Biznesmen miał być przesłuchany jako podejrzany o składanie fałszywych zeznań i utrudnianie śledztwa dotyczącego przecieku o akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Jeszcze w czwartek Krauze się wahał. Według źródeł "Gazety" wieczorem jego doradcy orzekli, że bezpieczniej będzie, jeśli na razie nie wróci z zagranicy. - Nie mamy gwarancji, że w ramach przedwyborczych igrzysk prezes nie zostanie zatrzymany, a telewizja będzie go pokazywać w kajdankach - mówi jeden z doradców biznesmena.
Wczoraj rano sam Krauze wydał oświadczenie: "Wezwanie nie zostało mi doręczone". Zapewnił też po raz kolejny, że nie zamierza uchylać się przed obowiązkiem stawienia się w prokuraturze. "Uczynię to niezawodnie po powrocie do kraju"- napisał. Swoją nieobecność w Polsce tłumaczy "finalizacją projektów inwestycyjnych, w tym w szczególności projektów pozyskania źródeł surowców energetycznych w Kazachstanie i Republice Komi". I dodaje, że "w najbliższym czasie" jego adwokaci złożą wniosek o umorzenie postępowania przeciwko niemu. To rozpoczęło kilkugodzinną wojnę na oświadczenia.
- Ryszard Krauze był powiadomiony o piątkowym przesłuchaniu, wie to także od swych obrońców - powiedziała prok. Marzanna Mucha-Podlewska. Wezwania zostały wysłane na adres zamieszkania i "ostatnie miejsce pobytu" biznesmena oraz do kancelarii mec. Andrzeja Miklasa, jednego z jego adwokatów. I przypomniała, że Krauze sam stwierdził: "Moi adwokaci utrzymują stały kontakt z prokuraturą". Według niej Krauze i obrońcy zastosowali "wybieg": mec. Miklas chciał najpierw, by prokuratura korespondencję do Krauzego przysyłała do jego kancelarii, a gdy przyszło wezwanie, odpisał "Nie zostałem ustanowiony pełnomocnikiem do doręczeń".
A Miklas na to: - Zgodziłem się na doręczanie korespondencji, ale tylko dla obrońcy.
Źródło: Gazeta Wyborcza