaczynało się od ograniczania swobód, od pomiatania i piętnowania ludzi, a zapominało się o szacunku dla ludzi. We wcześniejszych wypowiedziach użyłem określenia „dewianci”, żadnych nazwisk, i okazało się, że to wzięło do siebie wiele osób. Koziołek Matołek to bardzo sympatyczny koziołek, tyle że nie aspirował do tego, żeby prowadzić politykę zagraniczną. Ja o Makuszyńskim, a nożyce się odzywają. Na miły Bóg! Niedługo nie będzie można o małpach nawet mówić, dlatego że Makuszyński napisał również kilka tomów przygód małpki Fiki Miki i ostatni tom tych przygód zamyka się słowami: „Na nic płacze, na nic krzyki, koniec przygód Fiki Miki”. Może skończą się przygody Fiki Miki, bo to są poważne sprawy. (...) W rządzie Jerzego Buzka współpracowałem m.in. z Bronisławem Komorowskim jako szefem MON, Lechem Kaczyńskim jako ministrem sprawiedliwości i Kazimierzem Ujazdowskim jako ministrem kultury i nie było między nami żadnych generalnych różnic. Nigdy nie usłyszałem od któregokolwiek z nich, aby widzieli mnie w pozycji na klęczkach czy na czworakach, czy w pas, czy coś podobnego. To jakieś gimnastyczne określenia, które nie bardzo się mnie trzymają. Ja w pas kłaniałem się, a nawet klękałem przed dwoma głowami państwa kościelnego: przed Janem Pawłem II i Benedyktem XVI. Ponadto przed nikim z żyjących tego nie praktykowałem. (PAP, 09.10.2007)
Ja chcę umrzeć w kraju wolnym i stabilnym. Ja kategorycznie wypraszam sobie rządzenie Polską przez niekompetentnych ludzi, działaczy partyjnych, niekompetentnych dyplomatołków. Polska potrzebuje rządu, a nie nierządu, Polska potrzebuje rządu, w którym będzie widziała ludzi godnych szacunku, szanujących innych ludzi, a nie ludzi napęczniałych nienawiścią. Apeluję, by nie wierzyć frustratom i dewiantom politycznym, którzy swoje kompleksy odreagowują na narodzie. W demokracji jedynym sposobem na złe rządy jest ich przeczekanie. Myśmy przeczekali, ale nie możemy sobie dalej pozwolić na takie marnowanie szansy historycznej. W Unii Europejskiej nikt nam nie grozi. (PAP 29.09.2007)
Mogę komentować rzeczywistość, bo jestem wesołym i bezpartyjnym staruszkiem. Wbrew panującej modzie ostatnie 17 lat w polskiej dyplomacji nie były zmarnowane. To w tym czasie Polska stała się członkiem UE i NATO. W 2006 r. został polskiej dyplomacji wbity nóż w plecy, twierdzeniem szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego Antoniego Macierewicza, że ponad połowa szefów MSZ to byli agenci obcego wywiadu. Wówczas Polska została publicznie spoliczkowana. Nie było takiego przypadku w historii świata, nawet Trzeciego Świata, może poza chińską rewolucją kulturalną. Obecnie głosi się, że osiągnięciem szczytowym naszej dyplomacji były ustalenia z Nicei z grudnia 2000, gdzie państwa UE zaakceptowały korzystny dla Polski system głosowania w Radzie UE. A któż do diabła szczytował wtedy - Buzek, Bartoszewski i Saryusz-Wolski. Dlaczego zapomniano, kto to zrobił? Przecież nie czerwony rząd. Niedawno dowiedziałem się, że z Niemcami podpisano jakiś byle jaki układ w 1991 r., a potem stosunki ustały. Czyje stosunki ustały, czyje nie. Jak ktoś się obracał najwyżej między Warszawą a Wybrzeżem i nigdzie więcej, to mu ustało, jeżeli mu ustało, to jest sprawa. Ja nikomu nie narzucam, gdzie ma jeździć na wakacje. W 1995 r. ja jako polski minister spraw zagranicznych przez godzinę przemawiałem w Bundestagu. Przez godzinę było 21 milionów włączeń telewizji niemieckiej. Do dziś pamiętają, u nas nie. Obecnie zachwiano fundamenty polskiej polityki zagranicznej, a kiedyś Polska była wiarygodnym partnerem, teraz zaś jest niezrozumiałym. O co właściwie chodzi? Czy o ambicjonalne sprawy, czy inne. Ale o co rzeczowo chodzi? (PAP, 24.09.2007)
Prezydent Lech Kaczyński nie zwołał ani razu Kapituły Orderu Orła Białego, choć ustawa o orderach i odznaczeniach mówi, że pięcioosobowa kapituła bada, ocenia i opiniuje wpływające wnioski. O przyznanych orderach dowiadywałem się z gazet. Uważam po roku i czterech miesiącach, że moja rola jako sekretarza kapituły jest zupełnie fikcyjna, nie spełniam oczekiwań wynikających z ustawy. A ja fikcyjnie działać nie zamierzam. Co, ja jestem palant? Rok i cztery miesiące wytrzymywałem ten stan rzeczy, ale jeżeli 3 maja dowiedziałem się znowu o orderach z gazet, to przepraszam. Pan Kwaśniewski nigdy by sobie nie pozwolił na to, żeby nie zapytać kapituły. („Dz”, 12.05.2007)
Nie było komentarza Anny Fotygi po wypowiedzi Antoniego Maciereiwcza na temat byłych szefów MSZ, przynajmniej ja go nie zauważyłem. Jak każdy śledzę gazety, oglądam telewizję, słucham radia, ale nie spotkałem się z żadnym komentarzem. Pani minister miała kilkuminutowe wystąpienie w Sejmie na Komisji Spraw Zagranicznych, z którego absolutnie nic nie wynikało, a w każdym razie nie wynikało ani jedno zdanie negatywnej oceny zarzutów ryczałtowych, które padły pod adresem kierownictwa resortu Spraw Zagranicznych w ogóle. Oczekiwałbym, że szefowa polskiej dyplomacji wypowie się, co sądzi o koncepcji, że w ciągu 16 lat ministrowie spraw zagranicznych i ich aparat byli w służbie obcego wywiadu. Nie interesuje mnie oświadczenie ministra transportu, czy ekologii, bo oni do tej sprawy kompletnie nic nie mają, ale komentarz premiera i szefa MSZ, jako osób w tej kwestii kompetentnych. (PAP, 28.08.2006)
Źródło: Gazeta Wyborcza