* Przyjechał rozklekotanym "maluchem". Na stole położył im maszynopis i uciekł.
Po czterech godzinach wiedzieli już, że chcą to wydać.
Był dopiero przed maturą.
"I tak to się kiedyś skończy żoną, rodziną, domem i uporządkowanymi duperelowatymi błędnymi kołami. Chyba że ktoś z nas wpadnie w syf, ale raczej nie. Wiedzieliśmy, że inaczej udaje się tylko nielicznym, że o tych nielicznych potem się opowiada, że to są legendy".
"Osiem cztery" - książka i rocznik Mirka Nahacza. Opowieść o nim i jego kumplach, lękach, imprezach, narkotykach, percepcji i jej zaburzeniach.
Książkę (debiut) szybko nazwano portretem generacji 1984.
Bronił się.
Matka cieszyła się, że ma talent, ma iskrę bożą.
Przeczytała książkę "Osiem cztery". Mówi, że z wielkim, wielkim szokiem! Język okropny, sytuacje opisywane tam - straszne. Ale z obowiązku przeczytała. Mirek już jest dorosły i wie, co robi. Nie zmyła mu głowy. Powiedziała po prostu, że jej się to nie podoba. Mówi, że w ogóle nie dopuszcza takiej myśli, że on robił to wszystko, co w "Osiem cztery" opisał.
* Wydawcy znali go od dziecka. Pisarz Andrzej Stasiuk i jego żona Monika Sznajderman mieszkali kilka kilometrów obok. Skończył podstawówkę w Gładyszowie i poszedł do liceum w Gorlicach. Przychodził do nich do domu i pożyczał książki.
Cholernie dużo czytał. Na wsi nie ma co robić, chyba że masz pole, na którym musisz harować. Ale nie miał pola, a jego mama była nauczycielką historii. Mógł oglądać "Klan" albo czytać.
O, spójrz, co powiedział w wywiadzie: - Mnie ostatnio najbardziej fascynuje właśnie nieprzystawalność, niekompatybilność bytu. Włączasz telewizję: Britney Spears śpiewa piosenkę, na drugim kanale umiera Papież, na trzecim Wiśniewski i to wszystko dzieje się w obrębie rzeczywistości, w której żyjemy.
* Był Łemkiem. Umiał mówić po rusińsku, jak Łemkowie pił eter. Nauczyła go tego babcia. Łemkowie nawalali się tym podczas wojny, gdy nie było spirytusu. Eteru używało się do usypiania podczas zabiegów medycznych. Do kieliszka wlewa się "kropkę", łkasz, robi się bomba w gardle, taka kula gazu, musisz przełknąć. Eter wali zupełnie inaczej niż alkohol. Jest bardzo pobudzający, ale można też stracić przytomność. Stan eteryczny.
Stany eteryczne nie są wytrychem do jego biografii.
Tu o tym opowiada: - W małych cerkiewkach w tle masz zawodzenie starych kobiet i jak się nabożeństwo odbywa nocą, to można tam doświadczyć naprawdę niesamowitych stanów. Bije dzwon, ten obrządek, mimo że przychodzisz tam zdystansowany, nagle to cię wyrywa. Pamiętam, że jak przyprowadziłem tam swoją dziewczynę kiedyś - która ma bardzo racjonalne podejście do rzeczywistości - to po piętnastu minutach powiedziała mi "zaprowadź mnie do domu, bo się boję". To jest naprawdę mocne przeżycie. A ja to ostatnio w ogóle czuję się, wiesz, zajebiście zagubiony, w sensie, że od kilku miesięcy wydaje mi się, że żyję w świecie tak przepełnionym wszystkim, informacją, barwami, no wszystkim, historiami, że mam takie poczucie, że nie przystaję.
Był zaradny, wszystko potrafił załatwić i naprawić.
Nie był ćpunem, nie był pięknoduchem.
Sam zrobił ładowarkę. Polutował kabelki, z pudełka po goldenach i z taśmy izolacyjnej zrobił opakowanie. Gdy leciał na stypendium do Niemiec, nie chcieli go z tym przepuścić na lotnisku, bo myśleli, że to bomba. Sam zrobił rzutnik na ścianę z poklejonych pudełek po butach i części kupionych na stadionie.
Jego ojciec był elektrykiem.
* Bardzo lubił spotkania autorskie. Może nie na samym początku, ale później nawiązywał z czytelnikami zarąbisty kontakt. Czytał fragmenty, dyskutował, budował nastrój, a ludzie łapali niesamowitą energię. Na dwóch był tak pijany, że niewiele ogarniał. Ale na trzecim, w Łodzi, było super. Dzień wcześniej zadzwonił do kolegi, żeby go zawiózł, bo się poprzedniego dnia narąbał i nie ogarnia. Jechali "maluchem" jego mamy, zatrzymując się co jakiś czas, żeby Mirek puścił pawia. Spotkanie było w bardzo eleganckim centrum kongresowym, z basenem i kortami do tenisa. Większość osób z publiczności była mocno starsza.
Źródło: Duży Format