W poniedziałek o kontrowersyjnym procesie przypomniał tygodnik "Newsweek". Dwa lata temu sam Ziobro w wywiadzie dla "Gazety" w 2005 r. mówił o sprawie tak: "Zatrzymał się u mnie w Krakowie na kilka dni dawny kolega z liceum. Z kilku dni zrobiło się kilka miesięcy. Nie bardzo mi odpowiadał jego styl bycia, no i to, że był na moim wikcie. Zacząłem go grzecznie wypraszać. Bez skutku. Musiałem więc to zrobić bardziej stanowczo. Mój gość zniknął, ale ja zacząłem dostawać anonimy, telefoniczne pogróżki, a wreszcie żądania pieniędzy pod groźbą śmierci. Zidentyfikowałem autorów. Zaprosiłem na piwo. Ukryłem w kurtce dyktafon i zacząłem szantażystów nagrywać".
W 1994 r. prokuratura po doniesieniu Ziobry oskarżyła Marka K. o szantaż. Najpierw go skazano, potem uniewinniono. W 2003 r. po dziewięciu latach ostatecznie oczyszczono z zarzutów.
Aby poznać szczegóły procesu, dziennikarze z kilku różnych gazet wystąpili do krakowskiego sądu okręgowego o udostępnienie akt. Zrobiła to również "Gazeta". Odmówiono nam. Sąd tłumaczył, że w maju akta pojechały do ministerstwa. - Wysłaliśmy je wraz z odwołaniem dziennikarza tygodnika "Newsweek" od decyzji odmawiającej dostępu - tłumaczy wiceprezes Sądu Okręgowego w Krakowie Witold Koryciński.
Dlaczego odmówiono dziennikarzom? - Akt archiwalnych udzielamy do celów naukowych albo kulturalnych, a dziennikarze tego nie wymienili - tłumaczy sędzia Koryciński. - Pozostaje też kwestia ochrony interesu stron postępowania.
- Przecież pan Marek K. został uniewinniony - mówimy. - Ale przesyłano listy z pogróżkami. Ponowne rozpowszechnianie treści obelg może naruszyć dobra osobiste pokrzywdzonego - przekonuje Koryciński.
Zapytaliśmy Ministerstwo Sprawiedliwości, kiedy udostępni akta. Rzecznik resortu nie był w stanie nam na to odpowiedzieć.
Dla Gazety
Prof. Zbigniew Hołda, karnista UJ, Helsińska Fundacja Praw Człowieka
Dziennikarzom można zastrzec dostęp do akt tylko wówczas, gdy sprawa jest z wyłączeniem jawności bądź istnieje obawa naruszenia prywatności. Tutaj powinna być wręcz wzmożona jawność ze względu na osobę będącą jedną ze stron. Czytelnicy mają prawo dowiedzieć się, o co tutaj chodzi.
Źródło: Gazeta Wyborcza